Unii nie będzie do śmiechu
Andrzej Krajewski 23.12.2019

„W końcu nazwałam mojego kota Brexit” – oznajmiła siedem miesięcy temu na Facebooku francuska minister do spraw europejskich Nathalie Loiseau. „Budzi mnie miaucząc jak szalony każdego ranka, bo chce wyjść na zewnątrz, ale gdy otwieram drzwi siedzi niezdecydowany, a potem patrzy się wściekle gdy go wystawiam za drzwi” – opisywała internautom swoją codzienną katorgę. Przy czym wszyscy wiedzieli, że autorce wcale nie chodzi o kapryśnego futrzaka. Zresztą, gdy zabawny wpis zaczęły cytować media pani Loiseau wydała oświadczenie, że kota nie posiada, lecz był to jedynie mały żarcik pod adresem brytyjskiego rządu. Faktycznie premier Theresa May, jej otoczenie oraz brytyjski parlament wręcz prosili się o to, żeby stać obiektem kpin. Tysiące dowcipów, rysunków satyrycznych i memów zalało więc Internet.

 

Wysypowi dowcipów o brexicie towarzyszył równie obfity zalew artykułów i analiz pisanych z wielką troska o przyszłość Wielkiej Brytanii. Pochodzący z różnych krajów autorzy (w tym także ze Zjednoczonego Królestwa) martwili się o jego przyszłość polityczną i ekonomiczną. Generalnie prorokowano upadek gospodarczy, połączony z rozpadem państwa, które zaledwie sto lat temu panowała nad jedną czwartą lądów całej naszej planety. Natomiast prawie nikt w kontekście brexitu nie martwił się o przyszłość Unii Europejskiej. Nadal też po cichu wierzono, że Brytyjczycy się opamiętają i odwołają swoje wyjście z UE. Te złudzenia ostatecznie przeciął wynik przyśpieszanych wyborów do brytyjskiego parlamentu, a następnie zdecydowane poparcie nowo wybranej Izby Gmin dla planu premiera Borisa Johnsona. Zakłada on, że Zjednoczone Królestwo opuści Unię Europejską w dniu 31 stycznia 2020 r.

Klamka w końcu zapadła, bo wyborczy triumf konserwatystów oraz ich lidera pokazał, że pomimo kłopotów ekonomicznych i obaw przed przyszłością większość obywateli nadal chce brexitu. Wbrew błyskotliwym żartom europejskich polityków jest to zła wiadomość przede wszystkim dla Unii Europejskiej. Zapowiada to kilka istotnych przesłanek.

Wielka Brytania w swej przeszłości wiele razy doświadczała nawet całkowitego odcięcia od europejskich rynków. Działo się tak za czasów dominacji Hiszpanii, a następnie blokady kontynentalnej zaordynowanej jej w 1806 r. przez Napoleona Bonaparte. Dwa razy Niemcy odcinali brytyjską gospodarkę od jej tradycyjnych kooperantów podczas obu wojen światowych. Zawsze mocno zabolało i przynosiło kryzys, lecz także zawsze wystarczało Albionowi kilka lat, by pokonać trudności i wyjść z zapaści. Dzisiejsze czasy mają to do siebie, że gdy krzywa wzrostu PKB oscyluje w okolicach zera: polityków, ekonomistów i media ogarnia panika. Jeśli recesja przechodzi w dłuższy kryzys i zaczyna się spadek PKB, wówczas poziom histerii porównywalny jest do tego, jak niegdyś reagowano na epidemię dżumy. Wszyscy zachowują się tak, jakby świat miał się zaraz zawalić, a miliony ludzi czekał rychły zgon. Dlatego brexit jawi się niczym apokalipsa. Tymczasem owszem zaboli on mieszkańców Wielkiej Brytanii, lecz nie zabije. Tym bardziej, iż może okazać się całkiem „miękki”, bez radykalnego odcięcia od rynków UE. Wówczas, jeśli za pewien czas gospodarka na Wyspach stanie mocno na nogi, to dla Unii zaczną się pierwsze schody. Za kanałem La Manche będzie egzystował dowód, że istnieje życie po brexicie. Dla krajów, które od lat nie mogą się wygrzebać z recesji, takich jak Włochy, alternatywa opuszczenia wspólnoty zrobi się coraz bardziej pociągająca. Każda eurosceptyczna partia wskaże za kanał, jednocześnie mówiąc wyborcom: „zobaczcie im się udało, to i nam się uda”. Im lepiej będzie miewać się Wielka Brytania, tym wywrze bardziej destrukcyjny wpływ na spoistość UE. I to nie koniec fatalnych wiadomości. Kolejna nazywa się Boris Johnson.

Gdyby całość opinii o nim oprzeć na tym, co w różnych krajach UE piszą komentatorzy wypływowych mediów, to należałoby wierzyć, iż mamy do czynienia z dużo głupszą odmianą Donalda Trumpa o równie beznadziejnej fryzurze. Wystarczy jednak przez moment zostawić opinie na boku, podobnie jak fryzurę oraz skłonność Johnsona do błazenady i zamiast tego spojrzeć na fakty, a od razu kończą się powody do śmiechu. Fakty wyglądają następująco. Obecny premier od wielu lat konsekwentnie wspierał ideę wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii. Gdy po referendum Theresa May hamletowała, robiąc wiele, żeby żadna decyzja nie zapadła, on cały czas zajmował twarde stanowisko. Wreszcie wyszedł z rządu, porzucając MSZ i zręcznie usunął w cień, czekając aż pani premier się do reszty skompromituje. Wtedy rzucił jej wyzwanie i przejął partię. Po czym doprowadził do przedterminowych wyborów, oczyścił Partię Konserwatywną z euroentuzjastów i umocnił swoją pozycję. Reasumując – ograł wszystkich konkurentów wśród torysów, a przy okazji rozgromił laburzystów. Patrząc przez pryzmat faktów widzi się nie błazna z fryzurą a’la film „Głupi głupszy”, lecz przywódcę pełną gębą, jakiego Zjednoczone Królestwo nie miało od czasów Margaret Thatcher. Jeśli się to potwierdzi, prawdopodobieństwo, że Wielka Brytania szybko pokona nadciągające trudności znacznie wzrasta.

Tu od razu należy nadmienić o kolejnej, złowróżbnej dla UE sprawie. Do wybuchu II wojny światowej przez kilkaset lat kluczowym celem polityki zagranicznej Anglii, a potem Wielkiej Brytanii było zachowanie równowagi sił na Starym Kontynencie. Jeśli jakieś mocarstwo stawało się zbyt potężne Londyn natychmiast organizował przeciwko niemu koalicję. Knowania i sojusze Albionu uniemożliwiły zdominowanie Europy Ludwikowi XIV a następnie Napoleonowi Bonaparte. Potem równie boleśnie uderzyły w II Rzeszę, Rosję i wreszcie III Rzeszę. Gdy państwa kontynentalne tworzyły zbyt silny alians Wielka Brytania robiła wszystko, żeby go rozbić. Zazwyczaj się to udawało.

Przełom nastąpił po II wojnie światowej, kiedy Związek Radziecki okazał się tak potężny, że realne stało się, iż podporządkuje sobie cały Stary Kontynent. Wówczas wykrwawiona, nękana długoletnią recesją, rebeliami w koloniach i brakiem wiary w przyszłość Wielka Brytania zaczęła starania, by wejść do wspólnoty, budowanej przez RFN i Francję. Choć, nim zakończyły się one sukcesem, rząd Harolda Macmillana podjął próbę zbudowania alternatywy w postaci Europejskiego Stowarzyszenia Wspólnego Handlu (EFTA). Wciągając do współpracy: Danię, Szwecję, Austrię, Portugalię i Szwajcarię. W styczniu 1960 r. podpisano stosowne porozumienie w Sztokholmie. Ale ówczesny potencjał ekonomiczny: RFN, Francji i Włoch oraz realia polityczne sprawiły, że Londyn musiał w końcu skapitulować, wybierając model integracji promowany przez Paryż i Bonn.

Od tych czasów bardzo wiele się zmieniło. Związek Radziecki upadł i Moskwa przestała realnie zagrzać Londynowi. Dziś o wiele niebezpieczniej prezentuje się ewentualność obłożenia brytyjskich towarów wysokimi cłami i ograniczenia dostępu do rynku UE. Już tylko to może stanowić pokusę dla Borisa Jonsona oraz jego następców, żeby wrócić do starej strategii w nowej odsłonie. Polegałaby ona na rozbijaniu jedności UE, bo tak najłatwiej umocnić pozycję Londynu. A nic nie osłabia bardziej, od wyłuskiwania z Unii kolejnych państw. Jeśli zgodnie ze swą obietnicą Donald Trump zapewni Wielkiej Brytanii po brexicie „bardzo dużą umowę handlową”, może okazać się ona wstępem do tworzenia alternatywnej strefy ekonomicznej. Podważać jedność europejskiej wspólnoty od dawna usiłuje Władimir Putin. Również prezydent USA, co jakiś czas, podejmuje takie próby. Jednak Rosja nie jest w stanie zaproponować członkom UE atrakcyjnej alternatywy, zaś Waszyngton nie próbuje. Natomiast Wielka Brytania może zdobyć takie narzędzie, a w nieco odleglejszej przyszłości odważyć się go użyć. Wtedy Nathalie Loiseau powinna rozważyć, czy imię „Brexit” nadać nie kapryśnemu kotu, lecz ochrzcić nim jakieś zdecydowanie niebezpieczniejsze zwierzę.