Umorzenie i szubienice. Ta nieznośna wolność słowa
Artur Kiełbasiński 26.11.2019

Prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie powieszenia na szubienicach portretów europosłów PO. To banalne zdanie, które wywołało emocjonalną burzę w szklance wody.

 

Powiedzmy wprost. Wieszanie jakichkolwiek portretów na szubienicach budzi niesmak. Taka forma napiętnowania może budzić oburzenie, może nawet obawy. Sprowadzić je można do prostego pytania czy za wieszaniem portretów nie pójdą dalsze kroki – choćby fizyczna przemoc wobec przeciwników politycznych.

Dlatego informacja o umorzeniu sprawy spowodowała w mediach społecznościowych prawdziwą eksplozję emocji. Przeciwnicy środowisk narodowych, których przedstawiciele „powiesili” portrety, argumentują że umorzenie to skandal i niedopuszczalne działanie prokuratury. Polityczni przeciwnicy „powieszonych” wychwalają prokuraturę odwołując się do wartości takich jak wolność słowa.

Mało kto analizuje jednak sprawę od strony innej niż polityczna. W kontekście merytorycznym kluczowe pytanie jest jednoznaczne i proste. Czy powieszenie na szubienicy portretów przeciwników politycznych jest zapowiedzią stosowania przemocy czy wezwaniem do linczu. Moim zdaniem – absolutnie nie jest.

Odpowiedzi można szukać w tysiącach komentarzy prawników, ale też w… pop kulturze. Każdy miłośnik prawa jako „film obowiązkowy” traktuje klasyczną pozycję z 1957 r. pt. „12 gniewnych ludzi”. W tym filmie znakomicie pokazano, ile znaczą buńczuczne werbalne zapowiedzi w stylu „zamorduję ciebie”. No więc nie znaczą nic i to nie tylko w amerykańskim filmie, ale też w życiu.

Każdego, kto dziś pomstuje na decyzję prokuratury trzeba skonfrontować w faktem dość niewygodnym politycznie. W maju 2012 r. poseł Stefan Niesiołowski (wówczas PO), straszył dziennikarkę prawicowej telewizji zniszczeniem kamery. Prokuratura sprawę… umorzyła. Uzasadnienie było w gruncie rzeczy podobne, jak w sprawie umorzenia „wieszania” przeciwników politycznych. Otóż w obu przypadkach prokuratura uznała, że czym innym jest gest, oznaka niezadowolenia, nawet emocjonalna, a czy innym jest realny zamiar popełnienia przestępstwa. Zapowiedź zniszczenia kamery jest zatem oznaką niezadowolenia, a nie bezpośrednim zamiarem takiego czynu, chyba że za wypowiedzią idą inne, realne działania. Tak samo „wieszanie” przeciwników politycznych jest formą krytyki, a nie realnym wezwaniem do wieszania.

I trzeba powiedzieć jasno. To interpretacja dobra. Wolność słowa bywa nieznośna. Wolność słowa bywa uciążliwa. Czasami wolność słowa kłóci się z naszym poczuciem estetyki i kultury. I musimy się z tym pogodzić, bo wolność słowa powinna być traktowana rozszerzająco, a nie zawężająco.

Do tego pamiętać trzeba o utrwalonej linii orzeczniczej europejskich trybunałów. Osoby publiczne muszą liczyć się z dalej posuniętą krytyką niż zwykły obywatel. I w kontekście tej linii orzeczniczej także trzeba patrzeć na decyzję prokuratury.

Jednak wychwalanie decyzji prokuratury trzeba obwarować dwoma warunkami. Po pierwsze, prokuratura musi przeanalizować czy „wieszanie” rzeczywiście ograniczało się do działania symbolicznego, do brutalnej krytyki działalności osób publicznych. Jeśli bowiem wieszaniu portretów towarzyszyłyby realne zachęty do przemocy – sprawa byłaby poważniejsza.

Po drugie, szerokie stosowanie wolności słowa musi być traktowane powszechnie. Dla wielu zachowań, także tych, którym politycznie lub etycznie nie przyklaskujemy. Ściganie za „wieszanie” było błędem. Ale tak samo błędem jest składanie doniesień do prokuratury za hasła w stylu „Bób, hummus, włoszczyzna” czy próby ścigania organizatora happeningu, który w tekturowym czołgu 11 listopada parodiował paradujących żołnierzy.

Pytanie – czy każdy z nas potrafi tak otwarcie znosić wolność słowa swoich przeciwników. Obawiam się, że to sztuka w Polsce rzadko spotykana. A reakcje na decyzję prokuratury tylko dowodzą, że wolimy emocje walki z przeciwnikiem, niż realną wolność wypowiedzi. I jest to w gruncie rzeczy wniosek bardzo smutny.