Wielki „truciciel”, wielki pozew. Zero odpowiedzialności
Artur Kiełbasiński 27.09.2019

Fundacja ekologiczna ClientEarth Prawnicy dla Ziemi oficjalnie poinformowała, że złożyła właśnie w Sądzie Okręgowym w Łodzi pozew, w którym domaga się faktycznie zamknięcia elektrowni Bełchatów.

 

Pozew złożony został przeciwko właścicielowi elektrowni, czyli spółce Polska Grupa Energetyczna Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna. Oczywiście w pozwie nie ma mowy wprost o zamykaniu największej polskiej elektrowni. Jest za to mowa o nakazaniu przez sąd odejścia od spalania węgla najpóźniej do 2035 r. lub zainstalowanie w elektrowni urządzeń redukujących emisję CO2 do zera w tym samym terminie. W sumie więc na jedno wychodzi. Podstawa roszczenia? Destrukcyjny wpływ na stan klimatu.

Czemu akurat padło na Bełchatów? To akurat dość oczywiste. Okazuje się, że dla ekologów rozmiar ma znaczenie. A elektrownia w Bełchatowie to największy jednostkowy emitent gazów cieplarnianych w Europie. Według szacunków ekologów – odpowiada za 10% emisji CO2 w Polsce. Z drugiej strony – w tej elektrowni produkowane jest ok. 20% energii wytwarzanej w Polsce (dane za 2017 r.)

Ekolodzy-prawnicy wybrali sobie zatem cel wygodny. Łatwo sfotografować kominy, łatwo pokazać miliony ton emisji. A skala działalności Bełchatowa faktycznie prowokuje do dyskusji. Zatem cel wybrany, pozew odpalony. Informację podały wszystkie media branżowe.

Jednak z pozwem jest co najmniej kilka problemów. Elektrownia Bełchatów działa legalnie, zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa. Próba zamykania producenta energii o kluczowym znaczeniu dla gospodarki na podstawie tzw. klauzuli generalnej (czyli ogólnego zarzutu) w postaci wpływu na środowisko wydaje się niezwykle wątłą podstawą. Czym innym jest przestrzeganie konkretnych przepisów, spełnianie twardych, precyzyjnych wymogów. A to nie to samo, co ogólny zapis dotyczący wpływu na środowisko.

Do tego „wyróżnienie pozwem” jednej, nawet bardzo dużej firmy jest działaniem atrakcyjnym medialnie, ale nie dotykającym istoty problemu. Powodem polskiego zacofania energetycznego była bieda PRL, zacofanie technologiczne Polski, którego skutki ponosimy do dziś, a nie błędy władz jednej spółki. Brutalnie mówiąc – po 1945 r. zostaliśmy się po złej stronie żelaznej kurtyny dzielącej Europę.
Oczywiście, minęły 3 dekady od upadku realnego socjalizmu. Dużo czasu? Sporo. Ale też skala inwestycji proekologicznych w tej konkretnej elektrowni musi budzić uznanie. Jak podają władze PGE w ciągu 2 dekad emisja dwutlenku siarki zredukowana została o 90 proc., emisja tlenków azotu o 47 proc., a pyłów o 97 proc. Po 2007 r. na modernizację bloków wydano ponad 7,5 mld zł.

Tak, emisje CO2 w ostatnich latach rosły, ale to za mało, aby jednoznacznie potępiać władze spółki.

W tej sytuacji składanie pozwu dotyczącego faktycznie zamknięcia największej polskiej elektrowni jest atrakcyjne medialnie i… pozbawione całkowicie ryzyka oraz odpowiedzialności. W imię dbałości o klimat, nawet radykalnie rozumianej, można zaatakować, ale jednocześnie nie trzeba troszczyć się o energię dla przedsiębiorstw i konsumentów. Nie trzeba rozwiązywać problemów wynikających z setek lat tradycji przemysłowej i dziesiątek lat zapóźnienia technologicznego. Nie trzeba tworzyć planów i strategii. Można łatwo wskazać „winnego” (wielki sam się pcha przed oczy) i odpalić pozew. No, ale powiedzmy szczerze – każdy może pozwać każdego. I nie musi przejmować się społecznym czy gospodarczym kontekstem całego sporu. Bo od tego ważniejszy jest medialny poklask i szum. A ten przelewa się przez Polskę.