Wiekopomne wystąpienie premiera
Łukasz Warzecha 09.07.2019

Proszę docenić moje poświęcenie: wysłuchałem uważnie 22-minutowego wystąpienia Mateusza Morawieckiego, wygłoszonego na kongresie programowym PiS „Myśląc Polska”. Tego, w którym szef rządu zaprezentował coś w rodzaju kolejnej „piątki”, tym razem grupując plany rządzącej partii w pięć obszarów tematycznych (a więc szczęśliwie nie zapowiadając kolejnych wydatków socjalnych).

 

Uznałem, że jeśli ktoś ma zasygnalizować, czym zajmie się rząd w ewentualnej kolejnej kadencji, to będzie to jego szef. Choćby nawet nie miał nim nadal być po wygranych wyborach (co wydaje się dość prawdopodobne). Skoro kongres składał się z niezliczonych dyskusji na wszystkie możliwe tematy z udziałem polityków, ale i ekspertów, można było założyć, że premier – mówiąc co prawda bardziej na początku niż pod koniec – w sposób w miarę konkretny podsumuje plany władzy.

Zaczęło się od sześciu minut słabej beztreściowej retoryki wiecowej, z wychwalaniem śląskiego żurku i dissowaniem belgijskich frytek – cóż, co kto lubi. Naszemu Gierkowi 2.0 dałbym jednak jedną radę: jeśli żarty wychodzą komuś tak, jakby wygłaszał mowę pogrzebową w czasie pożegnania najlepszego przyjaciela, to może lepiej, żeby z nich zrezygnował. Wyjdzie bardziej naturalnie.

Pierwszy konkret, jaki usłyszeliśmy, to ten, że w 2018 roku o 3 punkty procentowe więcej Polaków robi oszczędności niż ich nie robi, w sumie zaś jest to o 18 punktów więcej niż oszczędzało w 2015 roku. Premier zauważył też, że to dobrze, bo od tego zależą inwestycje. Tak, to bardzo dobrze, że Polaków stać na oszczędzanie choćby drobnych sum – to ważny parametr. Nie usłyszeliśmy już jednak, jakiego rzędu to są oszczędności i jak tu wypada porównanie z poprzednimi latami. Premierowi wydaje się też umykać, że swoje iluzoryczne ekonomiczne perpetuum mobile PiS oparł na założeniu, że pieniądze wpuszczane w system poprzez transfery zostaną natychmiast wydane, napędzając gospodarkę. Jeśli zaś po początkowym etapie Polacy przerzucą się na oszczędzanie – którego motywacją może być też spadający optymizm co do dalszego rozwoju sytuacji ekonomicznej – perpetuum się, za przeproszeniem, zrypie. Zrypie się zresztą i tak prędzej czy później. Ale rozumiem, że wiecowe wystąpienie premiera to nie seminarium makroekonomiczne.

Następnie Mateusz Morawiecki roztoczył przez rozentuzjazmowanymi obecnymi wizję Polski, doganiającej wkrótce (o ile oczywiście wyborcy pozwolą nadal rządzić Najlepszej Partii w Dziejach) europejskie potęgi. Niedługo mamy przegonić Włochy, a za 13-14 lat – Francję. Niestety, nie dowiedzieliśmy się, pod jakim względem mamy przegonić Francję, którą nauczyliśmy jeść widelcem. Pod względem wielkości PKB? Czy może PKB na głowę? Czy pod względem średniej, mediany czy może dominanty wynagrodzeń? W jakim sektorze? A może pod względem patentów? Dokonań naukowych? Czy będzie to uzależnione od koniunktury czy nie? Oj tam, oj tam, mniejsza z tym, ważne, że przegonimy i basta! A potem to już ino Niemców doścignąć i za moment będziemy zagrażać Chinom. Oczywiście – powtarzam – pod warunkiem, że będzie rządzić Partia, a nie jacyś tam złodzieje czy inne pachołki Rosji, Niemiec czy kogo tam jeszcze.

Pomińmy następujące potem wtręty o tym, że PiS dba o „zwykłe rodziny”, a nie „magnackie rody”. Już po 10 minutach pan premier przeszedł do rzeczy, czyli pięciu obszarów, którymi rząd ma się intensywnie zająć.

Obszar pierwszy to służba zdrowia. Tu premier pochwalił się, że PiS wydaje na nią o 25 miliardów więcej niż poprzednicy. Gdybym był złośliwy, zapytałbym, czy w służbie zdrowia się od tych 25 miliardów polepszyło, bo jeśli nie, to świadczy raczej o tym, że te 25 miliardów zostało zmarnowane i lepiej może było ich nie wydawać. Ale złośliwy nie jestem, więc nie pytam.

Słusznie pan premier zidentyfikował jeden z najważniejszych problemów: brak kadry medycznej. Ale zaraz pocieszył zebranych, że wzrasta liczba kształcących się na kierunkach pielęgniarskim i lekarskim. Bardzo dobrze. Niestety, pan premier nie wyjaśnił, jak zamierza spowodować, żeby obywatele ci, wykształciwszy się, nie wyjechali natychmiast pracować tam, gdzie lekarze mają znacznie lepsze warunki niż w Polsce. Bo to jest najpoważniejsza przyczyna braku lekarzy. Lecz może lekarze nie wyjadą po prostu dlatego, że ich pan premier, tudzież sam Naczelnik, ładnie poproszą? A może zostaną, wzruszeni tym, jak się politycy partii rządzącej dla Polski poświęcają i pomyślą sobie ci lekarze: „No, skoro pan premier tak dla dobra Polski tyra od rana do wieczora, to ja też tak będę tyrał za te pieniądze pięć razy mniejsze niż zarobiłbym w Niemczech”? Tak, na pewno tak właśnie będzie.

Była też mowa, że za kilka lat mamy wydawać 6 proc. PKB na służbę zdrowia. Rad bym się dowiedział, jakie zmiany organizacyjne PiS planuje, żeby te 6 proc. nie wpadało w czarną dziurę. Likwidacja NFZ? Symboliczne choćby współpłacenie? Powszechna elektroniczna rezerwacja? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast – bo przechodziło przez to wiele państw – że w państwową służbę zdrowia można wrzucić dowolne pieniądze bez żadnego efektu.

Obszar drugi to edukacja. Tu pan premier miał do powiedzenia tyle mniej więcej, że ma być dobrze, szkoła ma być dobra, ma dobrze kształcić, i PiS będzie tak robił, żeby było dobrze i w ogóle. A poza tym „szkoła musi być wolna od ideologii”. Oklaski. Jak niewiele potrzeba, żeby wywołać entuzjazm.

Obszar trzeci to ochrona środowiska. Pan premier bardzo słusznie stwierdził, że musi ona być tak prowadzona, żeby nie miała negatywnego wpływu na sytuację obywateli, na ich zarobki czy miejsca pracy. Nie wyjaśnił niestety, jak to się ma do opłaty emisyjnej, którą wszyscy zwykli (i niezwykli) Polacy muszą od stycznia płacić w cenie benzyny lub do ustawy o elektromobilności, za sprawą której wszyscy Polacy złożą się na dotacje do elektrycznych autek dla bogaczy.

Mateusz Morawiecki zapowiedział również, że PiS skonstruuje ustawę, która zapobiegnie betonowaniu miast. Czytaj: będzie jeszcze więcej regulacji, jak zwykle zrobionej na chybcika, byle jak, byle się pochwalić, że się robi. W szczytnym celu, rzecz jasna.

Obszar czwarty to transformacja energetyki. Z tego fragmentu wystąpienia nie dało się dowiedzieć kompletnie niczego (słuchałem dwa razy). Nie zawierał literalnie żadnej treści, choć zawierał wyrazy, a nawet poprawne gramatycznie zdania. Było więc coś o tym, że w transformacji mają brać udział polscy naukowcy i ma być dobrze. Ani słowa o siłowniach wiatrowych na Bałtyku, o terminie budowy choćby jednego bloku jądrowego, o prosumenckiej energetyce odnawialnej – nic. Zero. Null.

Obszar piąty to wielkie projekty infrastrukturalne: CPK, przekop Mierzei Wiślanej, tunel w Świnoujściu. Jedyny fragment, który mówił o konkretach, bo te sprawy już się toczą, choć na razie na wstępnym etapie. O sensowności CPK dyskusja będzie jeszcze trwała, pozostałe dwa projekty są moim zdaniem dobrze uzasadnione.

Ale żeby nie było tak miło, Morawiecki zagrzmiał też, że rząd pracuje nad kolejnym etapem pognębienia złych zagranicznych korporacji, które w Polsce nie płacą podatków i będą z tego pieniądze.

„Cały czas słuchamy ludzi” – pochwalił się pan premier. To prawda, przy czym niektórych spośród tych ludzi można nawet wymienić z nazwiska – ot, choćby Piotr Duda, szef „Solidarności”.

Premier odwoływał się na początku swojego wystąpienia do kongresu w Katowicach sprzed czterech lat. Miałem okazję brać w nim udział. Wtedy faktycznie można było odnieść wrażenie, że partia idąca po władzę jest otwarta na różne koncepcje i pomysły. Kolejne lata pokazały, że były to chyba tylko pozory, ale dobrze podtrzymywane. Było wówczas miejsce na dyskusję o tym, jaki zasadniczy kierunek przyjąć – bardziej socjalny czy wolnorynkowy. Teraz już tej otwartości nie ma. Kierunek jest jeden i słuszny: dbamy o „zwykłe rodziny”, ucieramy nosa „bogaczom”, „magnatom” i wstrętnym międzynarodowym korporacjom (a przynajmniej tak twierdzimy), rozdajemy ludziom pieniądze, bo im się należą i za chwilę prześcigniemy Włochy, Francję, Arabię Saudyjską, Japonię i Kalifornię. O ile już nie prześcignęliśmy. Być może coś przegapiłem, muszę obejrzeć „Wiadomości”.