Walka o wyborczą frekwencję, czyli głosujcie matoły
Jerzy Wysocki 20.05.2019

Za kilka dni wybory do europarlamentu. Politycy apelują o udział. Ale eurowybory nie cieszą się popularnością, w 2014 roku frekwencja to tylko 24 procent, czyli ponad dwukrotnie mniej niż w ostatnich wyborach parlamentarnych (51 procent) i samorządowych (55 procent). Zapewne wynika to z faktu, że większość do końca nie rozumie co robi Parlament Europejski, wiedza kończy się na bardzo wysokich zarobkach europosłów.

 

Ale czy nawoływanie do udziału, zatroskanie o frekwencję ma jakiś sens? Zależy dla kogo. Bywa, że motyw jest czysto koniunkturalny. Tak jest, gdy dana formacja polityczna jest zainteresowana zwiększeniem frekwencji, pokładając w tym nadzieję na lepszy wynik w wyborach. Tak jest obecnie w przypadku Prawa i Sprawiedliwości. Liderom rządzącej formacji nie chodzi jednak o takie sobie zwiększenie frekwencji, tylko jej wzrost w mniejszych miejscowościach i na wsi, tam gdzie ich elektorat. Stąd objazdy po Polsce i apele. Stąd obietnica 500 plus dla krowy i stówka dla świni. Śmieszne ale prawdziwe. Z punktu widzenia marketingu politycznego zupełnie zrozumiałe i racjonalne.

Dziwić mogą natomiast apele moralizatorów i wszelkiej maści tzw. autorytetów przekonujących, że udział w procesie wyborczym jest obowiązkiem każdego szanującego się obywatela. Mówi się nawet o jakimś, nie wiadomo z czego wynikającym „obowiązku obywatelskim”. Nie wiadomo z czego, gdyż czynne prawo wyborcze nie jest w Polsce żadnym obowiązkiem. Wprost przeciwnie, jest prawem czyli odwrotnością obowiązku. Prawo z definicji zawiera w sobie dobrowolność jego wykorzystania.

Owszem, są nieliczne kraje, gdzie istnieje przymus wyboczy, czyli prawny obowiązek udziału w głosowaniu. Niegłosujących spotykają kary. Ustanowienie takiego prawa było podyktowane przekonaniem, że każdy obywatel ma obowiązek choćby minimalnej troski o swój kraj. Ładnie to brzmi, lecz mocno to pokrętne. Podobnie jak często wyrażany populistyczny pogląd o zbiorowej mądrości ludu. Tą mądrością polskiego ludu, do drugiej tury wyborów prezydenckich wszedł niejaki Stan Tymiński, chyba z Peru, a w Sejmie buszowała Polska Partia Przyjaciół Piwa.

W Stanach Zjednoczonych nie ma przymusu wyborczego, co więcej oddanie głosu jest utrudnione, trzeba się natrudzić. Wybory odbywają w dzień pracujący, a nie w niedzielę. Aby wziąć w nich udział trzeba się uprzednio zarejestrować, lokale wyborcze nie tworzą gęstej sieci jak w Polsce. Można więc domniemywać, że w wyborach udział biorą ci Amerykanie, którzy rzeczywiście chcą oddać głos.

Można też przypuszczać, że zdeterminowany wyborca, to wyborca świadomy. Wiedzący po co i na kogo głosuje. Jego troska o kraj ma raczej większą wartość od wymuszonej groźbą kary „troski” Australijczyka.

Cenzus majątkowy to czasy bezpowrotnie minione. Przypomnijmy, chodzi o ograniczenie praw wyborczych do grupy osób o określonym majątku, lub płacących podatki określonej wysokości. Tak było w 18 i 19 wieku we Francji i w Wielkiej Brytanii. Pomysłodawcy wychodzili z założenia, że jeśli nie jesteś w stanie wypracować majątku, to jesteś nierozgarniętym nieudacznikiem, a więc wara tobie od decydowania o przyszłości ojczyzny. W dzisiejszych czasach, byłoby to niesprawiedliwe. Weźmy pensje nauczycieli i lekarzy rezydentów stanowiące w Polsce 1/3 wynagrodzenia maszynisty tramwajowego w Warszawie (chętnych do tej pracy brak). Nauczyciel i lekarz; a więc ludzie po studiach. Cenzus wykształcenia też więc odpada.

Czy można więc jakoś racjonalnie to ogarnąć ? Tak, sprzedam swój autorski pomysł, który narodził się w czasie knajpianej dyskusji o tym problemie. Inspirowany programem „Milionerzy”, wpadłem na pomysł by powiązać wagę głosu wyborcy ze stanem jego wiedzy o sprawach publicznych. Sprawach z dziedziny makroekonomii, prawa, finansów, rolnictwa, transportu, infrastruktury, kultury, cyfryzacji… itp. Uwaga, głosowanie ma się odbywać przez Internet. Login w postaci PESELU i jedziemy. Tradycyjna ankieta z mniej lub bardziej trudnymi pytaniami i z odpowiednią wyceną punktową.

Twój głos będzie zawsze ważny. Sam udział, to jeden punkt. A więc dyskryminacji nie ma, prawo wyborcze zachowane. Ale twój będzie ważył tyle ile punktów zdobyłeś. To zależy już tylko od ciebie, algorytm oceni twoje kompetencje do wpływania na sprawy państwa.

Tak, to political fiction. Ale proszę wykazać, że nie mam racji. Jeśli mam, to uprzejma prośba do Szwedzkiej Królewskiej Akademii Naukowej o nagrodę Nobla. Dziedzinę pozostawiam decydentom, jest mi to cynicznie obojętne.