Walec Naczelnika
Łukasz Warzecha 17.09.2020

Obserwowanie obrad sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi (która chyba powinna zmienić nazwę na: „Komisja Zwijania Wsi”, przynajmniej pod tą władzą) choćby tylko przez około godzinę było doświadczeniem wręcz bolesnym fizycznie. Komisja obradowała natomiast między około 21 a 7 rano. Uruchomiony przez Naczelnika walec przejeżdżał po wszystkich wątpliwościach, absurdach, idiotyzmach. Pisowski politruk kierujący obradami (przynajmniej w tej części, którą widziałem) – wiceprzewodniczący komisji towarzysz Ryszard Bartosik – zachowywał się jak działacz PZPR na obradach egzekutywy zakładowej w 1973 roku. Głosy przedstawicieli Biura Legislacyjnego Sejmu padały gdzieś w próżnię. Reprezentującego Polski Związek Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego Jacka Zarzeckiego w ciągu kilkudziesięciu minut dopuszczono do głosu (zdalnie) dwa razy na w sumie może półtorej minuty, a i to po natarczywych uwagach ze strony posłów Konfederacji. Ci ostatni byli ostoją zdrowego rozsądku, jednak co chwila zderzali się ze ścianą.

 

Nie był to pierwszy raz, gdy PiS pod dyktando swojej wierchuszki procedował po nocy, łamiąc wszelkie zasady dobrej legislacji. A przypominam, że mówimy o projekcie poselskim, czyli takim, gdzie nie ma ani potrzeby organizowania społecznych konsultacji, ani przedstawiania oceny skutków regulacji.

Powtarzam to już kolejny raz, ale ważne jest, żeby wszyscy zachowujący zdrowy rozsądek obserwatorzy to zrozumieli: sposób działania PiS w tej sprawie jest bolszewicki. Kasuje się dwie branże, likwidując w ciągu roku dorobek życia tysięcy ludzi, przynajmniej kilkanaście tysięcy wysyłając na bezrobocie, pozbawiają budżet wpływów – to wszystko bez śladu debaty, dyskusji, analizy skutków finansowych czy społecznych. Zamknięcie legalnie działających biznesów z powodów czysto ideologicznych bez odszkodowania jest właśnie bolszewickie w swojej istocie. Bolszewicy tak się zachowywali – z powodu ideologii likwidowali sprawnie funkcjonujące biznesy, uznając, że wrogom klasowym żadne odszkodowania się nie należą.

Równie ważne jest, żeby po raz kolejny wszyscy sobie uświadomili, że mimo iż PiS, jako się rzekło, procedował już wcześniej różne rozwiązania w podobnie skandalicznym, nocnym trybie, to po raz pierwszy dotyczy to tak wielu obywateli, którym po prostu chce się zabrać dorobek życia. A w takim razie nikt nie jest bezpieczny. Można sobie równie dobrze wyobrazić, że PiS w którymś momencie postanowi na przykład zabrać sobie na potrzeby spragnionego budżetu wszystkie oszczędności obywateli powyżej miliona złotych. Dorobi się do tego piękną moralistyczną opowieść, jak to źli bogacze nie chcą się dzielić ze społeczeństwem. Znów ręka w rękę zagłosują neokomuniści z Razem oraz reszta Lewicy, PiS, może i duża część KO. I po ptokach. Ci, którym się dzisiaj wydaje, że sprawa dotyczy tylko jakiejś marginalnej grupki, będą bardzo zdziwieni, aż następnym razem Naczelnik postanowi skasować ich biznesy. Powstał precedens.

Odrębną sprawą jest, że młodzi komsomolcy z Michałem Moskalem na czele dostarczyli rzadkiej próby bubel, a sposób jego procedowania wywołuje odruch protestu nawet tych, którzy wprawdzie chcieliby zamknięcia branż futrzarskiej i ubojowej, lecz zarazem zachowują przyzwoitość osądu i nie są fanatykami (do tej grupy oczywiście nie zaliczają się przedstawiciele prozwierzęcych jaczejek). Tylko kilka przykładów, wychwyconych przeze mnie podczas obrad komisji.

Przepis regulujący rozmiary kojców dla zwierząt musiał zostać skonstruowany przez kompletnych ignorantów, bo – jak wskazywał Jacek Zarzecki, gdy udało mu się coś powiedzieć – oznacza, że praktycznie żadne polskie schronisko dla psów nie mogłoby działać. Oczywiście autorzy projektu nie sprawdzali, jakiej wielkości są stosowane dzisiaj kojce.

Przedstawiciele Biura Legislacyjnego wskazywali, że ze względu między innymi na wprowadzane przez ustawę ograniczenia w swobodzie działalności gospodarczej przepisy muszą podlegać notyfikacji w Komisji Europejskiej, a to z kolei musiałoby oznaczać kilkumiesięczną przerwę w procedowaniu. Ta wiadomość nie wywarła większego wrażenia na towarzyszu Bartosiku. Być może nie rozumiał w ogóle, o co chodzi.

Przepis dotyczący trzymania zwierząt jedynie tymczasowo na uwięzi, mierzącej minimum 6 metrów, oznaczać by musiał – jak zauważyli przedstawiciele Biura Legislacyjnego – że jeśli wychodzimy z psem na spacer i zostawiamy go przywiązanego przed sklepem, smycz musiałaby mieć owe 6 metrów. To jednak pikuś, bo również po 6 metrów musiałyby mieć uwięzi, na których trzymane są w hodowlach uwięziowych krowy – a takich jest w Polsce mnóstwo. Gdyby potraktować te idiotyzmy poważnie, wszyscy rolnicy, mający takie hodowle, musieliby na gwałt przebudowywać obory, zmieniając je w jakieś gigantyczne hale.

Nie mogą się też odbywać wystawy psów, bo tam psy wiązane są na specjalnych, krótkich smyczach. Zakaz trzymania zwierząt w celach rozrywkowych oznacza też prawdopodobnie, że zamknięte musiałyby zostać ogrody zoologiczne.

Oczywiście tych ewidentnych absurdów można by uniknąć – nawet realizując fatalne cele pomysłodawców ustawy – gdyby autorami projektu nie była banda politruków ignorantów, a sam projekt był procedowany w cywilizowany sposób, a więc nie w 10 godzin, ale na spokojnie, z konsultacjami, analizami, w trakcie kilku posiedzeń komisji.

Tu widać, jak dramatyczne skutki dla jakości życia politycznego ma konstrukcja systemu, uzależniającego posłów od kierownictwa partii, zwłaszcza w największych molochach. Z jak negatywnym doborem kadr mamy do czynienia. Do jakiego stopnia bezwolnymi wykonawcami nawet najgłupszych zamysłów wodza są żołnierze jego armii. Wszystko to jest w najwyższym stopniu przygnębiające.

Przyznać muszę, że nie jestem w stanie powstrzymać uczucia pogardy wobec tych politruków, którzy albo cynicznie, albo bez śladu refleksji, zatem kompletnie bezmyślnie realizują szaleńcze idee Naczelnika. Bezczelny uśmieszek Marka Suskiego czy pozbawiona śladu samodzielnej myśli twarz Radosława Fogla wywołują u mnie odruch wstrętu. Taki sam, jaki musiałaby wywoływać bezczelna gęba komunistycznego poputczika, który w latach 40. przyjeżdżał do 150-letniego dworku, żeby wyrzucić z niego właścicieli i zainstalować tam PGR. To jest niestety ten sam modus operandi, tyle że w nieco odmienionej stylizacji. Gorzej, że ta władza – inaczej niż komuniści – faktycznie może się upierać, że ma dla swoich szaleństw demokratyczną legitymację. Ale też pamiętajmy, że demokratyczna legitymacja nie upoważnia do wszystkiego – na tym właśnie opiera się państwo prawa.

Ta władza boi się tylko dobrze zorganizowanych grup, takich jak górnicy. Nigdy dotąd nie zdarzyło mi się nikogo namawiać, by protestował. Tym razem jestem przekonany, że gdyby rolnicy zjawili się masowo w stolicy – a sprawa jest naprawdę wspólna dla wszystkich rolników, niezależnie od tego, które działy rolnictwa mają być zamknięte – protestowaliby nie tylko w we własnym imieniu, ale w imieniu każdego, kto nie godzi się na bolszewickie metody działania wobec własnych obywateli.