Uwaga rolnicy rząd idzie po was z pomocą
Tomasz Wróblewski 20.07.2018

Po spektakularnych sukcesach wspierania polskich przedsiębiorstw, z których część sprzedała się państwu, a inne obcym inwestorom, teraz przyszła kolej na rolników. Rządowy Holding Spożywczy. Panaceum na nieuczciwych pośredników. Parafrazując sławną maksymę, której autorem był Friedrich von Hayek – „Gdyby Socjaliści znali się na ekonomii to nie byliby socjalistami”, gdyby nasz rząd znał się na ekonomii, to nie proponowałby rozwiązań, które swego czasu głodem spowiły Kazachstan, bogatą w czarnoziemy Ukrainę, a potem wykończyły rolnictwo w PRLu. Wszędzie gdzie pojawiał się komunizm, pierwsze co „ludowa” władza niszczyła, to właśnie pośrednictwo w handlu płodami rolnymi. Zanim jeszcze okradła rolników z ziemi, zanim wzięła się za kolektywizację, to wyznaczała srogą karę dla „spekulantów”. Państwowy monopol rolny gwarantował „uczciwe” czyli nierynkowe ceny. Kiedy chłopi odmawiali dostaw, państwo rekwirowało im plony, bo w miastach nie było co jeść. Pierwszy eksperyment skończył się dość szybko w 1921 roku. Lenin ratując Związek Sowiecki ogłosił NEP Program Nowej Ekonomii i pierwsze co ogłosił to otwarcie rynku dla pośredników rolnych. Pomogło na kilka lat, Głód ustąpił aż do nowej nacjonalizacji w 1929 roku.

 

Z naszych PRLowskich doświadczeń pamiętamy, że zawsze kiedy rząd znalazł się pod ścianą, to rozluźniał zakazy pośrednictwa w handlu żywnością. Jak tylko chłopi odbudowali swoją trzodę, zebrali więcej zboża, to znowu zaostrzał reżim. Pod hasłem ochrony przed spekulantami żołnierze wkraczali do obór i zabierali żywność żeby nie wpadła w ręce „cwaniaków”.

Pokazowe procesy spekulantów, konfiskaty świń i buraków, pewnie nam nie grożą, co nie znaczy, że rządowy holding ma szanse powodzenia. Mechanizm oparty jest na tej samej socjalistycznej przesłance. Na wierze, że przyczyną problemów rolnika są spekulanci – pośrednicy, skupy, przetwórcy, eksporterzy. Karkołomna teoria przy tak zróżnicowanym i tak konkurencyjnym rynku. Gdzie każdy może w Polsce założyć sklep, stragan, a jak trzeba, siąść z owocami przy drodze. Oczywiście każdy musi pamiętać o wyższym ZUS, o rosnących cenach pracy, wyższych opłatach za powierzchnie handlową, drożejącej benzynie, unijnych normach, o Sanepidzie, o pozwoleniach miejskich, o wolnych niedzielach, co też wiąże się z wyższymi kosztami składowania, czy chłodzenia – ale spróbować może każdy.

Rząd od 2016 roku nosi się z pomysłem konsolidacji branży spożywczej. Tak jak energetykę, bankowość, a ostatnio nawet turystykę, rolnictwo też chce polonizować/nacjonalizować. I wreszcie nadarzyła się okazja –- klęska urodzaju i większe niż zwykle różnice między cenami skupu a cenami w sklepie. Socjaliści zgodnie z zasadą Hayka, upatrują tu spisek i spekulację. Tymczasem rynek zachowuje się jak rynek. Popyt i podaż. Większy popyty rodzimych owoców i większy import ze wschodu, powodują, że cena pozyskania klienta jest wyższa. Rolnik nie płaci tylko za koszty własne pośredników, ale też za powierzchnie w sklepach czy chłodniach. Więcej owoców walczy o tego samego klienta i jedyne czym można go odebrać konkurencji to cena. Mamy po prostu rynek pośrednika. Tak jak w czasach słabej koniunktury mamy rynek pracodawcy, a w czasach dynamicznego rozwoju gospodarczego, jak dziś, mamy rynek pracownika.

Jeżeli rządowa instytucja z sekretarkami, samochodami, biurami, centralą w Warszawie zapłaci więcej rolnikowi niż wyspecjalizowany pośrednik, to pytanie dlaczego rolnicy sami na to wcześniej nie wpadli. A może wpadli, może spróbowali i zrozumieli, że prawa rynku są bezwzględne. Z ekonomia nie wygrają, ale mogą z politykami, którzy się na niej nie znają i od nich łatwiej wyłudzić pieniądze niż od pośrednika. Tak jak łatwiej jest wystąpić o pomoc państwa niż opłacić ubezpieczenie od klęski żywiołowej. Logikę rolnika rozumiem. Skoro państwo tyle razy im ulegało, to dlaczego teraz nie ulegnie przed wyborami. Rozumiem też polityków, którzy nigdy nie przepuszczą okazji do rozbudowania swojego aparatu i zwiększenia kontroli nad gospodarką. Jeżeli jednak ktoś poważnie myśli, że w końcowym rachunku marchewka od państwowego holdingu wyjdzie nas taniej, to znaczy, że nie tylko nie zna ekonomii, ale też naszej własnej historii.