Turecki poker
Jerzy Marek Nowakowski 23.07.2019

„Jeśli Stany Zjednoczone będą zachowywały się wobec nas z niechęcią podejmiemy stosowne kroki odwetowe, tak jak uprzedzaliśmy.(…) Nie jesteśmy krajem, który ugnie się wobec tych którzy okazują nam wrogość”.

 

Cytowany fragment to nie jest przemówienie Kima ani Maduro. Tak mówił w wywiadzie dla tureckiego radia minister spraw zagranicznych tego kraju Mevlüt Cavusoglu. Oczywiście była to odpowiedź na ostrą reakcję USA po zakupie przez Turków rosyjskich rakiet S-400. Amerykanie natychmiast wstrzymali udział Turcji w programie budowy samolotów F-35, i zapowiedzieli dalsze retorsje. A sprawa nie jest drobna, bo Turcja po pierwsze miała uczestniczyć w produkcji najnowszego amerykańskiego myśliwca a po drugie planowała kupić ponad 100 sztuk F-35. Kilkadziesiąt części do produkowanej przez firmę Lockheed Martin maszyny miało być wytwarzanych wyłącznie w Turcji. No i setka samolotów to gigantyczne pieniądze dla amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Koszt 100 myśliwców 5 generacji miał wynosić ponad 9 miliardów dolarów. Więc, jak słusznie zauważył prezydent Trump, Lockheed „nie będzie szczęśliwy”. Na dodatek kilkaset milionów dolarów będzie kosztowało przeniesienie z Turcji produkcji części do F-35 w tym tak zaawansowanych jak tytanowe łopatki turbin silników. No i wreszcie Turkish Aerospace Industries (TAI) był największym partnerem strategicznym w programie od 2008 roku. Turcja miała być głównym europejskim centrum serwisowym tych maszyn i tak dalej.

Z wielkiego sukcesu, w tym zaopatrzenia największego południowego sąsiada Rosji w najnowsze maszyny, zrobiła się gigantyczna klęska. Warto przy tym pamiętać, że miliardy dolarów stracone przy tym programie (a warto dodać kolejne, nie zostaną zarobione przez Amerykanów, którzy liczyli na sprzedaż „Patriotów” do Turcji) to nic wobec zagrożenia całej południowej flanki NATO. W bazie Incirlik – jak lekkomyślnie ujawnili niedawno pracownicy NATO – wciąż znajduje się amerykańska broń atomowa. A Turcja dysponująca jedną z największych NATOwskich armii stanowi kluczowy filar Sojuszu. Flirt z Moskwą potwierdzony zakupem i instalacją rakiet S-400 stawia pod znakiem zapytania całą strategię NATO. I nie ma się co łudzić. Kolejne miliardy będą musiały być włożone w prace nad „Planem B”, czyli strategią działania Paktu Atlantyckiego na wypadek wypadnięcia z niego Turcji. Istotą sojuszu wojskowego jest przecież wzajemne zaufanie. A zarówno wypowiedzi tureckich polityków, jak – przede wszystkim – ich realne działania stawiają to zaufanie pod ogromnym znakiem zapytania.

Turcja zapewne ani nie wyjdzie z NATO, ani nie zawiesi swojego członkostwa w Sojuszu. Gigantyczny deficyt płatniczy z jakim zmaga się Ankara wymaga przypływu pieniędzy z Zachodu. Bez tego gospodarka Turcji po prostu się rozsypie. A rezygnacja z parasola amerykańskiego wobec sąsiedztwa Iranu, Iraku, Syrii i Rosji jest także mało prawdopodobna. Tyle tylko, że już od czasu nieudanego puczu w 2016 r. gigantyczne czystki w wojsku dotknęły przede wszystkim ludzi ściśle związanych z Amerykanami. Jak się wydaje prezydent Erdogan uważa, że za przewrotem stali Amerykanie. A z kolei takie podejście władz w Ankarze budzi co najmniej irytację Pentagonu. Tweety prezydenta USA deklarujące sympatię do Erdogana tego nie zmienią.

Turcja ma w ręku potężne instrumenty przetargowe. Szczególnie panowanie nad Bosforem, co pozwala na pełną kontrolę ruchu statków wpływających na Morze Czarne. Inaczej mówiąc komunikacja z Gruzją, Ukrainą, możliwość oddziaływania na sytuację na Krymie i na Morzy Azowskim oraz możliwości przemieszczania się rosyjskich okrętów Floty Czarnomorskiej zależą od Turcji. Do tego Ankara trzyma w ręku klucz do odmrożenia lub zamrożenia kryzysu z uchodźcami, w każdej chwili może (i właśnie to robi) podgrzewać nierozwiązaną sprawę Cypru. No i, last but not least, Turcy trzymają rękę na całym systemie rurociągów i gazociągów, zarówno rosyjskich, jak „antyrosyjskich”. Jedyna niezależna od Rosji rura naftowa prowadzi z Baku, przez Gruzję do tureckiego portu Ceyhan, a gaz kaspijski może trafić na Zachód tylko poprzez odnogi gazociągu Baku – Erzurum. A relacje turecko-irańskie stanowią jeden z kluczy do powodzenia polityki sankcji wprowadzonej przez prezydenta Trumpa.

Każdy, kto twierdzi, że Polska, ze względu na kluczowe położenie geopolityczne, może liczyć na wsparcie amerykańskie, powinien przyjrzeć się Turcji. Kiedy uczymy się o Wojnie Trojańskiej, zdobyciu Konstantynopola czy bezowocnej rzezi na półwyspie Gallipoli itd., możemy geopolityczne znaczenie tych konfliktów pomnożyć razy dwa i będziemy mieli obecną siłę przetargową Turcji. Wydaje się jednak, że prezydent Erdogan tym razem się przeliczył.

Turcy podczas wojny z Irakiem targowali się o każdego dolara. W efekcie z bazy Incirlik korzystano rzadko a terytorium tureckie zamiast być kluczową podstawą operacyjną praktycznie nie zostało wykorzystane w wojnie. Sojusznicy machnęli na to ręką. Podobnie jak na konsekwentną odmowę normalizacji stosunków z Armenią, na blokowanie baz NATO czy politykę handlu uchodźcami z Syrii. Tyle, że atmosfera i symbolika w polityce także się liczą. Efektem nadmiernie asertywnej polityki władz tureckich stało się zamrożenie negocjacji z Unią Europejską i dramatyczne ochłodzenie relacji z Niemcami, które były dotychczas adwokatem tureckich ambicji europejskich. Pozostali partnerzy zachodni także patrzą na Ankarę coraz bardziej krytycznie. Czasami nawet nadmiernie, bo wyniki powtórzonych wyborów mera Istambułu wskazują, że autorytaryzm Erdogana ciągle jest jeszcze autorytaryzmem względnie ograniczonym.

Demonstracyjne zbliżenie z Moskwą, wypowiedzi członków tureckiego rządu dowodzące, iż rosyjskie S400 są dużo lepsze od amerykańskich „Patriotów” i powtarzane groźby otworzenia granic dla uchodźców i – zapewne – sporo antyamerykańskich działań o których opinia publiczna nie wie doprowadziły do bezprecedensowego kryzysu. Ku głębokiemu zadowoleniu Moskwy.

Jak wiele Rosja jest w stanie znieść w zamian za osłabienie więzi Turcji z Zachodem udowodniła zarówno nadzwyczaj spokojna reakcja Moskwy na zabójstwo swojego ambasadora w Ankarze jak – co jeszcze dziwniejsze – błyskawiczne wyciszenie kryzysu wywołanego przez zestrzelenie rosyjskiego samolotu przez Turków przy granicy z Syrią. Teraz również Rosjanie – zwykle reagujący alergicznie na tego typu oskarżenia – spokojnie i wręcz grzecznie się tłumaczą, oskarżani przez Turków o zabicie cywilów na bazarze w Syrii.

Cała historia z „wyjmowaniem” Turcji ze struktur Zachodu jest niemal modelowym przykładem strategii Rosji. Rosjanie krok po kroku starają się demontować kluczowe instytucje świata zachodniego. Nie biją już butem w pulpit mównicy w Nowym Jorku. Przeciwnie, są nadzwyczaj kooperatywni. Tam gdzie mają w tym interes. Ich strategia jest bez wątpienia strategią długiego marszu. Powolnego rozmiękczania zachodnich instytucji. A wyjęcie Ankary z NATO oczywiście nie ma oznaczać gwałtownych gestów, rwania traktatów itd. Gdyby Erdogan oznajmił, że chce się przyłączyć do ODKB, czyli rosyjskiego sojuszu obronnego, to Moskwa zapewne sugerowała by mu, że to nie jest dobry pomysł. Wydaje się, że strategia Putina polega na budowaniu wokół Rosji obszaru „rozrzedzonego bezpieczeństwa”. Dlatego w odniesieniu do Polski, Państw Bałtyckich czy Europy Środkowej Rosjanie głośno protestują gdy jest wzmacniana obecność instytucji Paktu Północnoatlantyckiego. Bo ma tutaj być NATO „drugiej kategorii”. Temu samemu służy spychanie Turcji do roli „niepewnego” sojusznika. Jak już sojusze Zachodu zostaną podmyte brakiem zaufania to Moskwa będzie mogła spokojnie powrócić – tak w każdym razie to sobie wyobraża – do modelu koncertu mocarstw. I handlować z innymi wielkimi pakietami akcji, czyli suwerennością państw.