Uczciwi nie muszą się obawiać podsłuchów – pisałem już w 2009 i 2012
Robert Gwiazdowski 04.09.2019

Osławiona „ABC”, za utworzeniem której razem z PiS głosowali zgodnie posłowie i posłanki z PO ma ponoć teraz Pagasusa podsłuchującego i podglądającego wszystkich i wszystko. Wicepremier Jacek Sasin oświadczył, że „uczciwi obywatele mogą być spokojni”, bo „jak ktoś nie ma nic do ukrycia, to się nie ma czego obawiać”. Ja mam przed Panem Wicepremierem i jego służbami bardzo wiele do ukrycia i mam się czego obawiać – na przykład gniewu Mamy moich dzieci, jak się do naszych zdjęć dorwie jakiś nominat Pana Ziobro. Skoro rozsyłał po sieci swoje nagie zdjęcia to może rozesłać i nasze, bo Pegasus ma ponoć dostęp do kamerki. Ale jestem skłonny zaryzykować gniew mojej Pani, jak prezesi spółek skarbu państwa, którzy z całą pewnością nie mają się czego obawiać, udostępnią mi loginy i hasła bankowe.

Wynurzenia Pana Wicepremiera przypomniały mi jednak, że ja o podsłuchujących nas służbach specjalnych już pisywałem. W 2009 roku i w 2012. Sam się śmiałem jak czytałem co wtedy pisałem.

Pierwszy tekst, zatytułowany „Podsłuchujecie? Podsłuchujemy” pochodzi z października 2009 roku. Nawet użyte w tekście sformułowanie „afera podsłuchowa” pasuje jak ulał.

Gazeta Wyborcza dziwi się, jakiej odpowiedzi udzielił Zastępca Prokuratora Generalnego – Pan Prokurator Jerzy Szymański – na interpelację poselską, w której jeden z Panów Posłów napisał (celowo nie podaję nazwiska – powód proszę zgadnąć):

„Opinię publiczną niepokoi – być może niesłusznie – liczba stosowanych podsłuchów telefonicznych. Prawo do stosowania tych ostatnich ma w Polsce aż dziewięć służb. W związku z tym zwracam się do Pana Ministra z pytaniem: Ile razy w latach 2006-08 zarządzono podsłuchy? Dla sprawdzenia, czy nadzór sądowy nad podsłuchami był realny, czy jedynie nominalny, proszę o podanie, w ilu przypadkach w latach 2006-08 sądy odmówiły zgody na zastosowanie podsłuchu”.

Pan Prokurator odpowiedział: ”Należy na wstępie zauważyć, że pierwsze zdanie tego zapytania poselskiego (…) nie jest zgodne z rzeczywistością, albowiem liczba podsłuchów operacyjnych nie jest znana opinii publicznej, a liczba podsłuchów procesowych jest niewielka. Zatem opinia publiczna nie ma podstaw do niepokoju”.

Oczywiście jak „opinia publiczna” czegoś nie wie, to nie ma powodów do niepokoju.

Dlatego też Pan Prokurator Jerzy Szymański nie miał pewnie „powodów do niepokoju”, gdy po ukończeniu studiów na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu w roku 1971 (zakładam, że w czerwcu – wrześniu, bo tak się zwyczajowo broni pracę magisterską, a więc 6-9 miesięcy po tak zwanych wówczas „wydarzeniach” grudniowych) postanowił zostać prokuratorem. Żeby nie „niepokoić opinii publicznej” w tym młodego adepta sztuki prawniczej, o prawdziwym przebiegu tych „wydarzeń” nie poinformowano „opinii publicznej”.

Pozwolę sobie jednak zwrócił uwagę, że zdanie, iż „opinię publiczną coś niepokoi” nie może być „niezgodne z rzeczywistością”, tylko i wyłącznie dlatego, że „opinia publiczna” nie została o czymś poinformowana. Bo jednak niektórych po Grudniu 1970 roku coś tam „niepokoiło”, czemu dali wyraz w sierpniu 1980 roku, mimo, że dokładna „liczba zgonów nie była znana opinii publicznej”.

Ja doskonale rozumiem, że Panowie Prokuratorzy (rocznik 1960 i starsi) rozpoczynali pracę w prokuraturze po to, by z wielkim oddaniem bronić społeczeństwo nie przed „chuliganami”, którzy „zaśmiecali miasto” rozrzucając ulotki na temat prawdziwego przebiegu „wydarzeń” grudniowych i innymi „elementami antysocjalistycznymi, ale przed przestępcami, którzy naruszali te reguły prawa, które pozostawały w zgodzie z regułami moralności. Więc niech się dalej zajmują tym, w czym okazali się tacy dobrzy, skoro awansowali na zaszczytne stanowiska w Prokuraturze Krajowej. Niech maleje ilość przestępstw kryminalnych z powodu rosnącej obawy przestępców o możliwość ich wykrycia, oskarżenia i skazania. Ku chwale Służby!

„Afera podsłuchowa” wybuchła gdy się okazało, że służby specjalne nagrały rozmowy dziennikarzy, a potem zrobiły „przeciek” ujawniając, co nagrały przy okazji toczącego się procesu cywilnego pomiędzy wiceszefem ABW a słynnym dziennikarzem „śledczym”. Jak napisała ABW w swoim komunikacje, wszystko odbyło się legalnie, bo „(…) obowiązujące w Polsce reguły państwa demokratycznego uniemożliwiają Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego stawianie się ponad prawem i wpływanie na działalność i decyzje sądów i prokuratury”. No właśnie. Skoro przepisy prawne na coś nie pozwalają, to ABW z pewnością ich nie narusza. To przecież oczywiste. Przy okazji okazało się, że jak dziennikarze „śledczy” „zdobywają” jakieś materiały z ABW i potem je publikują opatrujące komentarzem, że Iksiński „pozostaje w kręgu zainteresowania służb”, albo Igrekowskim „interesuje się ABW” to jest to wyraz „demokratycznej kontroli nad służbami”. Ale jak przy pomocy identycznych metod „przeciekowych” ABW „odwinęła” się dziennikarzowi, który opublikował materiał „nieautoryzowany” – to jest to wyraz bezprawnego naruszania „wolności słowa” i „praw obywatelskich”.

Ale podsłuchy nie są jedyną sprawą, którą zajmuje się prokuratura, zwłaszcza, że ma coraz więcej fajnych „zabawek”, których nie miała za czasów „wstrętnej komuny”. Więc teraz Panowie Prokuratorzy mają się czym cieszyć.

W czasach, gdy „chuligani zaśmiecali miasto” obowiązywała ustawa z dnia 19 kwietnia 1969 roku Kodeks postępowania karnego, w której art. 585 stanowił, że: „Tytułem środka zapobiegawczego można zawiesić w czynnościach służbowych oskarżonego żołnierza lub pracownika cywilnego zatrudnionego w jednostce wojskowej”

W „demokratycznym państwie prawa” obowiązuje ustawa z dnia 6 czerwca 1997 roku Kodeks postępowania karnego, w której art. 276 stanowi, że: „Tytułem środka zapobiegawczego można zawiesić oskarżonego w czynnościach służbowych lub w wykonywaniu zawodu albo nakazać powstrzymanie się od określonej działalności lub od prowadzenia określonego rodzaju pojazdów”.

Właśnie w ramach korzystania z rzeczonego środka zapobiegawczego prokuratorzy „zawiesili” adwokatów Lwa R., których podejrzewają o to, że mogli przypuszczać, że dokumenty na temat stanu zdrowia ich klienta, którymi się posługiwali, zostały sfałszowane. Absolutnie abstrahując od tego, czego dopuścili się, albo nie dopuścili moi byli studenci, strasznie się ucieszyłem, że taki sam przepis nie obowiązywał w czasach, gdy adwokaci broniący „chuliganów zaśmiecających miasto” posługiwali się różnymi zaświadczeniami, o których mogli przypuszczać, że naprawdę „nie są zgodne z rzeczywistością”.

Dziś w rolę ABW weszło CBA i wydało właśnie komunikat, że „prowadzi swoje działania w oparciu o przepisy polskiego prawa. Kontrola operacyjna jest prowadzona w uzasadnionych i opisanych prawem przypadkach, po uzyskaniu zgody Prokuratura Generalnego i wydaniu postanowienia przez sąd.”

Kolejny tekst, zatytułowany „Hazard podsłuchowy” napisałem w listopadzie 2009 roku.

Pan Premier Donald Tusk powiedział o podsłuchach: „wszyscy mamy dosyć atmosfery narastającej nieufności wynikającej z poczucia, że ciągle ktoś kogoś podsłuchuje. Wydaje się, że zbyt łatwo udziela się zgody na zakładanie podsłuchów, zbyt łatwo publikuje się podsłuchy”. W tej sprawie „mały rachunek sumienia” powinni zrobić politycy i ustawodawcy oraz dziennikarze.

Jak wypadł „rachunek sumienia”? Rząd, który świętuje właśnie dwulecie swojego istnienia, który przez owe dwa lata nic nawet nie próbował zrobić (bo Prezydent i tak zawetuje) nagle w cztery tygodnie usunął najważniejszy problem Polski i polskiej gospodarki: hazard! A przy okazji znowelizował ustawę z dnia 27 sierpnia 2009 roku (sprzed trzech miesięcy) o Służbie Celnej. Art. 75b tejże ustawy otrzymał brzmienie:

  1. Funkcjonariusze, o których mowa w art. 69, mają prawo do obserwowania i rejestrowania, przy użyciu środków technicznych, obrazu zdarzeń w miejscach publicznych oraz dźwięku towarzyszącego tym zdarzeniom – wyłącznie w toku czynności podejmowanych w celu ustalenia sprawców oraz uzyskania dowodów przestępstw lub przestępstw skarbowych, o których mowa w art. 2 ust. 1 pkt 4–6.

(…)

Natomiast art. 75c otrzymał brzmienie:

  1. Służba Celna w celu realizacji ustawowych zadań może korzystać z informacji, w tym danych osobowych, w tym również w formie zapisu elektronicznego, uzyskanych przez uprawnione organy, służby i instytucje państwowe w wyniku wykonywania czynności operacyjno-rozpoznawczych oraz przetwarzać je w rozumieniu ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych, bez wiedzy i zgody osoby, której dane dotyczą.
  2. Służba Celna współdziała z organami, służbami i instytucjami państwowymi uprawnionymi do wykonywania czynności operacyjno-rozpoznawczych, w szczególności przez uczestnictwo funkcjonariuszy w realizowanych przez nie czynnościach operacyjno-rozpoznawczych.

Będą więc podsłuchiwać jeszcze więcej… I jeszcze łatwiej…”

Następny tekst, zatytułowany „Na podsłuchu” pochodzi z kwietnia 2012 roku. Nawet o tych „niewinnych, którzy nie mają się czego obawiać” już wówczas nas przekonywano.

Służby specjalne są podłączone do baz danych operatorów telekomunikacyjnych i na ich koszt – czyli de facto na koszt abonentów – mogą pobierać informacje jakie chcą i kiedy chcą bez podania jakiegokolwiek powodu i pytania kogokolwiek o zgodę. Ustawy dotyczące służb specjalnych i podsłuchów powstają w konsultacji z tymi służbami! A już starożytni Rzymianie mówili: nemo iudex in causa sua – nikt nie może być sędzią w swojej sprawie. Konsultantem również. Gdy niejaki „Rysiek” udzielał konsultacji w sprawie ustawy hazardowej, to służby podniosły „larum”. Czy jest jakaś logiczna różnica między tym, że ci którzy podsłuchują, „konsultują” ustawy o podsłuchach, a tym że ci, którzy prowadzą biznes hazardowy „konsultują” ustawy o hazardzie?

Podobno „niewinni” nie mają się czego bać? Ale kto jest winny? I czego? Bo ileż to osób zostało skazanych na podstawie zebranych w ten sposób przez służby specjalne dowodów? Tego nie wiemy, bo to informacja poufna. Ale wiemy, że „nie ma niewinnych – są tylko źle przesłuchiwani”, jak twierdził stalinowski prokurator Andrej Wyszynski. „Nie ma niewinnych. Są tylko źle podsłuchiwani” – możemy powiedzieć dziś.

Państwo nie stanie się silne przez to, że przyzna służbom specjalnym szczególne uprawnienia do inwigilacji obywateli i wyposaży je w odpowiedni do tego sprzęt. Za to prędzej czy później służby specjalne użyją praw i sprzętu, które otrzymały przeciwko obywatelom – również przeciwko politykom, od których je otrzymały. Żeby się politycy nie bali, ABW udostępniła „najważniejszym osobom w państwie” 3,5 tys. telefonów działających w systemie CATEL, których się nie da podsłuchać. Dobrze wiedzieć, że jest u nas aż 3,5 tys. osób, których podsłuchiwać żadnym służbom nie wolno. Kosztowało to raptem 18 mln zł. Politycy zapłaciliby dużo więcej (i to pewnie z własnych kieszeni), żeby nikt nie mógł usłyszeć jak się „zderzają na CPN-ach”. Zresztą odkąd działa CATEL już nie muszą się „zderzać”. Mogą załatwić wszystko przez telefon. Ale obywatele, którzy nie mają takich telefonów, nie muszą się bać. Przecież są niewinni!

Dziś mogę skwitować: tak to tutaj tylko zostawię. Albo „tak, że tak”.