W wojnie o Tuska Brukseli nie chodzi o Tuska
Tomasz Wróblewski 02.03.2017

W całej tej karuzeli poparć i wyparć kandydatów na prezydenta Rady Europejskej umyka nam istota problemu:  Prezydent Rady Europejskiej. Prezydent, który nie jest żadnym prezydentem, a jego kandydatura nie jest żadną kandydaturą. Tam nie ma żadnych wyborów. Kandydat jest desygnowany w zawiłym procesie zakulisowych kompromisów i nacisków. Gdyby Papieża wybierano w tak mętnych okolicznościach, to lewica okrzyczałaby Kościół Katolicki organizacją mafijną.

To, że rola prezydenta sprowadza się do roli sekretarki zwołującej europejskich przywódców na spotkanie, to wiemy. Tak jak wiemy, że nikt poważnie nie traktuje jego pism i wystąpień. Do tego stopnia, że Biały Dom nie zaprosił Tuska na inaugurację Trumpa.  W tym kontekście konflikt o obsadzanie „sekretarki” jest dziwaczny. Ale jest i jakby się tak dobrze zastanowić to był nieuchronny. Wiadomo było, że wcześniej czy później gdzieś zmieni się rząd i pupilek poprzedniej władzy, będzie obiektem nienawiści nowej władzy. Typowa Unijna konstrukcja stworzona na dobre czasy, zakładająca, że wszyscy wszystkich zawsze kochają. Kiedy okazuje się, że życie potrafi być złożone,  to… to tym gorzej dla życia.

Tak było w przypadku euro, tak było kiedy zabrakło zgody na otwarcie rynku rolnego, kompromisu wokół polityki klimatycznej, czy polityki emigracyjnej. W przeciwieństwie do prawdziwego świata, UE nie sili się na  refleksje systemową. Jak uniknąć podobnych absurdów w przyszłości. Przeciwnie Bruksela eskaluje każdy najmniejszy nawet błąd systemowy – dąży do otwartego kryzysu. To oczywiście nie jest jedyna przyczyna dla której ta konstrukcja długo już nie pociągnie, ale dość istotny mankament.

W sytuacji jakiej znalazł się Tusk, można było pomyśleć o naprawie systemu, tak żeby w autentycznych wyborach ścierali się kandydaci z poparciem  swoich rządów, a może z poparciem własnego elektoratu, w ramach dodatkowej listy wyborczej . Można pomyśleć o wyborach w Parlamencie Europejskim, jest całe mnóstwo rozwiązań z których Bruksela jak zwykle wybiera  – nie podoba wam się to jesteście głupi, jesteście populiści, nienawistniki a my jesteśmy elity i zrobimy swoje. W imię…. W imię czego?  W imię tego, żeby prezydent Rady Europy stał się symbolem polityka unijnego, który nikogo nie reprezentuje? Że niby dobry rząd to taki, który nie ma zobowiązań wobec  wyborców, a jeszcze lepszy to taki, który jest z nimi w  konflikcie ?

Co najzabawniejsze, to cała ta awantura nie ma żadnego związku z Tuskiem i tym jak pełni swój urząd. To tylko jeszcze  jedna okazja do oderwania Brukseli od narodowych rządów i ubezwłasnowolnienia wyborców.  Każda okazja dobra, czy to narzucenia nadzoru nad budżetem Grecji, czy wymuszenia powtórnego głosowania w Irlandii. A teraz kolejny sygnał – trzeba było sobie wybrać rząd co lubi naszego Tuska.