Visa Waiver Program, czyli paciorki dla dzieci
Łukasz Warzecha 06.10.2019

Wiadomość o zakwalifikowaniu Polski do programu Visa Waiver wywołała wielkie poruszenie. Szalony sukces rządu, wielki przełom, nareszcie. Nie podzielam ekscytacji – przeciwnie, uważam, że znów sypnięto nam pod nogi bezwartościowymi w dużej mierze paciorkami, kupując za nie coś wymiernego. Żeby to dostrzec, trzeba jednak – co w Polsce jest niezwykle trudne – przestać patrzyć na sprawę z personalnego punktu widzenia, przestać myśleć o babce, ciotce czy kuzynie sąsiada, który chciał sobie do USA pojechać, ale mu wredni Amerykanie wizy nie dali, no to se teraz pojedzie (zresztą pewnie też sobie nie pojedzie – o czym za moment). Trzeba spojrzeć z poziomu międzynarodowej kalkulacji.

 

Najpierw jednak spójrzmy na detale. Udział kraju w Visa Waiver Program nawet z punktu widzenia pojedynczej osoby nie jest tak bezdyskusyjną korzyścią, jak można by sądzić. Dotąd wiza oznaczała upierdliwą procedurę, na ogół wypełnianą w konsulacie przy ambasadzie USA w Warszawie za aktualnie 672 złote. Wiele osób miało jakiś dziwny psychiczny opór związany z wypełnianiem upokarzającego – jak twierdzili – formularza wizowego, w którym zapytywano na przykład, czy się człowiek nie trudni prostytucją lub nie jest przypadkiem terrorystą. Cóż, formularz jak formularz, głupi faktycznie, ale widywałem głupsze. Wzmożenie, które dotyczyło tego punktu, jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Z tym że gdy się już wizę typu B uzyskało, była ona ważna zwykle przez 10 lat i pozwalała na pobyt za jednym razem przez sześć miesięcy. Czyli raz na dziesięć lat trochę problemów – i spokój.

Gdy kraj bierze udział w VWP, jest znacznie taniej (14 dolarów) i wygodniej, ale kompletnie nie mają racji ci, którzy próbują to porównywać ze strefą Schengen. Strefa Schengen oznacza praktyczne zniesienie granic w sensie kontroli na nich i stanowi praktyczną realizację jednej z trzech podstawowych wolności UE – wolności przepływu ludzi. Ma to gigantyczne znaczenie nie tylko dla Polaków, którzy mieszkają blisko granicy, którzy podróżują swobodnie po Europie, ale też przede wszystkim dla naszej gospodarki. To kompletnie inny porządek niż VWP.

VWP to jedynie warunkowe ułatwienie we wjeździe do USA. Formularz nadal trzeba wypełnić, tyle że przed komputerem. I nadal można do USA nie wjechać – osoba może zostać odrzucona albo na etapie ESTA (Electronic System for Travel Authorization), albo – co znacznie gorsze – dopiero na granicy na lotnisku w USA. I jest to sytuacja o niebo bardziej stresująca niż odmowa przyznania wizy w Warszawie. Owszem, była taka możliwość i przy podróżowaniu z wizą, acz prawdopodobieństwo było niewielkie, bo urzędnik graniczny miał świadomość, że za wydaniem wizy stoi proces lustracji kandydata dokonany przez ambasadę USA w danym kraju. Przy VWP i elektronicznym ESTA cały ciężar zlustrowania wjeżdżającego spoczywa właśnie na urzędniku na granicy, zatem można spokojnie założyć, że gdy już znajdziemy się w VWP, w mediach pojawi się wiele dramatycznych historii o Polakach cofanych z USA po przylocie na docelowe lotnisko.

Można też spokojnie założyć, że jeżeli ktoś dotychczas dostawał odmowę w konsulacie, to odrzuci go również ESTA albo właśnie strażnik graniczny. Kolejny skutek udziału w VWP to krótszy dopuszczalny pobyt. Z wizą B można było jednorazowo przebywać w USA pół roku – w ramach VWP jedynie trzy miesiące.

Nie trzeba dodawać, że w pakiecie z wejściem Polski do VWP nie ma skokowego obniżenia cen biletów lotniczych, więc masowych podróży na drugi kontynent raczej nie należy się spodziewać. Owszem, nieco może zyskać turystyka. Ale to margines ruchu na innych kierunkach, przede wszystkim europejskich.

Rozważmy teraz, czy faktycznie PiS cokolwiek tu „załatwił”. Kryteria wejścia do VWP są wymierne i obiektywne: w roku rozliczeniowym, kończącym się 30 września, odsetek odrzuconych wniosków wizowych w danym kraju musi być niższy niż 3 procent. Nie bardzo zatem jest tu co załatwiać, co zresztą komentatorzy od dawna podkreślali w reakcji na kolejne wzmianki przy okazji kolejnych podróży polskich polityków do Stanów lub odwrotnie.

Czy czynnik polityczny nie odegrał tu w takim razie żadnej roli? Być może jakąś – tak. Nie wiemy, czy administracja nie wywarła dyskretnej presji na pracowników Departamentu Stanu, żeby na przykład nie odrzucali z punktu każdego źle wypełnionego wniosku wizowego, ale starali się go wraz z aplikującym poprawić. Możliwe, że tak było i że spadek odsetka odrzucanych wniosków tuż poniżej granicy 3 procent to rezultat takiej właśnie dyskretnej operacji. Z drugiej jednak strony można mieć tutaj wątpliwości, bo mechanizm administracji USA działa trochę inaczej niż w Polsce, jej uzależnienie od czynnika czysto politycznego jest znacznie mniejsze, a urzędnik, naginający procedury, które przecież mają wpływ na bezpieczeństwo narodowe USA, ponosiłby ogromne ryzyko. Możliwe więc również, że w ogóle nie było tu żadnego czynnika politycznego w grze, a więc słowa rzecznika rządu Piotra Müllera, że „PiS załatwił” byłyby, najdelikatniej mówiąc, nadużyciem.

Pierwszy scenariusz jest o tyle prawdopodobny, że decyzja przychodzi w samą porę gdy idzie o wybory w USA i wybory w Polsce. Drugi o tyle, że procent odmów już od dwóch lat rozliczeniowych utrzymywał się na granicy. Tę granicę mógł przekroczyć w korzystną dla nas stronę być może za sprawą kampanii na rzecz prawidłowego wypełniania wniosków, prowadzonej jednak nie przez rząd, ale przez grupę prywatnych podmiotów, które mają swój interes w tym, żeby Polacy zaczęli wyjeżdżać turystycznie do USA. Stąd udział w niej między innymi biura podróży Rainbow czy MasterCard.

Jak było w rzeczywistości – nie będziemy wiedzieć.

Teraz spójrzmy na szerszy obraz. Kwestia ruchu wizowego lub quasi-bezwizowego w relacjach z USA jest z punktu widzenia państwa praktycznie bez znaczenia praktycznego. To wyłącznie waluta „godnościowa”, działająca na emocje Polaków. Faktycznie, brak Polski w tym programie był wielokrotnie przedstawiany – mimo, jako się rzekło, obiektywnych kryteriów, które na wejście do VWP nie pozwalały – jako rażący rozdźwięk z deklaracjami o wielkiej przyjaźni. Faktem jest jednak, że nie miało to dla faktycznych stosunków żadnego znaczenia. Wszyscy ci, którzy musieli do USA jeździć, aby załatwiać swoje interesy, w tym biznesmeni, bez problemu wyposażali się w wizy, które – przypominam – dawały im dwukrotnie dłuższy czas dopuszczalne pobytu niż VWP. Ja sam zawsze twierdziłem, że przywiązywanie absurdalnie wielkiej wagi do kwestii wiz nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia.

W relacjach z USA liczy się kilka spraw: przede wszystkim obronność, zakupy wojskowe i szeroko pojęta wojskowa współpraca, nasze polityczne uzależnienie od Waszyngtonu, szczególnie w zestawieniu z trudnymi relacjami z najważniejszymi europejskimi partnerami, uległość Polski w kwestii amerykańskiego stanowiska wobec Chin, także z przełożeniem na sprawy biznesowe, relacje w trójkącie Polska-USA-Izrael, wreszcie, w relatywnie niewielkim stopniu, biznes. Na absolutnie żadną z tych kwestii sprawa wiz nie ma najmniejszego wpływu.

Nasze relacje z USA są dzisiaj dobre, ponieważ po obu stronach Atlantyku są administracje o podobnym profilu politycznym. Wystarczy sobie przypomnieć czasy Obamy, żeby zrozumieć, że nic tu nie jest dane raz na zawsze, choć oczywiście im więcej względnie trwałych kwestii, jak obecność wojskowa, uda się załatwić teraz, tym trudniej innej waszyngtońskiej administracji będzie się z tego wycofać.

Problem nie polega nawet na tym, że istnieje gigantyczna dysproporcja wagi i potencjału między nami a naszym Wielkim Bratem – ona istnieje w przypadku większości bilateralnych relacji USA z innymi krajami. Problem w tym, że administracja Trumpa zmieniła modus operandi o tyle, że stał się on skrajnie transakcyjny. Tu zawsze jest quid pro quo, czyli za każdym razem, gdy coś od Waszyngtonu dostajemy, należy sobie zadać pytanie, czym za to płacimy.

Amerykanie są profesjonalistami – podobnie jak Rosjanie, mają rozpracowany nie tylko profil psychologiczny przywódców, ale też poszczególnych narodów. Profil psychologiczny Polaków czyni z nas niestety łatwych „partnerów”: podatni na emocje, wybuchający entuzjazmem, gdy tylko ktoś ważny powie im dobre słowo, zachwyceni poklepywaniem po ramieniu, najpierw za wolność waszą, a dopiero potem będziemy się martwić o naszą, „rozgrywka z nimi to nie żadna polityka, to wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse” – by zacytować Kaczmarskiego. To, rzecz jasna, nie działa tylko w przypadku relacji Warszawa-Waszyngton. Na tej samej nucie grał rząd PO, epatując Polaków obrazkami, pokazującymi zażyłość ówczesnych przywódców z europejskimi elitami, za czym nie szła żadna realna siła oddziaływania na europejską politykę. Nie jestem od tego, żeby pisać swoim odbiorcom miłe rzeczy – wręcz przeciwnie, więc napiszę wprost: to dość prosta gra na gigantycznych polskich kompleksach, które zaczęły grać znaczącą rolę od chwili, kiedy I Rzeczpospolita straciła własną potęgę i potencjał, czyli od końca XVII wieku.

Obserwując zatem olbrzymie podekscytowanie sprawą wiz, nie sposób nie postawić sobie pytania: za co Amerykanie zapłacili nam cynowym pieniądzem VWP? Co więcej, jest bardzo możliwe, że zapłacili, nie czyniąc absolutnie najmniejszego wysiłku, to znaczy, że całą pracę wykonaliśmy my sami, schodząc poniżej 3 procent odmów, ale sygnał kanałami dyplomatycznymi poszedł taki, że stało się to dzięki naciskom administracji Trumpa. To przecież kompletnie nie do zweryfikowania. PiS dostał swój przedwyborczy prezent, ludziska się cieszą jak głupie, ale za tę radochę albo już zapłaciliśmy konkretną walutą, albo za moment zapłacimy.

I jeszcze Kaczmarski z „Raportu ambasadora” (rosyjskiego, nie amerykańskiego, ale to akurat nie ma tu znaczenia):

Dlatego radzę, nim ochłoną ze zdumienia,

Tą drogą dalej iść, nie grozi niczym to.

Wygrać, co da się wygrać, rzecz nie bez znaczenia,

Zanim nastąpi europejskie qui pro quo.