Widmo krąży po Polsce – widmo grabieży
Dariusz Matuszak 14.02.2020

O pomyśle masowej grabieży, dla niepoznaki zwanej podatkiem majątkowym, chciał pisać mój przyjaciel i blogowy sąsiad – Jurek Wysocki. Ale poddał się. Przyznał: „Już nie mam sił do tych debili”. Błąd Jurku. Nie wolno się poddawać. Zwłaszcza, że w domu Ci się przelewa i to również Ciebie chcą socjaliści okraść. I wszystkie Twoje znane Ci dzieci.

 

Jurek popełnia ten sam błąd, co wszyscy mądrzy, rozsądni liberałowie, którzy stają w obliczu bezbrzeżnej głupoty i niemoralności. Najpierw nie wierzą, że coś tak idiotycznego i złego można w ogóle rozważać, potem ze względu na to, że wstrzemięźliwość i umiarkowanie są jedną z oczywistych cech człeka rozumnego, reagują za późno i za słabo. Oni – socjaliści – przychodzą z palą nabitą gwoździami zwaną środkiem wyrównywania szans, albo społecznej sprawiedliwości i zaczynają tłuc. W odpowiedzi więc trzeba rozbić flaszkę – zrobić z niej tulipana i wbić go w oko, albo w szyję.

Lewica zawsze miała 2 sposoby na rozwiązywanie problemów. Należy zabierać, by potem nierozkradzione i niezmarnowane resztki wedle uznania rozdawać oraz kontrolować, zakazywać i nakazywać. Z jakichś nieznanych powodów lewicowcy uważają, że urzędnicy państwowi i partyjni towarzysze lepiej rozwiążą problemy Kowalskich, niż Kowalscy. Z tym nie da się polemizować. Oni – lewicowcy/lewacy po prostu tak uważają i tyle. Możliwości są dwie. Wedle ich mniemania ktoś, kto wstępuje do ich partii, czy zostaje urzędnikiem w jakiś magiczny sposób zyskuje zdolność rozwiązywania problemów. Ewentualnie też ludzie, którzy mają przyrodzone takie talenty zapisują się do socjalistów i wybierają karierę urzędniczą.

Żeby rozwiązać jakiś problem, to oczywiście najpierw trzeba go mieć. Należy go więc znaleźć, ewentualnie wykreować. W tej materii lewica jest niezrównana. Jak np. rozwiązać problem gigantycznego – wynoszącego 1,7 bilionów dolarów – zadłużenia amerykańskich studentów? To prawie tyle co trzykrotne PKB Polski. Przede wszystkim należy do niego doprowadzić.

Można to zrobić poprzez gwarantowanie przez państwo kredytów studenckich. Chcesz się kształcić, ale cię nie stać i nie chce ci się jednocześnie pracować, to zaciągasz pożyczkę, a państwo jest żyrantem. Skoro więcej osób może studiować, to oczywiście natychmiast wzrasta czesne, co przewidział Milton Friedman, który był zawziętym krytykiem tego pomysłu. Ale żeby była jakaś równowaga, to spadają zarobki absolwentów. To oczywiste: ich podaż na rynku pracy jest większa. I tak oto absolwencie zaciągnąłeś pożyczkę, żeby opłacić wyższe czesne i teraz masz ją spłacać ze swych niższych zarobków. Mnoży się to razy ileś tam milionów i wychodzi 1,7 biliona długu. Bańka większa niż ta na rynku nieruchomości, która w 2007 roku doprowadziła do wielkiego kryzysu finansowego.

Pierwszą część zadania lewica ma już za sobą – wykreowała problem. Teraz przychodzi czas na rozwiązanie: otóż trzeba te długi umorzyć. Niech się wszyscy zrzucą na to z pieniędzy, które im zabierzemy. Największymi frajerami okażą się ci, którzy studiując pracowali oraz rodzice, którzy zamiast wydawać na wystawne życie odkładali na czesne dla dziecka.

Dlaczego podałem właśnie ten przykład? Otóż zwolennikami okradzenia obywateli i umorzenia długów studenckich są senator Elizabeth Warren i Bernie Sanders, którzy ubiegają się o nominację Demokratów w wyborach prezydenckich. Oni też zaproponowali zaprowadzenie podatku majątkowego i ten pomysł skopiowała nasza kochana partia Razem z Zandbergiem. Wedle zasady, że nie ma tak głupiej rzeczy, której byśmy sobie z Zachodu nie sprowadzili mamy i tę. Bez złudzeń – pomysł jest tak głupi, że wielu będzie nim zachwyconych. Już w mediach zaczęła się dyskusja i można się spodziewać głosów rozsądku polegających na tym, że będzie się namawiać, by ten durny projekt w jakiejś umiarkowanej wersji wdrożono. Wymyśliliśmy więc problem. Jest nim to, że niektórzy są wedle przez nas przyjętych, jakichś tam kryteriów, bogaci. To jest zło samo w sobie i to zło trzeba jakoś zlikwidować, albo przynajmniej złagodzić. I tak za Sandersem teraz Razem z Zandbergiem proponuje, by podatek majątkowy był progresywny i wynosił od 1 do 8% wartości aktywów gospodarstwa domowego. Najniższa stawka dla tych, których majątek przekracza 10 milionów, najwyższa dla tych, którzy mają więcej niż 5 miliardów.

Razem z Zandbergiem wiedzą nawet jak ten majątek wycenić. Ma powstać krajowy rejestr majątkowy. Urzędnicy będą chodzić po mieszkaniach i liczyć: kanapa, tyle a tyle, żyrandol – wartość taka a taka, samochód, rower, jacht, torebka Hermes – 17 tysięcy euro. No może z tą kanapą przesadziłem. Razem z urzędnikami inaczej to rozwiążą. Urzędolnicy będą sporządzać listy przedmiotów wyłączonych, czyli takich, których nie zalicza się do składników majątku. Lista będzie miała 2845 pozycji i co roku będzie inna, bo dojdą do wniosku, że od roweru kosztującego 20 tysięcy euro, czy XIX-wiecznej zastawy też się należy podatek, ale potem się rozmyślą. Albo i nie. Tak, czy owak jak się talerz z zastawy zbije, to będzie można się odwoływać. Jeśli majątek osobisty jest w akcjach giełdowych, to pewnie raz w roku owa komisja sprzedawałaby odpowiedni pakiet.

Pomysł masowej grabieży opisał w „Krytyce Politycznej” Piotr Wójcik. Swój tekst podżegający do popełnienia państwowego przestępstwa zatytułował „Jak zabrać bogatym i dlaczego trzeba”. W tym Wójciku podoba mi się to, że przynajmniej jest szczery. Żadna tam mdła mieszczańska, czy akademicka gadanina o potrzebie solidarności społecznej, o wyrównywaniu szans. On mówi wprost: zabrać i tyle. Nie ukrywa prawdziwej istoty rabunku dla niepoznaki nazwanego podatkiem majątkowym. Wójcik nie ma też żadnych burżujskich rozterek: a może nie wolno, może nie wypada, to jednak cudza własność, szanujmy cudzą pracę i jej owoce, a jakie to będzie miało skutki, a może podatek majątkowy to narzędzie nieskuteczne. Nie, Wójcik jest rewolucjonistą i twardo po proletariacku mówi trzeba zabrać. Trzeba – to nie podlega dyskusji.

Jeden z akapitów Wójcik rozpoczyna tak: „Widmo komunizmu krąży nad Europą, a nawet Stanami Zjednoczonymi, które do tej pory były odporne na różne czerwone ideologie”. Nawiązuje w ten sposób do pierwszych słów Manifestu Komunistycznego, obok „Mein Kampf” jednego z najstraszniejszych dokumentów w dziejach ludzkości. Wójcik pisze, iż coś co jeszcze niedawno było nie do przyjęcia, teraz jest akceptowane jakoby i powołuje się na wyniki sondażu przeprowadzonego w Stanach Zjednoczonych, z którego ma wynikać, że 2/3 obywateli opowiada się da dodatkowym opodatkowaniem najbogatszych. Gówno mnie Wójciku obchodzi co sobie niby w USA 2/3 jakoby myśli. Niby jak to, co sobie niby 2/3 w Ameryce myśli, ma uzasadniać grabież w Polsce?

Ja wiem, że i u nas da się taki sondaż przeprowadzić. Taki PiS mógłby połączyć siły razem z Razem z Zandbergiem i urządzić takie badania, że nawet 90% opowiedziałby się za państwowym rabowaniem. Kuglarskie pytania, wcześniej drobna kampania insynuacji i nagonka na nieco bogatszych i pożądany wynik sam się zrobi. „ Czy jesteś za tym, by państwo zapewniało wszystkim obywatelom równe szanse?” „Czy jesteś za tym by zamożni w większy sposób przyczyniali się do wyrównywania szans?” „Czy uważasz, że słuszne są przywileje związane z wysokim statusem majątkowym”. Itp.

Wójcik pisze, iż Sanders obliczył, że taki podatek majątkowy w ciągu 10 lat przyniósłby 1,5 biliona dolarów. Przyniesie 1,5 pierdyliona dolarów. Sanders, stary oszust, który zawsze żył na cudzy koszt – najpierw Związku Radzieckiego, później amerykańskich podatników i w życiu sam złamanego centa nie zarobił – nie ma bladego pojęcia o czym sobie tam memle. Z dupy sobie bierze te swoje liczby. Tak jak nie ma bladego pojęcia ile kosztowałaby proponowana przez niego tzw. „darmowa” opieka medyczna – może 2 biliony, może 4, 5 a może 7 bilionów.

Publicysta ‘Krytyki Politycznej” ma swój własny pomysł na rabowanie. Dystansuje się trochę od idei podatku majątkowego ze względów praktycznych i proponuje zastąpienie go kilkudziesięcioma innymi podatkami od rzeczy, które wyznaczają poziom bogactwa. Np. od – jak pisze – „luksusowych środków transportu, czyli auta klasy premium, jachty, śmigłowce itd.”. Polska jest akurat potęgą w budowie jachtów, więc jest co zarżnąć. I furda, że jakiś tam przedstawiciel klasy robotniczej zarabia bo buduje, maluje, zakłada takielunek, montuje meble etc. Na bruk z nim, nie będzie tu nam bogacz swoim majątkiem w oczy kłuł. Oczywiście jest jeszcze jeden aspekt tego debilnego pomysłu z jachtami. Już niedługo, jak lewacy przeforsują swe pomysły „nowego zielonego ładu” dla ocalenia planety i zabronią używania paliw, to taki jacht będzie praktycznie jedynym środkiem transportu wodnego.

W jednej z dyskusji, w którymś tam telewizorze, jeden z rozmówców jakiś tam taki znany i kojarzony, ale nie chce mi się nazwiska szukać…o przypomniało mi się – Rafał Woś – mówił, że wielu bogatych w Stanach Zjednoczonych popiera wprowadzenie podatku majątkowego i chciałoby płacić większe daniny. No to niech płacą. A kto bogatemu zabroni? Wolno im. Niech Sanders socjalista/komunista sprzeda jeden ze swych domów, sportowe Audi cabrio jako „luksusowy środek transportu” i rozda pieniądze. Przeciętne roczne dochody amerykańskiego gospodarstwa domowego to około 60 tysięcy dolarów. Niech więc Sanders odda 144 tysiące ze swych 174 tysięcy, które rocznie zarabia jako senator i już. Niech płaci na biedne dzieci. Niech żonka Jane O’Meara Sanders odda po 970 tysięcy za każdy rok, w którym pewnie zarabiała milion dolarów jako prezydent Goddard College i Bulrington College – z czegoś ten dług studencki 1,7 biliona musiał się wziąć. Sam się nie zrobił. I niech zostawią sobie 60 tysięcy dolarów na rok i będą równym, sprawiedliwym społecznie, słusznym i solidarnościowym gospodarstwem domowym. Podobnie senator Warren – oszustka i kłamczyni, która całe życie udawała, że jest Indianką i czerpała z tego korzyści. Niech oddaje po 470 tysięcy za każdy rok, w którym wykładała na uniwersytetach, swe dochody z kancelarii prawnej zajmującej się ochroną konsumentów i bankructwami, i po 140 tysięcy za każdy rok, w którym jest senator. Pytam przecież: Kto bogatemu zabroni?

A kto zabrania temu Wosiu oddawać swe honoraria, wpłacać je na słuszne cele i zostawiać sobie tyle, co przeciętne wynagrodzenie brutto – około 5 tysięcy złotych. Czyż to nie najlepszy sposób na wprowadzenie ustroju powszechnej i najszczęśliwszej sprawiedliwości społecznej? Kolejni zbudowani i niesieni przykładem poszliby za Wosiem, Wójcikiem, Sandersem i Warren jak za Chrystusem i oddaliby sami swe pieniądze. I tak najpierw 12 – jak Apostołów, portem 24 – przyłącza się Czarzasty i sprzedaje swe akcje w wydawnictwie, Biedroń, Cimoszewicz i Spurek oddają swe pensje z Parlamentu Europejskiego, Nowacka Barbara z uczelni taty i tak ten ruch ogarnia całą ludzkość i wszyscy są szczęśliwi, równi i sprawiedliwi. Gdyby Marks, zamiast żonę i córki tłuc i otrzymywane od Engelsa pieniądze na dziwki wydawać, rozdawał je, to teraz po 170 latach mielibyśmy już ustrój szczęśliwości wszechświatowej, bo przecież wszyscy poszliby za podobnym odruchem serca sprawiedliwości i solidarności społecznej. I Wójcik razem z Razem z Zandbergiem nie musieliby teraz namawiać do rabunku – podżegać do przestępstwa.

Przy okazji dyskusji o grabieży – podatku majątkowym, pojawił się po raz kolejny pomysł, by urzędnikom i partyjnym aparatczykom dawać do dyspozycji pieniądze zrabowane zmarłym. Chodzi o podatek od spadku. Przez wieki państwa, władcy wstrzymywali się od opodatkowywania prostytucji. Za św. Tomaszem akceptowano szarą strefę i uznawano, że są sprawy, które lepiej pozostawiać w cieniu. Krótko mówiąc jakoś nie wypadało, by państwo czerpało zyski z nierządu, a więc stawało się alfonsem i sutenerem. Ale i ta bariera wstydu pękła. Państwo, skoro już jest alfonsem jak niektóre kraje Zachodu, może więc sobie teraz zostać też hieną cmentarną, czyli zająć się rabowaniem zmarłych. Bo to de facto oni mieliby być okradani. Umierający nie może w spokoju ducha przekazać dorobku swego życia komu chce i na co chce. Wie, że państwo wyciągnie rękę po swą dolę, więc żegnając się ze światem musi jeszcze kombinować jak się nie dać złodziejowi.

Teraz z podatku spadkowego zwolnieni są najbliżsi – pod warunkiem, że w stosownym czasie przedstawią odpowiednie papierki i kornie o zwolnienie poproszą, albo też nie sprzedadzą odziedziczonego mieszkania. Ale i to nie wystarcza. Jest pomysł, by płacić podatek od każdego spadku, którego wartość przekraczałaby 150 tysięcy. Więc ta komisja majątkowa od Razem z Zandbergiem łaziłaby po żałobnikach i spisywała sprzęty, urządzenia, pochowane po stodołach maszyny, ukryte w komórkach quady i deliberowała, czy od motorówki, albo zestawu do warzenia piwa należy się haracz, czy tez raczej wyłączymy to, tak jak kanapę, zastawę i sztućce.