Upadków upatrujcie we wzlotach
Tomasz Wróblewski 11.07.2016

Terminologia została, ale świat, który nas otacza, już do niej nie przystaje. Integracja, globalizacja, wyrównywanie przepaści między wznoszącym się a bogatym światem. To wszystko należy do poprzedniej epoki.

Ten bogaty świat znowu jest wściekły i samolubny. Globalne przepływy kapitału od 2008 r. skurczyły się o połowę. W ich miejsce stanęły mury dzielące północ od południa i izolacjonistyczna retoryka odgradzająca Wschód od Zachodu. Popatrzcie na te wszystkie kraje, które miały być dowodem, że da się w ćwierć wieku nadrobić setki lat zapóźnienia i rozwalcować rozpadliny cywilizacyjne. Dawno przestały już gonić Zachód. Wzrost gospodarczy państw rozwijających się to w najlepszym razie połowa tego, co w 2006 r. Stoją w miejscu i sięgają po wzorce, od których sądzili, że raz na zawsze uciekną. Chiny swoją świetność gospodarczą mają już za sobą i znowu szukają ukojenia w maoistycznej sprawiedliwości. Rosja wraca do tego, co jej zawsze najlepiej wychodziło, czyli wymuszania szacunku terrorem. Brazylia, Meksyk wracają do slamsowej mentalności i zamykają się w swoich shantytowns, Argentyna, Pakistan – czerwono robi się od zakreślenia markerem państw straconych dla idei społeczno-gospodarczej konwergencji. Przykładów nie brakuje i w drugą stronę, zaczynając od Wielkiej Brytanii sięgającej po wzorce swojej antyeuropejskiej tradycji czy republikanów Trumpa, których izolacjonizm przywołuje tradycje prezydenta Lincolna i jego filozofię ratunkowych barier celnych Wilsona czy Nixona. Wszystkim, którzy chcą lepiej zrozumieć proces demontażu globalizacji, polecamy porywającą książkę Ruchira Sharmy, wieloletniego inwestora na światowych rynkach kapitałowych, który zrobił fortunę, przewidując wzloty i upadki państw – „The Rise and Fall of Nations”. Sharma dowodzi, że każdy naród co 100, 200 lat ma swoje pięć minut. Często przywódcy mylą chwile przypadkowej świetności z trwałą poprawą swojego losu.

Żeby naprawdę go odmienić, trzeba docenić tę szansę, a nie upajać się darowanym czasem. Rozciągnąć te pięć minut, unikając pułapek psychopolitycznych, w które zawsze wpadały i wciąż wpadają biedne kraje. Czy da się rozciągnąć nasze pięć minut?

Dobrobyt niewidziany tu od 500 lat powinien dać nam do myślenia. Kto wie, kiedy będzie taka kolejna okazja, czy na taką geopolityczną konstelację znowu przyjdzie nam czekać 500 lat. Dziś u szczytu naszego rozkwitu, silni gwarancjami NATO, wszelkimi możliwymi wolnościami w handlu i polityce, mamy te pięć minut. Ale patrząc wokół, na procesy szarpiące światem i nasze własne uwarunkowania ekonomiczne, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że te pięć minut właśnie mija.

Pewnie trochę przydługi ten wstęp, ale zależy nam, żeby to odpowiednio mocno wybrzmiało. Od początku wspieraliśmy nurt reformatorski w rządzie, który dostrzega katastrofę demograficzną, destrukcyjną biurokrację, bezmyślność systemu podatkowego. Czy to nazwiemy planem Morawieckiego, czy planem dla Polski, to wciąż mówimy o tym samym – jak rozciągnąć te nasze pięć minut. Wbrew odwiecznej pokusie polityków opętanych rozdawaniem nie swoich pieniędzy. Na darmowe leki, na wyższe płace, emerytury i na czym tam jeszcze ich dobroduszność może tylko położyć rękę. Doskonały plan reprywatyzacji naszych pieniędzy niegdyś zajętych przez OFE natychmiast uzupełniony został 25-proc. haraczem na ZUS. Czyli ni mniej, ni więcej, tylko powtórką z PO-wskiej nacjonalizacji. Zapętleni w wojny ze zdrowym rozsądkiem, marnujemy naprawdę cenny czas. Zamiast deregulacji i ustaw wspierających pracodawców, chcemy im zabrać tanich ukraińskich pracowników, pozbawić obrotu gotówkowego, a tych, którzy jeszcze przeżyją, dobić prawem wodnym czy klauzulą obejścia prawa podatkowego. Bezmyślne prawa tworzone przez polityków naiwnie przekonanych, że z tego worka można będzie czerpać wiecznie.

***
Tekst ukazał się we WPROST