Wiara w wolność współczesnych niewolników
Robert Gwiazdowski 17.12.2014

Przykuła moją uwagę wymiana poglądów Randomjog  i profesora  Wiitolda Kwaśnickiego o niewolnictwie w USA i jego ekonomicznych konsekwencjach.

Random, który jest (sądząc po publikacjach) zwolennikiem interwencjonizmu  państwowego i wysokich podatków, zaczyna od deklaracji, że pierwszym wykładzie z ekonomii usłyszał, że „potęga gospodarki Stanów Zjednoczonych została zbudowana dzięki wolności, przedsiębiorczości i równym szansom”. A okazało się, że „że Stany nie wszystko zawdzięczają wolności i równym szansom”. Nie wiem tylko czy się z tego powodu cieszy czy smuci. Cieszyć się zdaje tezą, że to nie wolność gospodarcza uczyniła ze Stanów potęgę. Przywołuje książkę Edwarda Baptista The Half Has Never Been Told, opisującą „w sposób dobitny, ale niezbyt miły i przyjemny, jak bardzo Stany skorzystały na niewolnictwie w XIX wieku”. Czy z tego też się cieszy trudno dociec. Z  całą pewnością się jednak myli – co wytyka mu Kwaśnicki.

Nie czytałem Baptista, więc nie wiem, czy słowa  „dobitnie i w sposób niezbyt miły i przyjemny” odnoszą się do moralnej oceny niewolnictwa, czy też do tego, że  „dobitnie” pokazują, iż to nie wolności i równości szans Stany zawdzięczają swój sukces. Jeszcze większe wątpliwości mam z odpowiedzią na pytanie, czy efektywność pracy niewolników wykazana przez Baptista, nie byłaby jednak wyższa, gdyby nie byli oni niewolnikami??? Trudno gdybać, ale  zważywszy, że koszt utrzymania niewolnika z Południa był często wyższy niż wynagrodzenie wolnego czarnego pracownika najemnego z Północy, równie dobrze można stawiać tezę odwrotną niż Random.

Stopa zwrotu z pracy niewolnika na plantacji Południa była wyższa niż z pracy najemnika na Północy nie dlatego, że niewolnik był bardziej wykorzystywany, tylko dlatego, że towary produkowane przez niewolników cieszyły się w Europie dużo większym popytem, od towarów produkowanych przez czarnych robotników najemnych w fabrykach na Północy. Mimo, że luddyści w Wielkiej Brytanii niszczyli mechaniczne włókna tkackie, które rzekomo miały odbierać im miejsca pracy, tych miejsc pracy w całym sektorze przybywało. A niewolnicy amerykańscy nie byli na tyle głupi, by niszczyć mechaniczne odziarniarki  bawełny, które ułatwiały im pracę. Natomiast z fabryk z Północy Anglicy nie mieli czego specjalnie importować, bo ich własny przemysł był o wiele bardziej rozwinięty od amerykańskiego. Dawało to Południu przewagi konkurencyjne nad… Północą! Opanowany przez – jakbyśmy to dziś nazwali – interesariuszy z Północy rząd federalny nałożył na produkty europejskie cła – by wspierać przemysł rodzimy i „tworzyć miejsca pracy”. Jak łatwo było przewidzieć, Wielka Brytania odpowiedziała tym samym na wyroby importowane z USA – czyli głównie bawełnę. I dlatego Południe ogłosiło secesję – a nie w obronie niewolnictwa. Zniesiono je by przyciągnąć na stronę Północy część źle traktowanych niewolników z Południa i odciągnąć Europejczyków od sprzedawania broni secesjonistom.

Kwaśnicki ma rację, że „utrzymywanie niewolnictwa zawsze i wszędzie jest aktem politycznym”. To państwo decyduje, czy niewolnictwo w nim istnieć może, czy nie! Bo ludzie oczywiście chcieliby mieć swoich niewolników, którzy dla nich coś robią. Tak jest do dziś! Jeżeli ktoś chce, bym płacił wyższe progresywne podatki, by on sam mógł cieszyć się z różnych „darmowych” dóbr i usług, które z moich podatków sfinansuje dla niego rząd, to nie chce oczywiście uczynić  ze mnie swojego niewolnika. Chce, żeby to rząd uczynił ze mnie jego niewolnika –  bo część swojego życia muszę przepracować za darmo. Czy praca za darmo nie jest pracą niewolniczą? A Ranndom wielokrotnie wskazywał na efektywność interwencjonizmu państwowego, który jest przecież wersją „soft” dawnego niewolnictwa.

Choć Kwaśnicki zastrzegł, że niewolnictwa nic nie usprawiedliwia, to narobił pewnego zamieszania cytując Misesa: „Być może apologeci niewolnictwa nie mylili się tak bardzo, kiedy twierdzili, że wielu niewolnikom odpowiadała ich życiowa pozycja i nie chcieli jej odmieniać. Niewykluczone, że niektóre jednostki, grupy bądź całe narody, a nawet rasy lubią spokój i bezpieczeństwo, jakie zapewnia im poddaństwo…” Niestety prawie każdemu zdarza się napisać bzdurę. Bo nawet jak coś bzdurą nie jest samo w sobie, to może być bzdurą w szerszym kontekście. A jak kontekstowo się broni, to bywa  bzdurą wyjęte z kontekstu. Ale to jest wina „nadawcy” przekazu, a nie „odbiorcy”, chyba, że odbiorca  celowo, złośliwie kontekstem manipuluje. Niektóre jednostki, grupy, bądź całe narody” bezsprzecznie „lubią żyć na cudzy koszt, bez żadnego qui pro quo. A jednak się przeciwstawiamy takim ich roszczeniom w imię wolności. To samo dotyczy niewolnictwa – nawet jakby było efektywniejsze ekonomicznie. Bo wolność jest najważniejsza. I to samo dotyczy współczesnego państwa – nawet jakby niektóre jego działania miały być efektywniejsze ekonomicznie. Musimy zawsze sprawdzić jaki zasób wolności trzeba będzie poświęcić na ołtarzu tej efektywności!

A Stany Zjednoczone nie rozwijały się ani dzięki niewolnictwu w pierwszej połowie XIX wieku, ani dzięki protekcjonizmowi w drugiej jego połowie. Rozwijały się dzięki duchowi wolności z XVII i XVIII wieku!

Większością emigrantów, przybywających od początku XVII wieku do Nowej Ziemi, kierował swoisty rodzaj filozofii opartej na tolerancji i indywidualizmie, wierze w postęp i równość szans wszystkich stających do konkurencji o dobra natury. Przeważnie byli to ludzie uciekający od starego porządku i starej ideologii, poszukujący dla siebie całkiem innych warunków życia niż te, które oferowała im Europa. Tolerancja kwitła wśród nich dzięki skrzyżowaniu na nowo zasiedlanych terenach różnych wspólnot narodowych, religijnych i kulturowych. Wyznawany zaś przez większość emigrantów purytanizm, w swym duchowym przesłaniu skierowanym do poszczególnych jednostek, sprzyjał rozwijającemu się indywidualizmowi. Sprzyjały mu także liczne, czekające na osadników trudności, które sami musieli przezwyciężać. Tworzenie przez nich nowej osady w Plymoth (nazwanej tak na  cześć portu macierzystego Myflower) do złudzenia przypominało Lockeowską umowę społeczną. Nie we wszystkich koloniach tak było. Zasady przywiezione do Ameryki na statku Myflower różniły się zasadniczo od tych, jakie dotarły do Massachusetts na pokładzie Lady Arabella. W pewnym sensie było to uwarunkowane czynnikami socjologicznymi. O ile bowiem założyciele osady Plymouth byli w większości drobnymi farmerami i rzemieślnikami, o tyle emigranci, którzy na mocy królewskiego przywileju fundacyjnego, utworzyli w roku 1628 Kompanię Nowej Anglii, nazwaną wkrótce Kompanią Zatoki Massachusetts, należeli do warstw średnich społeczeństwa angielskiego. Większość z nich rekrutowała się z yeomanów i dzierżawców farm we wschodniej Anglii. Niektórzy byli bogatymi kupcami, kilku ukończyło uniwersytety. W wykazach Kompanii figurowały też nazwiska szlacheckie: sir Henry Roswell, sir John Young i sir Richard Saltonstall. Wyruszyli oni do Ameryki wraz z rodzinami, znaczną liczbą służby związanej długoterminowymi kontraktami, żywym inwentarzem, narzędziami, wielkimi zapasami żywności i towarów przeznaczonych na handel z Indianami. Jak pisze Vernon Parrington: „ukształtowani przez społeczeństwo kastowe /…/ chcieli /…/ żyć tak, jak żyli w dawnym, na wpół feudalnym państwie /…/, szanowali tytuły, skrupulatnie przestrzegali hierarchii społecznej i różnic klasowych oraz domagali się przywilejów szlacheckich. Wyrośli bowiem w statycznym ładzie społecznym, w którym gentelmani rządzili, a lud był posłuszny i nie potrafili rozumować w kategoriach „aktu przymierza” z Plymouth”.

Struktura Kompanii Massachtsetts przypominała formalnie Kompanię Londyńską, prowadzącą na mocy przywileju królewskiego z roku 1606 kolonizację Wirginii, gdzie 13 maja 1607 roku założono pierwszą stałą osadę angielską – Jamestown. Była jednak między nimi także pewna, a jak się miało okazać w przyszłości bardzo istotna, różnica. Dyrektorzy Kompanii Massachusetts wykorzystali brak w karcie królewskiej przepisu ustalającego jej siedzibę i przenieśli ją za Ocean – do Bostonu. Dzięki temu Kompania, mając bezpośredni kontakt z kolonią, uzyskała w niej faktycznie nieograniczoną władzę. Plan utrwalenia w niej przywilejów mniejszości został opracowany jeszcze przed rozpoczęciem emigracji. Karta-statut Kompanii gwarantowała prawa wyborcze jedynie członkom korporacji. Garstka ta tworzyła sąd, wybierała gubernatora, jego zastępcę i sędziów pokoju. Konserwatywne dążenia cechowały głównie hierarchię kościelną, której przywódcy w naukach Kalwina starali się znaleźć uzasadnienie dla obrony swych przywilejów.

Wyznawany przez nich kalwinizm, stanowiący podwalinę prezbiterianizmu, tak bardzo przepojony był duchem Starego Testamentu, że negował zasady egalitaryzmu, hołdując duchowi arystokratycznemu. W koncepcjach myśliciela z Genewy nie było przecież miejsca dla wolności i indywidualizmu. Doktryna predestynacji kładła podwaliny pod zasadę fundamentalnej nierówności ludzi. Jedni przeznaczeni byli do zbawienia, drudzy z góry skazani na potępienie, bez względu na swoje uczynki.

„Bóg Wszechmogący – pisał John Winthrop – tak rozporządził kondycją ludzką, że we wszystkich czasach jedni muszą być bogaci, inni biedni, niektórzy wysoko wyniesieni i wybitni we władzy i godności, inni zaś podłej kondycji i w poddaniu”. „Najlepsi są zawsze najmniej liczni – dodawał – a z tej najlepszej części mniej liczna jest zawsze część mądrzejsza”. Logiczną tego konsekwencją było uznanie, że władza absolutna przynależy tylko tym wybranym. To spośród nich Bóg powołuje do obowiązków tych, którzy najlepiej do takiej służby się nadają. Źle zatem przysłużyliby się oni Bogu, gdyby przychylnie ustosunkowywali się do protestów przeciwko własnej polityce. „Skoro tak się niefortunnie złożyło – zauważa z sarkazmem Parrington – że świętych było mało, a grzeszników wielu, tym więcej powodów, by chronić arkę przymierza od rąk profanów”. Zbieżność tych poglądów na sposób sprawowania władzy z dzisiejszym sposobem jej sprawowania  w wielu miejscach świata (nie tylko w Ameryce) nie jest przypadkowa. Boga zastąpili tylko wyborcy, często stanowiący mniejszość obywateli.

Tak naprawdę w XVII wieku nie chodziło o samą zasadę tolerancji religijnej, lecz przyszłą formę ustroju społeczno-politycznego Nowej Anglii. Szczególną rolę odegrała w tym sporze idea praw mniejszości. „Najpewniejszy test, za pomocą którego decydujemy, czy dany kraj jest wolny, to zakres bezpieczeństwa przyznanego mniejszościom” – twierdził już lord Acton. „Ponieważ jednak żądza władzy jest zjawiskiem tak rozpowszechnionym, ci zaś, którzy ją posiadają dokładają wszelkich starań, by wytępić wszelkie zagrażające im przejawy nonkonformizmu, to właśnie prawo społeczne napotyka na swej drodze największe przeszkody” – dodawał Parrington.

Analiza wydarzeń z okresu, jaki upłynął od chwili, gdy 12 czerwca 1630 roku Lady Arabella – pierwszy z jedenastu okrętów wiozących Winthropa i towarzyszy z Southampton – przybyła do portu w Salem, do 1648 roku, kiedy unieważniono Kartę-statut Kompani pozwala ustalić, jakie czynniki doprowadziły do triumfu wolności. Decydującą rolę odegrały prawa wynikające z prywatnej własności ziemi i swoboda przesiedlania się.

Wprowadzenie systemu prywatnej własności sprzyjało rozwojowi silnej i energicznej warstwy wolnych farmerów. Posiadana przez nich ziemia – najważniejszy wówczas środek produkcji – była podstawą i gwarancją ich niezależności. Z tej niezależności nie mieli bynajmniej zamiaru rezygnować. Co więcej – dążyli do dalszego jej rozszerzenia, bo przecież między innymi po to przybyli do Ameryki. Kiedy zaś poczuli się prawdziwymi gospodarzami na własnych farmach, coraz częściej zaczęli spoglądać ku koncepcjom obiecującym, że staną się gospodarzami także we własnym państwie.

System drobnej własności ziemskiej sprzyjał decentralizacji, przeszkadzając etatyzacji życia społeczno-politycznego. Liczni farmerzy stworzyli silną klasę średnią, będącą podstawą każdej demokracji. Skoro więc zaistniały warunki dla jej powstania i dynamicznego rozwoju, z racji znalezienia się całej ziemi w wolnym władaniu, doprowadzić to musiało, z prawidłowością silniejszą od logiki Kalwina, do klęski prezbiterianizmu. Przyspieszyło ją działanie jeszcze jednego czynnika – szerokiej swobody przesiedlania się.

Ameryka nazwana kiedyś została przez Józefa Chałasińskiego „krajem nomadów”. Istotnie, skłonność Amerykanów do ciągłych zmian miejsca zamieszkania jest niemalże ich cechą narodową, a dwieście lat temu była szczególnie ważnym instrumentem obrony wolności. W sytuacji, gdy każdy mógł się „wypisać” z dotychczasowej społeczności i ruszyć dalej na zachód w poszukiwaniu odpowiadających mu warunków życia, konieczne stało się maksymalne uwzględnianie interesów wszystkich obywateli. W przeciwnym razie niezadowoleni przenosili się na nowe, niezasiedlone jeszcze tereny. Drogę tę wybrało wielu dysydentów nie zgadzających się z teokratycznym porządkiem panującym w Massachusetts. W tworzonych przez nich osiedlach rozwijały się swobodnie wielorakie prądy religijne i wolnościowe. Roger Williams, wygnany z Salem, dotarł do Rhode Island, a założona tam przez niego gmina stała się miejscem azylu dla separatystów. Kongregacjoniści znaleźli swoją ziemię obiecaną w Hartford, dokąd przeniósł się z Cambridge Thomas Hooker. Krzewione przez nich ideały znajdowały coraz więcej zwolenników, także i w tych koloniach, które oni sami musieli opuścić.

To ten duch wolności, a nie niewolnictwo, czy protekcjonizm legły u podstaw sukcesu Stanów Zjednoczonych.

Dziś też możemy liczyć, że dostaniemy od „pana” (państwa) więcej ryżu (usług publicznych), że pan nas nie pobije (ABW/CBA nie aresztuje) albo na to, że jakiś splot okoliczności spowoduje, że znajdzie się współczesny Lincoln, który w swoim własnym interesie uzna, że współczesnych niewolników, należy wyzwolić. Bo przypomnę na koniec nieśmiało, że właściciele niewolników „płacili” za ich leczenie – oczywiście z zysków pochodzących z ich pracy. Podobnie jak dziś państwo płaci za nasze…