Trzy szczyty
Jerzy Marek Nowakowski 25.02.2019

Niedawno ktoś podczas dyskusji zwrócił mi uwagę, ze po polsku nie mówi się: Środkowy Wschód tylko Bliski Wschód. Ja jednak wolę kalkę z angielskiego Middle East. Przede wszystkim dlatego, że w języku politycznym pojęcie Bliskiego Wschodu zarezerwowaliśmy dla obszaru świata arabskiego (i Izraela) od Egiptu po Irak i od Omanu po Liban. Politycznie ten Bliski Wschód był obszarem rozgrywek mocarstw zewnętrznych (Sowietów, USA, Wielkiej Brytanii i Francji). Tymczasem dzisiaj trudno mówić o problemach regionu bez Turcji i Iranu czyli państw, które są raczej Środkowym niźli Bliskim Wschodem. A wbrew medialnej wrzawie po nieszczęsnej konferencji w Warszawie dzieje się tam coraz więcej.

 

Podczas gdy w Warszawie trwała konferencja bliskowschodnia pod egidą USA, Władimir Putin zaprosił do Soczi przywódców Turcji i Iranu. I o ile spotkanie warszawskie zakończyło się dość mglistymi obietnicami powołania grup roboczych, o tyle w Soczi – jak można sądzić – zapadły znacznie konkretniejsze ustalenia. A być może również zostały spisane potężne protokoły rozbieżności.

Wypada zauważyć, że spotkanie w ulubionej rezydencji Władimira Putina nie było łatwe. Rosja i Iran wspierają w Syrii – i to bardzo skutecznie – prezydenta Asada, a Turcja od początku tamtejszej wojny domowej była zainteresowana w usunięciu syryjskiego dyktatora. Można domniemywać więcej, że była jedną z inspiratorek wybuchu tego konfliktu.

Przede wszystkim jednak Syria i Irak są obszarem rywalizacji wszystkich uczestniczących w spotkaniu państw. Cała trójka uczestników spotkania w Soczi jest z kolei zainteresowana zmniejszeniem amerykańskich wpływów na Bliskim Wschodzie. Chociaż każdy z innego powodu. Dla Turcji podstawowym zagrożeniem pozostaje kurdyjska irredenta wspierana przez Kurdów z Iraku i Syrii otrzymujących solidną pomoc amerykańską, jako najskuteczniejszy czynnik w walce z tzw. Państwem Islamskim. Dla Rosji Syria jest punktem wyjścia do odbudowy globalnego znaczenia i wygodnym polem proxy war ze Stanami Zjednoczonymi. Dla Iranu, który walczy z Arabią Saudyjską o wpływy w świecie islamu, Syria jest jednym z obszarów budowania wpływów szyickich i udowadniania perskiej asertywności wobec Izraela.

W minionym tygodniu minister Siergiej Ławrow, w dość oryginalnym miejscu, bo w Wietnamie, oznajmił, że Rosja przygotowuje się do operacji ochrony granicy Syrii z Turcją przez swoje wojska ochrony pogranicza. Można sądzić, że jest to jeden z efektów niedawnego szczytu w Soczi.

Wprowadzenie rosyjskich żołnierzy na granicę Syrii i Turcji może być poważnym problemem dla prezydenta Erdogana. Turcy zaryzykowali kolejne ochłodzenie relacji z USA szykując się do krwawej rozprawy z partyzantką kurdyjską. Zbojkotowali spotkanie w Warszawie. Tymczasem ruch Moskwy jest obliczony na to by ograniczać i kontrolować wpływy Ankary w Syrii. W ten sposób Turcy będą mieli rosyjskich pograniczników na swojej północnej (granica z Armenią) i południowej flance.

Przede wszystkim jednak jest to uderzenie w długofalowe plany tureckiej polityki. Prezydent Erdogan nie ukrywa, że jego strategicznym celem jest powrót do polityki osmańskiej. Oczywiście nikt nie zburzy mauzoleum Kemala Ataturka, ale od dobrych paru lat obserwujemy konsekwentne odchodzenie od modernizacyjnej i prozachodniej linii kemalistów. Fundamentem politycznej wizji Turcji Osmańskiej jest wzmacnianie wpływów (a docelowo powrót dominacji) tureckich na Bliskim Wschodzie oraz dążenie do przywództwa w świecie Islamu. Imperium Osmanów rozciągało się w końcu aż po Egipt i Półwysep Arabski. Aktywny powrót Rosji na Bliski Wschód i wspieranie przez Moskwę ambicji Iranu w dłuższej perspektywie są dla Turcji dużo niebezpieczniejsze niż Pax Americana.

Turcy przyjęli optykę „Osmańską” wtedy gdy USA zdecydowały się na znaczne ograniczenie swojego zaangażowania na Bliskim Wschodzie (bo po rewolucji łupkowej ropa z Zatoki Perskiej przestała być życiowo ważna dla Waszyngtonu). Z USA płynęły sygnały do Europy i Turcji, by przyjęły część odpowiedzialności za rozwój wypadków na Bliskim Wschodzie. Erdogan postanowił wypełnić pustkę strategiczną, która – jak sadził – powstaje w Syrii, Iraku i okolicach. Tymczasem Trump po pierwsze na operatora amerykańskich interesów w regionie (poza oczywistym i absolutnie priorytetowym Izraelem) wybrał Arabię Saudyjską a po drugie do gry włączyli się Rosjanie. Nadzieja, że w zamian za współpracę w polityce energetycznej Turcja zyska neutralność Moskwy okazały się płonne. Rosjanie pokwitowali budowę gazociągów, ale nie zamierzali traktować Turcji jako równoprawnego partnera. Także Iran nie zamierza rezygnować z walki o bycie politycznym centrum Islamu. Uczestnicy szczytu w Soczi mieli więc jednego oczywistego wroga (Arabię Saudyjską) i wspólny cel ograniczenia wpływów amerykańskich. Co do pozostałych kwestii ich interesy okazały się mocno rozbieżne.

Decyzja zakomunikowana przez Ławrowa może okazać się kluczowym ciosem dla tureckich ambicji i zmusić Erdogana do rewizji swoich osmańskich wizji imperialnych. Może również być początkiem zupełnie nowego rozdania kart w regionie. Turcy stali się zakładnikami własnej imperialnej i antyzachodniej retoryki. W gruncie rzeczy jedynym rozsądnym zachowaniem Ankary powinien być szybki powrót pod amerykański parasol i próba dogadywania się z Trumpem. Szczególnie, że lojalność sojusznicza prezydenta USA wobec Kurdów nie wydaje się najwyższej próby, a właśnie problem kurdyjski – no i rozbuchana antyamerykańska retoryka Erdogana z ostatnich kilkunastu miesięcy – zdają się być główną przeszkodą w odnowieniu ścisłej współpracy na linii Waszyngton – Ankara.

Tylko jedna rzecz pozostała niezmienna – bierność Unii Europejskiej. Europa wkładając ogromne pieniądze w powstrzymanie na terenie Turcji fali imigrantów i nieustannie utrzymując fikcję negocjacji członkowskich z Ankarą równocześnie nie ma żadnego sensownego planu działania wobec Środkowego Wschodu. Trochę jest to próba zatrzymania czasu. Bronimy statusu kandydackiego Turcji, mimo brutalnego lekceważenia przez rząd turecki podstawowych norm demokratycznych. Bronimy porozumienia nuklearnego z Iranem mimo twardego veto Amerykanów. Nie mamy żadnego rozsądnego planu pokojowego dla matki wszystkich konfliktów jakim jest spór izraelsko-palestyński. I nie mówię tutaj o zwoływaniu kolejnych spotkań czy konferencji. Raczej o planie na własny użytek. A dokładniej o tym, by w Unii pojawił się jakikolwiek dialog dotyczący Środkowego Wschodu.

Efekt jest taki, że agendę z jednej strony narzucają Rosjanie i ich autorytarni partnerzy, a z drugiej tandem Netanjahu-Trump prezentujący pomysły niemal równie „oryginalne” jak ich autorytarni oponenci.

Europa borykając się z problemami od Brexitu po permanentny kryzys przywództwa nie podchwyciła sugestii Donalda Trumpa by przejąć pałeczkę wobec Środkowego Wschodu. Odbywający się w Szarm el-Szejk szczyt Unii i Ligi Arabskiej nie przyniósł przełomu. Deklaracja końcowa powtarza w kwestii Syrii kompletnie pustą i od dawna nie wykonywaną rezolucję 2254 Rady Bezpieczeństwa z 2015 roku. To samo dotyczy Jemenu i Libii. Szczyt w egipskim kurorcie należy widzieć raczej jako zgłoszenie się kolejnego pretendenta do rozgrywki, czyli Egiptu. Przewodnictwo w Lidze Państwa Arabskich daje Kairowi szansę na powrót do stołu rozmów, przy którym długo był jednym z głównych rozgrywających, a został brutalnie wypchnięty przez Iran i Saudów.

Zajęci opowieściami o taśmach, prezentach i wyborach nie dostrzegamy, że od indyjskiego Kaszmiru, przez wybuchowy trójkąt Afganistan-Iran-Pakistan, Górski Karabach, wschodnią Turcję, cały tradycyjny Bliski Wschód, po Jemen i Libię toczą się konflikty mogące w każdej chwili wysadzi w powietrze cały porządek światowy. Jest na tym obszarze około 500 głowic nuklearnych, których właściciele: Indie, Izrael i Pakistan nie zawahają się użyć w razie zagrożenia; jest skrzyżowanie interesów od Chińskich po Amerykańskie. I jest ponad 2 miliardy ludzi z których przynajmniej połowa jest głęboko niezadowolona i gotowa do poprawy swojej sytuacji przy użyciu przemocy. Jeżeli tylko co tysięczny z nich wpadnie na pomysł (dosyć popularny) by poszukać poprawy losu w Europie to mamy następne 2 miliony imigrantów. Część z nich jest pożądana, bo Hindusi czy Ormianie doskonale się w nowych krajach adaptują. Ale wszystko jest świetnie dopóki nie nastąpi wybuch. A zarzewie pożaru tli się niemal wszędzie. Organizując konferencję warszawską, czy poprzez udział Premiera w szczycie w Szarm el-Szejk zgłosiliśmy akces do grupy państw próbujących ten megapożar gasić. Kłopot w tym, że większość potencjalnych strażaków nie wie czy w gaśnicach jakie skonstruowali mają proszek gaśniczy czy benzynę.