Wielka depresja Demokratów
Dariusz Matuszak 12.04.2019

Ogromna rozpacz zapanowała wśród Demokratów a także sprzyjających im mediów, czyli praktycznie wszystkich, kiedy po blisko dwóch latach śledztwa prowadzonego przez prokuratora specjalnego Roberta Muellera okazało się, że nie znalazł on żadnych dowodów na to, iż Donald Trump, bądź ktokolwiek z jego otoczenia, współpracował z Rosjanami w czasie kampanii prezydenckiej. Raport Prokuratora Generalnego oczyścił Trumpa z wszelkich podejrzeń. Znalazł się w nim również fragment mówiący, iż Rosjanie podejmowali próby nawiązania kontaktu, ale nikt na nie odpowiedział.

 

Teraz jeszcze na dodatek Prokurator Generalny William Barr zeznając w Senacie stwierdził, iż doszło do dosłownie szpiegowania kampanii Trumpa. Pretekstem było oskarżanie go o współpracę z Rosjanami.

W czasie śledztwa oskarżono kilka osób z otoczenia Trumpa, a nawet niektóre skazano, ale za przestępstwa niemające nic wspólnego z kampanią. Były to „ofiary poboczne” śledztwa. Taktyka Muellera była prosta. Wzorowana na tej Berii – dajcie mi człowieka, a ja znajdę na niego paragraf. I tak Mueller wybierał sobie kogoś – np. Manaforta, który przez kilka miesięcy był szefem kampanii Trumpa i wypuszczał śledczych. Ci znajdowali jakieś grzeszki, nawet sprzed lat, tak jak w przypadku Manaforta nawet z 2006 roku dotyczące podatków, czy nielegalnego lobbingu. Brali klienta (w Polsce nie obyłoby się bez aresztu wydobywczego) i mówili: strzelisz z ucha, wypucujesz, czyli doniesiesz coś na Trumpa, to ci odpuścimy. Niektórych, w domach o świcie, najeżdżali uzbrojeni po zęby agenci FBI. Wszystko to zawiodło, choć Manafort został skazany, a kilku osobom zniszczono życie.

Dochodzenie trwało blisko dwa lata i przez ten czas karmiło Demokratów i media. Teraz jest smutek, rozczarowanie, nieutulona boleść niemal podlana łzami. Rachel Maddow gwiazda telewizji MSNBC, która przez 2 lata w swych programach snuła opowieści o konszachtach Trumpa z Rosjanami mało nie rozpłakała się na antenie. Mika Brzeziński, córka Zbigniewa, również z tej stacji, ledwo wykrztusiła słowa o wynikach dochodzenia. Wściekłość, żal, niedowierzanie. Poczucie beznadziei oraz pytanie: i co my teraz zrobimy?

Za nim jednak pobajamy sobie i spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, kilka dygresji. Cała reakcja na oczyszczenie Trumpa z zarzutów pokazuje jak dosłownie nikczemna jest polityka w wykonaniu Demokratów. Politycy tej partii rozpaczają i nie potrafią ukryć rozczarowania z powodu tego, że okazało się, iż prezydent Stanów Zjednoczonych nie knuł z Rosją Putina, by zasiąść w Białym Domu. Nie mogą przeboleć tego, że to nie Kreml pomagał wybrać prezydenta i nie jest on jego marionetką, na co niemal przez 2 lata liczyli. Podobnie jest z mediami.

Jak nędzną trzeba mieć opinię o własnym kraju, jak bardzo gardzić obywatelami, własną tradycja i historią, by rozpaczać z powodu tego, że prezydent nie okazał się obcym nominatem, czy kimś na kształt zdrajcy. Cynizm i zepsucie, w których dorównać mogą chyba tylko brukselscy autokraci-eurokraci i francuskie elity.

To już jest wojna dwóch światów. Przy całym nieokrzesaniu Trumpa, jego napuchłym do nieprzyzwoitości ego, agresywności, bufonadzie i czasami zwykłym chamstwie, to jednak reprezentuje on wartości jakie niesie ze sobą demokracja i republika. Dla Demokratów wszystko jest już tylko grą o władzę. To brzmi dramatycznie i patetycznie, ale nie widzę innego racjonalnego wyjaśnienia wściekłości i rozczarowania tym, że prezydent własnego państwa nie zawdzięcza urzędu obcemu mocarstwu. Dla pobudzenia wyobraźni i skrócenia dystansu wyobraźmy sobie podobną sytuację w Polsce i podstawmy pod strony konfliktu nazwiska i obozy polityczne wedle uznania. I nie mówimy tu o głosach jakichś nawiedzonych pojedynczych posłów, czy publicystów, ale o zorganizowanej akcji prowadzonej przez liderów partii i media.

Oskarżenia wobec Trumpa zostały zbudowane w oparciu o dossier dostarczone przez byłego agenta brytyjskich służb. Za pośrednictwem dwóch firm zapłacili za to Demokraci i sztab wyborczy Clinton. Zamówione dossier posłużyło służbom do wszczęcia dochodzenia i uzyskanie zgody sądu na założenie podsłuchów w sztabie wyborczym Trumpa (śledztwo prokuratora Muellera zaczęło się już po objęciu urzędu przez Trumpa. Służby, jak to one, działały już wcześniej niejawnie). Przez 2 lata byli szefowie, FBI, CIA, NSA opowiadali w mediach, że Trump jest zdrajcą. Można się pożegnać z legendą o apolityczności służb.

Teraz Demokraci stają przed poważnym dylematem. Jeszcze niedawno planowali wszczęcie tylu dochodzeń przeciwko Trumpowi ile się da. Zdobycie większości w Izbie Reprezentantów dało im tę możliwość, bo Izba ma ogromne prerogatywy śledcze. Planowano prześwietlenie całej przeszłości Trumpa, jego rodziny i otoczenia. Biznesów i spraw osobistych, zapewne słusznie mniemając, że po 50 latach robienia interesów i prowadzenia oględnie mówiąc bogatego życia prywatnego coś znajdą. Jeśli nie wskazującego na popełnienie przestępstwa, to chociaż kompromitującego, albo coś z czego przy całej patologii politpoprawności da się zrobić aferę. To miało ich nieść do wyborów 2020. Teraz już nie są prawni tej strategii. System polityczny zapewnia prezydentowi niemal nietykalność w okresie sprawowania urzędu. Ma to pozwolić mu koncentrowanie się na rządach, a nie mocowanie się i obronie choćby przed tysiącami prywatnych pozwów.

Demokratom nie chodzi oczywiście o szanowanie ducha tych praw, tylko o kalkulację co się bardziej opłaca: bezustanne nękanie, tak jak do tej pory, czy też raczej porzucenie tego. Amerykanie mogą mieć zwyczajnie dość tej nieustannej nagonki i zacząć postrzegać prezydenta jako ofiarę, czy samotnika walczącego z chorym systemem i obsesjami Demokratów. Teraz po śledztwie Muellera i jednoznacznym oczyszczeniu Trumpa z podejrzeń Amerykanie będą znacznie bardziej sceptyczni wobec wszelkich oskarżeń. Nie skończą się pomówienia i tradycyjnie rzucane wyzwiska, że jest rasistą, mizoginem, homofobem, szaleńcem, faszystą, kłamcą, oszustem i kim tam jeszcze, ale może się to dziać na poziomie wiecowej propagandy i publicystki, a nie wszczynanych postępowań.

Sam Trump zyskał ponadto potężne narzędzie. A jest pamiętliwy i pałający rządzą rewanżu. Wielu podejrzewa, że nic go tak nie zmobilizowało do ubiegania się o prezydenturę jak tyrada szyderstw jakie pod jego adresem wygłosił Obama w 2012 roku na tradycyjnej, corocznej kolacji dla korespondentów akredytowanych przy Białym Domu. Teraz nadchodzi czas na słodką zemstę. Trump może wreszcie dobrać się do skóry Demokratom i obecnym wszędzie na eksponowanych stanowiskach zwolennikach Obamy i Clinton. Do tej pory nie mógł tego robić, bo zarzucano by mu obstrukcję śledztwa Muellera. Ktoś może odpowiedzieć za dwa lata pomówień, podsłuchy zakładane w jego sztabie, przecieki do mediów, spiski agentów chcących storpedować jego kampanię i nie dopuścić do zwycięstwa oraz knucie z zagranicznymi partnerami. Pojawią się pytania o osłonę kontrwywiadowczą. Trump, jak każdy kandydat w chwili zdobycia wyborczej nominacji Republikanów uzyskał ochronę Secret Service. Tymczasem ani on, ani nikt z jego otoczenia nie został poinformowany, że obce mocarstwo czyni podchody pod jego kampanię i próbuje mieć wpływ na wybory. Teraz już wiadomo dlaczego. To byłą częścią zastawianej przez Demokratów i administrację Obamy pułapki na Trumpa.

Wiadomo już również, że Trump i jego współpracownicy byli w czasie kampanii inwigilowani. Prokurator Barr wprost mówił w Senacie o szpiegowaniu. Podsłuchiwano m.in. szefa jego sztabu Manaforta i co najmniej jednego ze współpracowników. Prawdopodobnie założono też podsłuchy w Trump Tower, gdzie mieściła się siedziba sztabu wyborczego. To wydarzenie bez precedensu, wobec którego zblednąć może nawet afera Watergate.

Szykuje się więc kilkanaście bardzo gorących miesięcy poprzedzających wybory. To może być pewne pocieszenie dla zwalczających Trumpa mediów – zwłaszcza publicystycznych i informacyjnych kanałów telewizji. Trump był dla nich prawdziwym darem niebios. Już sama kampania nakręcała oglądalność. Rozpętanie nagonki na Trumpa już po wyborach sprawiło, że oglądalność utrzymywała się na wysokim poziomie. Nienawidzący pomarańczowego Donalda śledzili programy, bo te dzień w dzień dostarczały paliwa do owej nienawiści.

Bańka pękła w dniu ogłoszenia, iż Trump nie współpracował z Rosjanami. Wspomniana wcześniej Maddow ma program, który w kablówkach zajmował 2 – 3 miejsce pod względem oglądalności. Lepsi byli tylko gospodarze programów Fox News – Hannity i Carlson. W ciągu kilku dni oglądalność jej programów runęła o kilkadziesiąt procent. Jeszcze gorzej jest w przypadku CNN. Stacja w całym paśmie najwyższej oglądalności – prime time, gromadzi teraz o milion widzów mniej niż tylko jeden program Seana Hannity, czy Carlsona. To jeden z efektów oczyszczenia Trumpa z zarzutów. 2 lata widzowie byli karmieni opowieściami o konszachtach z Rosjanami. Konkluzje prokuratora Muellera miały dewastujący wpływ na i tak już nędzną wiarygodność stacji.

CNN to swoisty fenomen. Mało jest przypadków takiego zniszczenia własnej legendy i wizerunku. Dość powiedzieć, że CNN jest już w USA stacją niszową plasująca się gdzieś za kanałami nadającymi kreskówki o misiu Yogi, czy o uprawianiu i pieleniu ogródków. To w jakiś zdumiewający sposób nie przeszkadza temu, że CNN jest na świecie, także w Polsce, uznawane za jedno z głównych źródeł informacji o amerykańskiej polityce. Zakłamana stacja pasuje zakłamanym mediom i politykom.

Amerykańskie media będą starały się za wszelką cenę podtrzymać gorączkę i emocje wokół Trumpa. Jeden z powodów to niczym nieskrywana, granicząca z obsesją niechęć do niego. Drugi to utrzymanie przy ekranach tv, bądź komputerach tych wzbudzonych nienawiścią do prezydenta. Nagonka się więc nie skończy. Trump będzie więc nadal oskarżany o wszystkie grzechy i nieszczęścia świata. Skończy się to dopiero gdzieś w roku 2021 kiedy będzie zaczynał drugą kadencję i wiadomo będzie, że nic mu już nie zaszkodzi.