Volonte névrotique
Robert Gwiazdowski 29.12.2014

Pisałem już o tym wielokrotnie. Ale skoro inni nieustannie piszą o konieczności podwyższania podatków i zwiększania roli państwa w naszym życiu to i ja mogę po raz kolejny przypomnieć skąd się takie przekonania biorą.

Jedni ludzie najbardziej cenią wolność! Swoją i cudzą! Nie uważają się za lepszych od innych, wszystkim przyznają równe prawa w „dążeniu do szczęścia” – jak stanowi amerykańska Deklaracja Niepodległości – i w myleniu się na swój własny rachunek. Sukcesy innych są dla nich wyzwaniem i inspiracją. A porażki przestrogą.

Drudzy wolą się mylić na czyjś rachunek. Uzurpują sobie prawo podejmowania decyzji za innych, bez ponoszenia konsekwencji za ich skutki przez siebie. Sukcesy innych budzą ich zawiść, a porażki cieszą. Uważają, że są lepsi i dlatego powinni móc realizować swoje wizje. A do tego potrzebują państwa i jego aparatu przemocy.

W Starożytności lubował się w tym już Platon, a w czasach nowożytnych Jan Jakub Rousseau, który, jak wiadomo, „wielkim demokratą był”. Pisał, że rządzić ludźmi powinna „volonte generale” („wola powszechna”). Miał jednak problem z określeniem, czym ona jest – wolą wszystkich, wolą większości? Był zwolennikiem demokracji bezpośredniej i pozytywnie wyraził się nawet o polskim liberum veto jako sposobie ustalania treści owej woli powszechnej. Co do zalet demokracji bezpośredniej miał rację – potwierdza to dziś przykład Szwajcarii. Jego naukami inspirowana była Konstytucja Jakobińska (właściwie Konstytucja roku I – Constitution de l’an I). Ale jakoś nigdy nie weszła w życie. Zdominowany przez Jakobinów Konwent Narodowy ją co prawda uchwalili, ale od razu została zawieszona z uwagi na trudności w jej realizacji w czasie wojny. A sam Rousseau doszedł do wniosku, że wolą ludzi w ogóle nie ma co się przejmować. Bo wola powszechna to nie jest wola ludzi, tylko ludu. A jako, że „lud” to pojęcie mgliste, wolę tegoż ludu odkrywać mogli – podobnie jak u Platona – najwybitniejsi intelektualiści, do których sam oczywiście się zaliczył. Własne dzieci wysłał nawet do przytułku, żeby nie przeszkadzały mu w pracy dla ludu i rozpoznawaniu jego woli.

Dlatego mamy demokrację reprezentacyjną – czyli plebiscytową, która coraz bardziej staje się de facto coraz bardziej dyktaturą kadencyjną. Ludwig von Mises zauważył, że „według idei tkwiącej u podstaw władzy reprezentacyjnej, członkowie parlamentu mają reprezentować cały naród, a nie poszczególne regiony, czy partykularne interesy grup wyborców”. Jednak „parlamenty krajów interwencjonistycznych całkowicie odbiegają od tego ideału (…) Każda zaproponowana ustawa i każdy przedsięwzięty krok wykonawczy osądzane są przez polityków jedną miarą: co to daje moim wyborcom i grupom nacisku, od których zależę?” W ten sposób „interwencjonizm przeistoczył rząd parlamentarny w rząd lobbystyczny”.

I taki lobbystyczny rząd ma coraz więcej wyznawców wśród kilku grup swoich klientów. Do pierwszej należą urzędnicy i kadry kierownicze spółek kierowanych przez rząd – z rodzinami rzecz jasna. Drugą stanowią beneficjenci transferów publicznych. Transfery te, to z jednej strony transfery socjalne, kierowane do najsłabszych, a z drugiej do tych „grup nacisku”, o których wspominał Mises. Trzecia grupa to makroekonomiści ze szkoły popytowej. Naukowo uzasadniają oni potrzebę rządowego interwencjonizmu, więc rząd ich chętnie słucha i zamawia u nich kolejne analizy. Grupa czwarta to intelektualiści o mentalności Rousseau, czy – sięgając jeszcze głębiej – Platona. Wiedzą lepiej od innych co jest dla tych innych dobre. Źródłem ich cierpienia – twierdził von Mises – jest to, iż sprawy nie zawsze toczą się po ich myśli. Człowiek rodzi się jako aspołeczne, egoistyczne stworzenie i dopiero z czasem uczy się, że jego wola i potrzeby nie są jedynymi na świecie i by zaspakajać swoje zachcianki musi budować consnesus z innymi ludźmi. Niektórym to się jednak bardzo nie podoba. Społeczeństwo nie spełnia ich oczekiwań. Każdy dzień przynosi im więc kolejne rozczarowania. W ich efekcie uciekają w marzenia o świecie, w którym liczy się tylko ich własna wola. „W tym sekretnym świecie neurotyk staje się dyktatorem”. W swoim umyśle uzurpuje sobie prawo bycia władcą absolutnym i decydowania o wyborach innych ludzi. „Psychiatrzy określiliby jego stan jako megalomanię”. Oczywiście w państwie demokratycznego kapitalizmu, które kieruje się zasadami gospodarki rynkowej, wola takiego neurotyka nie ma szans na realizację. Stąd jego poparcie dla państwa, które zrealizować ma jego neurotyczne marzenia o świecie ułożonym według jego własnego planu. Opozycja wobec wolnego rynku „nie jest więc rezultatem rozumowania, ale patologicznego nastawienia umysłowego – urazy i neurotycznego zaburzenia, które można nazwać kompleksem Fouriera”. Zwolennicy interwencjonizmu to ludzie, którym się nie powiodło tak, jakby sobie tego życzyli. Uciekają więc do „zbawczego kłamstwa” interwencjonizmu, które pociesza ich za przeszłe niepowodzenia i tworzy iluzje przyszłych sukcesów. „Neurotyk nie odstępuje więc od swojego „zbawczego kłamstwa” i kiedy musi wybierać między nim i logiką, woli poświęcić logikę”.