Wieluń i Westerplatte
Jerzy Marek Nowakowski 02.09.2019

Tak się złożyło, że w XX wieku Polska i Polacy trzy razy wpłynęli na losy świata. Po raz pierwszy, kiedy w sierpniu rozgromili pod Warszawą a potem nad Niemcem Armię Czerwoną idącą – przypomnijmy – „po trupie pańskiej Polski rozpalić płomień rewolucji w Niemczech i Europie”. A pamiętajmy, że komuniści byli wtedy popularni w zrewoltowanych Niemczech a nawet we Francji i Anglii. Gdyby Piłsudski nie powstrzymał Tuchaczewskiego pod Warszawą mogliśmy mieć jakąś upiorną wersję komunizmu łączącego stalinowskie zdziczenie z hitlerowska organizacją w całej Europie.

 

Po raz drugi wpłynęliśmy na dzieje powszechne 1 września 1939 r. Nasza klęska we wrześniu 1939 roku rozpaliła wojnę o wymiarze światowym. Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom i chociaż we wrześniu 1939 r. była to z ich strony pozorowana „dziwna wojna”, to jednak kosztem ofiary z Polski został uruchomiony proces powstrzymywania agresji państw totalitarnych. Wcześniejsze napaści Włoch na Abisynię, czy Japonii na Chiny, niemiecki zabór Austrii i Czechosłowacji były tolerowane i uznawane za poniekąd naturalne zachowanie mocarstw. Dopiero polski opór zdetonował wojnę na skalę światową.

Po raz trzeci przeoraliśmy historię świata w sierpniu 1980. Porozumienia sierpniowe powołujące do życia „Solidarność” stały się bombą zegarową wmontowaną w same fundamenty systemu komunistycznego. Kłamstwo założycielskie komunizmu, że reprezentuje on klasy pracujące i mimo – jak często mawiano – „błędów i wypaczeń” stanowi historyczny postęp zostało przez „Solidarność” i 10 milionów jej członków sfalsyfikowane, stając się początkiem końca nieludzkiego systemu w skali światowej.

Trzy wielkie rocznice, z punktu widzenia historii powszechnej bodaj najważniejsze dla polskiego miejsca w dziejach, skupiają się w 16 dniach drugiej połowy sierpnia. Z punktu widzenia specjalistów od PR to prawdziwy koszmar. Nie dość, że jest to końcówka sezonu wakacyjnego, gdy ludzie nie bardzo mają ochotę myśleć o poważnych sprawach, to jeszcze zgęszczenie rocznic sprawia, iż tolerancja publiczna na wszelką celebrę drastycznie się obniża. Trzeba zwykle wybierać co będziemy świętować szczególnie.

Decyzja zawsze jest wynikiem aktualnej polityki historycznej władzy i – szerzej – narracji historycznej elit władzy i wpływu. Wybór wydaje się dosyć klarowny: mamy do wyboru: błyskotliwe zwycięstwo militarne nad tradycyjnym i potężnym wrogiem, politycznie nie wykorzystane, i dla Polski odsuwające zagrożenie jedynie na dwadzieścia lat; klęskę pełną mitów (1 wrzesień), która rozpoczęła największą z wojen w dziejach, ale też była ostatecznym końcem wielonarodowej i zwróconej ku wschodowi Rzeczypospolitej i początkiem półwiecza nowej niewoli; i wreszcie pokojową rewolucję budząca podziw świata, która zapoczątkowała powrót Polski do świata Zachodu oraz gospodarczą prosperity największą od XVI wieku.

Mało który naród może się poszczycić takim wpływem na bieg najnowszych dziejów. My jednak z wybitnym talentem wychowawczym nad wszystkimi tymi wydarzeniami postawiliśmy znaki zapytania. Niemal natychmiast po pogromieniu bolszewików pod Warszawą pojawiło się w narracji polskiej sformułowanie szokująco trwałe: „Cud nad Wisłą”. Oczywiście wymyślili je endecy, nie mogąc znieść tego, że chwała zwycięskiego wodza przypada Józefowi Piłsudskiemu. Ale – na Boga – dlaczego powtarzamy je do dnia dzisiejszego? Czy efekt wybitnego dowodzenia, ogromnego wysiłku organizacyjnego i społecznego nie jest powodem do dumy? Czy tak przywykliśmy do mitologii chwalebnej klęski, że wielkie zwycięstwo możemy odnieść tylko cudem? Rozumiem motywy polityków w czasach międzywojennych mówiących o „cudzie”. Rozumiem, że to określenie dyskretnie, acz konsekwentnie suflowali nam komuniści, bo ich władza opierała się na bagnetach Czerwonej Armii, rzekomo niezwyciężonej. Ale z jakiego powodu powtarzamy je teraz? Zamiast opowieści o narodowym wysiłku i mądrości dowódców dowiadujemy się, że za Polaków te bitwę wygrała Matka Boska. Bodaj Czesław Miłosz przypominał, że słabości naszej logistyki i naszego dowodzenia we wrześniu 1939 dość długo przykrywaliśmy wiarą, że koniec końców Częstochowska Panienka nas ocali. Cudem.

Może warto uczyć się od Anglosasów, których narracja o wojnie secesyjnej, o brytyjskiej chwalebnej rewolucji, o bitwach I i II wojny światowej jest opowieścią o wielkości narodu i jego przywódców. Nawet wtedy kiedy ich błędy i słabości są w stanie wypełnić znacznie dłuższy podręcznik od tego obowiązującego. Ale też kiedy błędy prowadziły do porażek nie przemilcza się ich. Naturalnym stanem jest zwycięstwo, porażka wynika z ludzkich błędów.

Francuzi kultywują mit Napoleona, pomimo jego ostatecznej porażki. Potrafili jednak stworzyć opowieść o wielkim marzeniu o jedności Europy, o krucjacie wolności, o geniuszu wodza które skruszyła potęga obcych mocarstw.

Taka też powinna być nasza opowieść o klęsce wrześniowej. O polskiej przenikliwości, która pozwoliła dostrzec zagrożenie ze strony Hitlera. W tej opowieści na równych prawach winna być obecna propozycja wojny prewencyjnej i polska gotowość do wsparcia Francji po remilitaryzacji Nadrenii. I zamiast żałosnego mitu ułanów pędzących z szablami na czołgi (wymyślonego przez propagandę Goebbelsa i mającą ukazać Polaków jako naród idiotów) historia błędów dowódców i polityków. Koni w Wehrmachcie było więcej niż w Wojsku Polskim. Niemcy mieli wielką przewagę techniczną, ale wbrew powielanym przez nas samych obrazkach nie było to starcie przypominające bitwę pod Ulundi (Zulusów kontra Brytyjczycy w 1879 r.) ale walka podobnie wyposażonych armii. Niemcy mieli przewagę w lotnictwie i jeszcze większą w dowodzeniu. Ludzie, którzy podobnie jak Guderian w Niemczech rozumieli istotę nowoczesnej wojny błyskawicznej, z powodów politycznych byli odsunięci od wpływu na armię. Tyle. A na koniec, kiedy wydawało się, że resztki armii skonsolidują obronę na przedmościu rumuńskim otrzymaliśmy cios w plecy ze strony Sowietów.

Swoją drogą wszystkie znane mi przypadki świętowania wojen są związane z ich zwycięskim końcem a nie początkiem klęski. Obchody rocznicy 1 września zaczęli komuniści po to by legitymizować swoja władzę. I oczywiście aby dezawuować „koszmarne czasy sanacji”. Można zrozumieć, że przypomnienie polskiej ofiary, przypomnienie, że Polska i Polacy najdłużej walczyli z Hitlerem są warte pewnego wysiłku. Ale sposób tego świętowania wpisuje się w nasza narodową mitologie klęski. Wybór Wielunia jako symbolu znakomicie się mieści w tej narracji. O ile Westerplatte to miejsce zbrojnego starcia żołnierzy, symbol zderzenia z przewagą wroga bo obrońcy Westerplatte nie mogli nic zrobić pancernikowi Schleswig-Holstein sami zasypywani pociskami jego ciężkiej artylerii, o tyle mieszkańcy Wielunia byli cywilnymi ofiarami niespodziewanego i barbarzyńskiego nalotu.

Oczywiście wybór był motywowany politycznie. Ale nie tylko. Narracja o Polsce jako niewinnej ofierze wydaje się być częścią oficjalnej polityki historycznej. Polityki przynoszącej chyba więcej szkód niż pożytku. W miejsce opowieści o Westerplatte, bohaterskiej, nierównej, ale racjonalnej obrony zakończonej kapitulacją, w momencie gdy dowódcy zorientowali się, że nie mogą liczyć na odsiecz, wkładamy opowieść o niewinnych, śpiących spokojnie mieszkańcach Wielunia zamordowanych przez bomby Luftwaffe.

I jeszcze jedno. Gdyby obchody 1 września odbyły się w Gdańsku to można (i trzeba) było połączyć je z jakąś formą przypomnienia trzeciego z wielkich wydarzeń historii powszechnej – Porozumień Sierpniowych. Wygrana wojna „Solidarności” z ustrojem komunistycznym była w istocie prawdziwym zakończeniem II wojny światowej. Przekreśleniem Jałty i ciosem zadanym drugiemu z totalitaryzmów XX wieku. Ale logika wewnętrznego sporu sprawiła, że podobnie jak było z „Cudem” nad Wisłą, w imię krótkoterminowych celów politycznych zapominamy o wielkim narodowym zwycięstwie.