Trzydzieści lat gospodarczej wolności
Jerzy Wysocki 07.01.2020

Taksówkarze to chyba najgłupsza grupa zawodowa. Prowadzenie samochodu i trafienie pod wskazany adres przy pomocy nawigacji nie należy do wybitnych umiejętności. Ceny za przejazd w Polsce są zadziwiająco niskie, nic więc dziwnego, że za kierownicą spotykam frustratów. Gdy są to starsi panowie, ich frustrację rozumiem. Za komuny to oni wybierali pasażerów i kierunek jazdy. Postój taksówek był postojem pasażerów. Ale ostatnio trafiłem na młodego kierowcę, który – oczywiście o nic nie pytany – zaczął psioczyć na transformację ustrojową w Polsce, przytaczając wydawałoby się zapomniane tezy o uwłaszczeniu komunistycznej nomenklatury i wyprzedaży polskiego majątku narodowego za bezcen. Jak widać, dziwolągi nie wyginęły.

 

Zawsze były problemy z jednoznacznym określeniem daty transformacji ustrojowej. 4 czerwca, to tylko półdemokratyczne wybory, powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego z resortami siłowymi w rękach (a raczej karabinach) komunistów – takie sobie. Jedno wydaje się oczywiste. Styczeń 1990 roku to już czas wolności gospodarczej. Przez wiele lat niedocenianej, krytykowanej, wręcz szkalowanej nawet nie za swoją istotę, ale patologie z nią związane.

Wspomniany taksówkarz to frustrat, ale nawet teraz premier Mateusz Morawiecki, były bankier i beneficjent polskiej drogi do kapitalizmy kaprysił w expose: „Wierzę w potencjał naszego kraju, który nie został wykorzystany w pełni przez ostatnie trzy dekady”. I ma rację, nic w gospodarce, podobnie jak w życiu, nic nie dzieje się „w pełni”. Twórca transformacji gospodarczej profesor Leszek Balcerowicz sam przyznaje, że gdyby mógł cofnąć czas i coś zmienić, przyspieszyłby reformę podatkową, wprowadzając podatek płaski.

Ale popatrzmy na dane makroekonomiczne, których zapewne nie zna sfrustrowany taksówkarz, sprawiający wrażenie niespełnionego inteligenta. Polska jest dziś pięć razy bogatsza niż 30 lat temu. Wzrost PKB w przeliczeniu na mieszkańca w 2019 roku w zestawieniu z 1989 rokiem (tu przyjmujemy, że 100), to w Polsce 259. Dla porównania Ukraina 74, Chorwacja 120, Węgry 159, Czechy 173, w czołówce Litwa, Estonia i Łotwa, a blisko nas tylko Słowacja 233.

Te dane cieszą, co nie oznacza, Polska nie jest wciąż biednym krajem. Być może w kilka lat dogonimy Portugalię, do największych gospodarek brakuje nam dziesięcioleci szybszego wzrostu. Dużo i długo. Ale pamiętajmy początki. Problem w tym, że opowiadanie o nich młodemu pokoleniu trafia na mur obojętności. Oni nie wiedzą co to kartki na cukier i buty, jeżdżą po świecie i widzą, że można żyć jeszcze lepiej. Jak wytłumaczyć młodemu lekarzowi, że po rezydenturze lepiej zostać w Polsce, a nie pracować w Norwegii. Nie podejmuję się tego zadania. Z braku racjonalnych argumentów.

Wróćmy do pytania, czy przez 30 lat wolności gospodarczej można było ugrać coś więcej. Modelowo – nic więcej. Pisał o tym Cezary Kaźmierczak pokazując skutki różnych typów transformacji gospodarczych. 1. Skok na główkę do basenu, w którym nie wiadomo czy jest woda (model Polski i innych krajów Europy Środkowej). 2. Kradzież i rabunek przez nomenklaturę i przestępców (Rosja, Ukraina, Azja Centralna). 3. Serbia – nic nie oddamy obcym, sami damy sobie radę choć nie wiemy jak. Efekty tych trzech scenariuszy ogólnie znane.

Świętując 30 lat wolności gospodarczej, w nawiązaniu do tekstu Cezarego Kaźmierczaka, warto zauważyć, że ów „skok na główkę” w polskim wykonaniu, nie był taki oczywisty. W Polsce w transformacji politycznej mógł się rozegrać fatalny scenariusz gospodarczy, cudem do niego nie doszło. Miałem unikalną okazję być przy Okrągłym Stole, który to rozpoczął demontaż komunistycznego sytemu. Nie jako uczestnik obrad, tylko „akredytowany” dziennikarz prasy podziemnej.

Tu drobna dygresja. Ten Stół się toczył tygodniami, dokładnie 2 miesiące codziennych obrady w różnych zespołach tematycznych. Wieczorami konferencje prasowe strony partyjno-rządowej i opozycyjno-solidarnościowej (tak strony dialogu były nazywane). Od nas prowadził je Janusz Onyszkiewicz, od komuchów Jerzy Urban. Te drugie były ciekawsze. Odbywały się jak zawsze za komuny, w siedzibie Interpressu, na tyłach Teatru Wielkiego. W mrocznych czasach stanu wojennego, gdy wódka była od 13.00, nawet mi się śniło, że wejdę tam jako dziennikarz wciąż przecież podziemnego tygodnika „Wola”, jako pełnoprawny uczestnik. Niby kolega po fachu dziennikarzy Trybuny Ludu, Żołnierza Wolności i innych komunistycznych mediów. Nieskromnie przyznam, że ci reżimowi pismacy patrzyli na mnie mocno przerażonym wzrokiem.

No i tak kręcąc się przy tym Okrągłym Stole, bynajmniej nie odnosiłem wrażenia, że zapowiada się gospodarczy „skok na główkę”. Po pierwsze, komuniści wcale nie zamierzali oddawać władzy, tylko wplątać opozycję we współodpowiedzialność za bankrutujący system polityczny i gospodarczy. Wplątać, a nawet wskazać jako kozła ofiarnego katastrofy gospodarczej. Gdy już o gospodarce rozmawiano, to – z dzisiejszej perspektywy – były to dyskusje zadziwiające. Wbrew temu, co zapewne wielu obecnie myśli, nie było tam mowy o wprowadzaniu wolnorynkowego kapitalizmu i prywatyzacji. Przeciwnie, strony prześcigały się w pomysłach na uzdrawianie socjalistycznej gospodarki. Głoszone były kolejne utopijne wizje i co ciekawe bardziej socjalistyczna była strona opozycyjno-solidarnościowa z Ryszardem Bugajem na czele.

Paradoks miał swoje przyczyny. Strona partyjno-rządowa doskonale zdawała sobie sprawę, że socjalizm gospodarczy zbankrutował. Ówczesny rząd Mieczysława Rakowskiego z przedsiębiorcą Mieczysławem Wilczkiem jako ministrem przemysłu, próbował bankruta ratować wprowadzając swobodę działalności gospodarczej. To, że przy okazji chodziło o uwłaszczenie nomenklatury, to już inna sprawa i temat makroekonomicznie marginalny, choć politycznie do dziś modny. Tymczasem okrągłostołowa opozycja, której bazą była przecież wielkoprzemysłowa klasa robotnicza w formie nielegalnego wówczas NSZZ „Solidarność”, mentalnie tkwiła w rozważaniach nad tzw. trzecią drogą, czy też socjalizmem z ludzką twarzą. Powracał model jugosłowiański, w którym dyrektorów państwowych wciąż przedsiębiorstw powoływać miał samorząd pracowniczy. Oczywiście przy zachowaniu fundamentu ustrojowego z zasadą „społecznej własności środków produkcji”. Model idiotyczny z założenia i nigdzie skutecznie niewdrożony.

Jak to się więc stało, że postkomuniści z PZPR i ówczesna ideowo lewicowa opozycja zgodnie poparli plan Balcerowicza, który szedł zupełnie w inną stronę? Jest oczywiście spiskowa teoria dziejów, że to wierzyciele z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, chcąc cokolwiek odzyskać z kasy roztrwonionej przez towarzysza Gierka, wymusili radykalny program. Zapewne rady zachodnich ekspertów miały tu znaczenie, ale można było je zignorować. Wydaje się, że – jak rzadko w polskiej polityce – wygrała mądrość zbiorowa. Gospodarka była w stanie agonalnym i tylko eksperymentalna, inwazyjna terapia dawała nadzieję. A to, że po udanej nawet operacji pozostaje blizna, to znajdą się pacjenci skarżący chirurga za bliznę, za operację nie dziękując.

Profesor Balcerowicz tak wspomina spotkanie z generałem Jaruzelskim. Prezydent powołał się na strategię wojskową: Lepszy niedoskonały plan na czas, niż doskonały po czasie. I ustawy podpisał. W późniejszych wywiadach z właściwym sobie chłodem i dystansem popierał transformację gospodarczą. Jak dobrze wiecie, nie jest to bohater mojej bajki, ale przy lawinie pomyj wylewanych latami na Balcerowicza, także przez bohaterów podziemia z pewną satysfakcją słuchałem generała. Twórcę stanu wojennego, który powinien jesień życia spędzić w Arłamowie, w pokoju gdzie internowany był Lech Wałęsa. Polskie paradoksy. Może te podpisy i późniejsza abdykacja uchroniły go przed więzieniem.