Wielkie przenicowanie Ameryki
Tomasz Wróblewski 23.09.2016

Ani bomby Nowego Jorku ani strzały w Charlotte nie zdecydują o wyniku wyborów w Ameryce. Gender, imigranci, prawo do noszenia broni, Rosja, Syria, wszystkie te punkty zapalne kampanii, to zaledwie potyczki w zderzeniu dwóch kultur, redefiniujących Amerykę i jej afiliacje polityczne. Ostatni raz podobne przebiegunowanie między partiami obserwowaliśmy pół wieku temu. Rządy przejmował wtedy prezydent Johnson, zwracający partię w kierunku mniejszości i pracującej klasy średniej. Przegranym kandydatem był zaprzysięgły narodowy konserwatysta Barry Goldwater. Goldwater przegrał i partia republikańska wyciągnęła z tego wnioski idąc w kierunku bogatszej, lepiej wykształconej i otwartej na świat Ameryki. Wybory 2016 wywracają ten podział z powrotem do góry nogami. 

Zacznijmy od tego, że za wcześnie jest na wiarygodne prognozy. Różnica między Trumpem i Clinton jest trzy razy mniejsza od marginesu błędu. Na to nałóżmy przyczynkarstwo i uprzedzenia mediów, które sporo robią dla zmącenia obrazu. Sprowadzając debatę do absurdu. Widzieliśmy to przy okazji nowojorskich zamachów. Media koncentrowały się na pytaniu czy samowar nadziewany gwoździami wrzucony do pojemnika na śmieci w centrum miasta, to terroryzm czy tylko podejrzana aktywność. Nie pamiętam wyborów, w których amerykańskie media byłyby aż tak małostkowe i tak bezceremonialnie upolitycznione. Wszystko to, co kiedyś uważano za wzór dziennikarstwa –bezstronność, amerykański dystans… zapomnijcie. Nie istnieje w tych wyborach. Newsy poprzedzają i zamykają komentarz nie zostawiając czytelnikom i widzom wiele miejsca na własne przemyślenia. Telewizje, co do zasady, dobierają rozmówców zgodnie z sympatiami politycznymi stacji. Kiedy to się nie udaje, to prowadzący bezceremonialnie wchodzą w zwarcia z rozmówcą, przerywają i – jeżeli trzeba – pośpiesznie kończą program.

Jak w każdych wyborach na świecie, tak i tu pada całe mnóstwo pomówień i bardzo osobistych oskarżeń. Tym razem do tradycyjnego personalizowania i wzajemnego obrzucania kandydatów błotem doszło obrażanie i szydzenie z elektoratu drugiej strony. To nowa jakość w Ameryce. Hillary Clinton nazywa wyborców Trumpa „żałosnymi/odpychającymi” a Trump wyborców Clinton – „nadętymi snobami”.

Starcie nie dotyczy programów, ani tak naprawdę osobowości samych kandydatów. To jest wojna dwóch diametralnie różnych grup wyborczych. Po jednej stronie wychowankowie lewicowych uczelni. Co do zasady roszczeniowo nastawieni do państwa i oczekujący, że będzie forsowało fundamenty progresywnej ideologii. Karało za negowanie ocieplenia klimatu, za politycznie niepoprawne poglądy i – z jednej strony – ograniczało prawo do posiadania broni, pilnowało zasad politycznej poprawności a z drugiej – ograniczało kompetencje policji. Po drugiej stronie znalazła się ta starsza, tradycyjna Ameryka z klasycznym, przedsiębiorczym podejściem do życia. „Nie: co państwo może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla państwa”. Zwykle są gorzej wykształceni. Jeżeli nawet kończyli studia, to trzymali się z dala od ruchów studenckich. Poświęcali się sportowi, równolegle służyli w armii, albo musieli pracować, żeby studiować.  Trudno chwilami dojść która strona jest bardziej wkurzona. Żadna nie przebiera w słowach, absurdalnych argumentach i histerycznych pokazówkach.

Jeżeli wyciśniemy z tej wyborczej cytryny całą jej arogancję, agresję i demagogię, to zobaczymy programy tnące w poprzek tradycyjnych podziałów politycznych. Bardziej odnoszące się do doświadczeń każdej z grup wyborczych niż jakiejś spójnej ideologii. Donald Trump jest konserwatywny w kwestiach imigracyjnych, ale już w gospodarce różnie to bywa. W kwestiach militarnych, to Trump jest tu gołąbkiem pokoju. Chce zakończenia wojen, powrotu amerykańskich żołnierzy do kraju i sprawiedliwszego podziału kosztów w ramach NATO. Z kolei Clinton jest jastrzębiem. Chce wzmacniać wpływy Ameryki, rozdawać karty po całym świecie i wchodzić w zawiłe alianse. Nie zawsze bezpieczne. Ważniejsze są dla niej międzynarodowe zobowiązania niż ograniczanie zbrojeń. Mówi sporo o szerzeniu w świecie amerykańskich wartości – jakby ściągała z notatek Reagana.

W sprawach podatkowych Trump jest kapitalistycznym drapieżnikiem. Chce drastycznych cięć i lepszych warunków dla inwestycji. Clinton, w przeciwieństwie do jej męża, jak na przedstawicielkę nowych Demokratów przystało, chce wyższych podatków i aktywniejszej roli państwa w kreowaniu miejsc pracy, ale już w kwestiach wielkiej finansjery i globalizacji zachowuje się jak nieprzejednany kapitalista. Chce jak najszybciej znosić cła i podpisać umowy o wolnym handlu z całym światem.

Jej związki z wielką finansjerą Wall Street to w dużej mierze osobiste koneksje, ale dość charakterystyczne dla nowej demokratycznej partii. Dzisiejsza finansjera to też wychowankowie lewicowych college’ów. Często zaczynali jako komputerowi geniusze, albo studiowali prawo i działali pro-bono, tworzyli start-upy mające naprawić świat. Dziś kierują spółkami obracającymi miliardami dolarów z siedzibami na całym świecie. Stąd też żarliwe tyrady Clinton na rzecz umów wolnocłowych z Azją czy Europą, deregulacji rynków kapitałowych.

Różnice w wykształceniu, podział na bogatą merytokrację i biedniejszą klasę pracującą nie są czymś nowym w amerykańskiej polityce.  Zmieniają się tylko afiliacje polityczne. Przez ostatnie pół wieku bogaci Amerykanie, niezależnie od wykształcenia głosowali na Republikanów, biedniejsi, pracownicy najemni, drobi przedsiębiorcy, ale też środowiska artystyczne, wykształceni, ale niezbyt zamożni, głosowali na Demokratów.

W miarę jak uniwersytety rosły siłę, zarówno pod względem liczby studiujących jak i wpływu środowisk akademickich na codzienne życie miast i polityki stanowej, demokratyczny elektorat stopniowo się zmieniał. Coraz więcej Amerykanów z wyższym wykształceniem głosowało zgodnie ze swoim akademicko-lewicowym sumieniem. Za przywilejami dla kobiet, politycznie poprawną narracją w mediach, otwarciem granic na imigrantów i interwencjonizmem państwa. Apogeum wpływu uczelni na politykę państwa były rządy Obamy.  Wielkie państwowe programy ochrony środowiska, kosztem zysków korporacji, nacjonalizacja ubezpieczeń zdrowotnych kosztem ich jakości.

W 1980 roku 35 proc. wyborców partii Demokratycznej miało wyższe wykształcenie.  W 2016 to już jest 83 proc. To rewolucyjna zmiana w stosunku do partii Demokratycznej sprzed 20 lat – partii robotników, pracowników najemnych, farmerów, małych i średnich przedsiębiorców. Kiedy ostatni producent Forda ogłosił, że przenosi produkcję małych aut do Meksyku, pierwsi oburzyli się Republikanie i Trump, a nie Demokraci. Związki zawodowe i podwykonawcy z Michigan nie dostali żadnego wsparcia od Hillary Clinton. To przenicowanie partii politycznych najlepiej widać po tym jak rozkładają się głosy w poszczególnych stanach.

Te, które jeszcze 60 lat temu były uważane za demokratyczny bastion zmieniają kolory na republikańskie. Z kolei, tradycyjnie republikańskie, duże ośrodki miejskie stają się demokratyczne, a przedmieścia, przechodzą w ręce Republikanów. Rosnąca populacja młodych wykształconych, często z alternatywnym stylem życia singli i nieformalnych związków, wybiera centra miast. Zazwyczaj hołdują lewicowym wartościom – wysokie podatki, inwestycje w komunikację, kontrola cen najmu, zakazy posiadania broni, coraz mniej władzy dla lokalnych społeczności. Na obrzeżach z kolei wynoszą się pełne tradycyjne rodziny, rzemieślnicy, ale też klasa robotnicza. Z dala od głośnych ośrodków akademickich i szklanych wieżowców – siedlisk znerwicowanego pokolenia wyścigu szczurów, osiedla się zamożna konserwatywna mniejszość. Im dalej od wielkich miast tym większa przewaga Trumpa. Tradycyjnie demokratyczne rolnicze stany jak Kentucky, Północna Dakota, Tennessee, Wyoming, Alabama, West Wirginia, przesuwają w stronę Republikanów. Zmagania z coraz ostrzejszymi regulacjami środowiskowymi, włączanie ziem uprawnych do rezerwatów, import taniej żywności, wszystko to razem ze zmianami obyczajowymi i stosunkiem do broni, wpływa na przesunięcia miedzy partiami.

Niezależnie od wyniku, zmieni się rola partii politycznych, co w żaden sposób nie umniejsza znaczenia wyboru jakiego w listopadzie dokonają Amerykanie. Wygrana Trumpa, niezależnie od jego charakterologicznych ułomności, będzie oznaczać powrót do tradycjonalizmu, amerykańskiego indywidualizmu i szeroko pojętych wolności osobistych. Wzmocnienia narodowych wartości kosztem lewicowego progresywizmu. Wygrana Clinton będzie zwycięstwem państwowego interwencjonizmu. Zbliży Amerykę do socjalistycznych ideałów Niemiec, Francji. Akademickie wyobrażenia o globalnej sprawiedliwości społecznej, nieśmiało wdrażane przez Obamę, staną się teraz oficjalną wykładnią amerykańskiej polityki. Równościowa retoryka, genderyzm, internacjonalizm, ale też dalsza nacjonalizacja służby zdrowia, osłabianie prywatnej edukacji, rygory ekologiczne – wszystko to stanie się nagle ważniejsze od wolności osobistych i indywidualnego dobrobytu obywateli.

Wyniku wyborów nie znamy, choć rozmawiając z Amerykanami odnoszę wrażenie, że oni sami wyboru już dokonali. Dawno nie byli tak podzieleni i tak utwierdzeni w swoich poglądach. Niezależnie, co i kto w tej kampanii jeszcze powie, czyje słabości osobowe zostaną lepiej wyeksponowane w debatach prezydenckich, przez kolejne pół wieku nowych podziałów nic pewnie już nie zmieni.