Umierające rady pracownicze. Reanimować? Ale po co…
Artur Kiełbasiński 12.04.2019

Przez media przelewa się fala informacji o strajku nauczycieli. Konkurują z nimi informacje dotyczące „wojny” z Uberem i protesty taksówkarzy. Ale dla polskich firm w tle pojawia się problem poważniejszy. Trudno w to uwierzyć, ale tym problemem mogą być… rady pracownicze.

 

Przestrzeganie ustawy z 2006 r. o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji sprawdzała Państwowa Inspekcja Pracy. Zdaniem PIP – z radami pracowniczymi jest źle, bo… praktycznie nie funkcjonują. Jest ich mało, pracodawcy nie przykładają się do informowania o radach, nie pilnuję przeprowadzania wyborów, jednym słowem lekceważą przepisy. Jednocześnie PIP uczciwie przyznaje, że nigdy i nigdzie nie stwierdzono, aby członek rady pracowniczej, jeśli już taka powstała, był jakkolwiek szykanowany.

Raport PIP podchwycił Instytut Spraw Obywatelskich, który wystąpił do premiera Mateusza Morawieckiego z apelem o… zwiększenie uprawnień rad pracowniczych. Sprowadzając do nieco złośliwej konstatacji wydźwięk wystąpienia jest następujący: skoro coś nie działa, chociaż mogłoby działać bez kłopotów, to zwiększmy uprawnienia niedziałającego organu. Dodajmy: wszystko na koszt pracodawców. Na szczęście tylko tych średnich i dużych, bo regulacje dotyczące rad omijają najmniejsze polskie firmy.

Co zatem zrobić z radami? Podnoszenie ich kompetencji wydaje się niepotrzebne, w sferze uprawnień do otrzymywania informacji od pracodawcy obecna ustawa wydaje się wystarczająca. Do tego absurdem wydaje się sztuczne „pompowanie” uprawnień i korzyści, by na siłę udowadniać przydatność rad.

Może więc zlikwidować fikcyjną w dużej mierze regulację? Nie do końca można, bo rady to pomysł nie tyle rodem z PRL (choć wiele osób pamięta rady w przedsiębiorstwach państwowych), co z unijnych regulacji. Więc rady teoretycznie być muszą…

Ale gdyby jednak nic nie zmieniać w przepisach i dalej trzymać rady jako organy zmarginalizowane, co się zmieni? Nic. I nie sądzę, by to komuś przeszkadzało.

Niechęć do poszerzania uprawnień rad pracowniczych nie oznacza, że jestem przeciwnikiem angażowania pracowników w sprawy firm, w których pracują. Jestem zwolennikiem dialogu pracodawców i pracowników.

Tyle tylko, że zamiast analizowania sytuacji rad z mniejszymi lub większymi uprawnieniami trzeba się zastanowić jak organizować związki zawodowe. Tak, tradycyjne związki, obecne w polskim systemie prawnym od wielu dekad. Oczywiście można znaleźć wiele przykładów, gdy związki działają nielogicznie i nieracjonalnie. Irytują sytuacje, gdy czytamy raporty o uzwiązkowieniu w państwowych spółkach na poziomie 130%, gdy jeden pracownik należy nawet do kilku związków.

Z drugiej jednak strony równie irytują sytuacje, gdy w wielkich sieciach handlowych pracownicy nie mogą być zrzeszeni, bo twórcy związków są zwalniani na etapie organizacji związku. Irytują sytuacje, gdy w bankach w ramach „procesów restrukturyzacji” tracą pracę tysiące pracowników, szybko rosną płace zarządów, a związku w takiej instytucji nie ma. I nie będzie. Od lat wątpliwości budzą też kwestie tzw. reprezentatywności związków. W naszym systemie sprzeciw niewielkiego, radykalnego związku może utrudnić lub zablokować wypracowywane porozumienie z pracodawcą.

Dlatego lepszym rozwiązaniem jest zmiana kompetencji związków, bez poszerzania kompetencji rad. A gdy poziom uzwiązkowienia w Polsce wzrośnie z obecnych 10 proc. (według różnych danych jest to od 7 do 11%), to rady staną się zupełnie niepotrzebne. I zapewne nikt nie będzie za nimi tęsknił.