Władza za żółtymi firankami
Łukasz Warzecha 03.04.2020

Młodsi czytelnicy nie wiedzą zapewne, czym były sklepy za żółtymi firankami. Rzecz jasna, nie wszystkie one miały faktycznie żółte firanki i tak naprawdę sam nie bardzo wiem, skąd się w tym określeniu wziął akurat taki kolor firanek. Same firanki natomiast były ważne, bo one, jak wiadomo, zasłaniają. W tym wypadku zasłaniały coś, co było niedostępne dla ogółu, czyli luksusowe – w realiach peerelowskich – artykuły, które kupić mogli jedynie partyjni towarzysze.

 

Takie sklepy działały po wojnie w ramach sieci „Konsumy” o przedwojennym jeszcze rodowodzie, z tym że w większości zostały zamknięte w 1956 roku. Przetrwały jednak pojedyncze placówki, poukrywane w resortowych i partyjnych budynkach, wciąż obsługujące funkcjonariuszy MSW oraz najważniejszych partyjnych dygnitarzy. Tam można było kupić szynkę, prawdziwą kawę (w odróżnieniu od zbożowej) czy koniak w czasie, gdy zwykły Polak takie luksusy mógł zdobyć jedynie w ramach czarnego rynku, czyli od wstrętnych spekulantów (o których pisałem nie tak dawno po tym, jak obecna władza wypowiedziała im wojnę w sprawie deficytowych jej zdaniem towarów). Sklepy za żółtymi firankami stały się symbolem tego, że – mówiąc Orwellem – byli w Polsce Ludowej równi i równiejsi. Oczywiście jedni z przywilejów nie korzystali w przesadnym stopniu, bo byli fanatycznie ascetyczni, jak towarzysz Gomułka (który ten ascetyzm chciał koniecznie zaszczepić innym, głównie zwykłym Polakom), a drudzy – jak premier Jaroszewicz i jego rodzina – lubowali się w używaniu konfitur, które łączyły się ze sprawowaniem władzy.

Tak czy owak, partyjni dygnitarze żyli w Peerelu pod wieloma względami inaczej niż zwykli ludzie. Bareja pokazał to wspaniale w „Alternatywy 4”. Towarzysz Winnicki niby zamieszkuje z Balcerkami, Kotkami, Kołkami i prof. Dąb-Rozwadowskim w jednym bloku, ale jednak na innych zasadach. I inne produkty ma w lodówce, co w którymś momencie odkrywa Stanisław Anioł – gospodarz domu.

W ciągu ponad 30 lat wolnej Polski temat oderwania władzy od rzeczywistości zwykłych ludzi wracał co jakiś czas przy okazji publicystycznych dyskusji, ale nie na pierwszym planie. Nie było u nas nigdy atmosfery i warunków, żeby wprowadzić mój ulubiony model skandynawski, w którym nie ma przyzwolenia na nic ponad to, co absolutnie dla sprawowania urzędu niezbędne. Skandynawia to zresztą inna kultura, niczego nie da się przenieść jeden do jednego i nie tego oczekuję.

Tak czy owak, wskazanie, że rządzący nie mają pojęcia o życiu zwykłych ludzi, nigdy nie było używane jako argument na większą skalę. Choć bywało, że ktoś korzystał z tego jednorazowo i skutecznie – tak jak Donald Tusk w czasie debaty z Jarosławem Kaczyńskim w 2007 roku, gdy lider PO przepytywał lidera PiS z cen podstawowych artykułów w sklepach. Kaczyński nie był na to kompletnie przygotowany i całkowicie się posypał. I przegrał wybory.

Dziś postawiłbym tezę, że oderwanie władzy od rzeczywistości zwykłych Polaków w tym konkretnym momencie nie tylko ma znaczenie, ale też przybrało bardzo nieciekawą formę skrajnej alienacji. Stawiam taką tezę właśnie teraz, ponieważ tego typu zjawisko ma szczególne znaczenie w momentach kryzysowych. To wtedy zwykli ludzie bywają pod potężną presją, zmagają się z ograniczeniami i kłopotami finansowymi – a władza funkcjonuje w innym wymiarze.

Od kilkunastu dni w różnych miejscach alarmuję w sprawie dziesiątków absurdalnych ograniczeń – i tych dotyczących biznesu, i tych dotyczących naszych obywatelskich wolności, które są łamane bez wprowadzania stanu wyjątkowego, na podstawie rozporządzeń, przy dętej podstawie prawnej. Słucham kolejnych strzelistych adresów Mateusza Morawieckiego, które mogą robić wrażenie chyba już tylko na najbardziej zapamiętałych zwolennikach władzy. Słucham jeszcze czasem ministra Szumowskiego, który nie ma do powiedzenia nic nowego, bo może będzie dobrze, a może nie będzie, może się uda, a może nie uda. Zarazem czytam relacje o tym, jak policja – najwyraźniej otrzymawszy wewnętrzne instrukcje z Komendy Głównej, bo tak to zwykle działa – postanowiła egzekwować najgłupsze nawet zakazy i zaczęła wystawiać mandaty za chodzenie bliżej niż dwa metry od siebie, a na dodatek – jak twierdzi rzecznik policji nadinspektor Ciarka – ma nam zaglądać do zakupów, czy aby na pewno są niezbędne. Czysty Mrożek.

Można się zastanawiać, jak to jest, że władza wymyśliła sobie początkowo (potem szczęśliwie zmieniła zdanie), że pomiędzy stanowiskami pracy musi być półtora metra odstępu, co w mnóstwie miejsc – w tym także w biurach – jest nie do osiągnięcia. Albo jak wpadła na pomysł, że ludzie, którzy na co dzień ze sobą przebywają, na spacerze będą utrzymywali dwa metry odstępu. Albo skąd u władzy przekonanie, że ludzi da się po prostu skoszarować na całe tygodnie, nawet karmiąc ich kolejnymi porcjami informacji, mającymi wzmagać strach. Bo ludźmi zastraszonymi najłatwiej jest, jak wiadomo, rządzić i wciskać im największe bzdury jako niezbędne środki ratujące życie.

Stawiam tezę, że mamy właśnie praktyczny przykład działania symptomu żółtych firanek, w stopniu bezprecedensowym w historii III RP. Ludzie, którzy wymyślali rozporządzenie (aktualnie firmowane już przez Radę Ministrów, nie samego ministra zdrowia – to prawdopodobnie skutek krytyki konstytucjonalistów), zawierające przepis o półtorametrowych odstępach w miejscu pracy, nie mają pojęcia o warunkach pracy w przeciętnym zakładzie. Ludzie, którzy nałożyli na nas drakońskie ograniczenia w poruszaniu się, pozamykali cmentarze, parki, lasy czy zieleńce sami tym ograniczeniom nie podlegają. Nikt nie będzie ich ścigał za to, że nie zachowali dwóch metrów odstępu, przechadzając się po ogrodach Kancelarii Premiera albo rządowego kompleksu przy Parkowej w Warszawie. Nie są zmuszeni do biernego siedzenia w domu i obserwowania ze strachem, jak topnieją ich konta bankowe. Ich rządowej działalności nikt nie zamknął rozporządzeniem. Ich pensje są może marne i nieadekwatne do stanowisk, ale za to bezpieczne.

Powie ktoś, że to jakieś bałamutne psychologizowanie. Nie, to normalne mechanizmy sprawowania władzy, które zawsze miały znaczenie, a w sytuacjach ekstremalnych mają znaczenie szczególne. Absurdalne przepisy ruchu drogowego najłatwiej uchwala się tym, którzy są wożeni przez szoferów i sami nie mają prawa jazdy. Nowe obowiązki na przedsiębiorców najprościej narzucić tym, którzy w życiu z żadnym przedsiębiorcą nawet nie rozmawiali, a całe ich życie to publiczne pieniądze. Nieszczęście szczególne zaś polega na tym, że najbardziej odizolowana od normalnego życia osoba w Polsce ma dzisiaj zarazem najwięcej do powiedzenia o tym, jak to życie ma być urządzone.

Piszę tu oczywiście o problemie, który nie ma łatwego rozwiązania i sam takiego nie sugeruję. Sprawujący władzę muszą mieć pewne przywileje i ułatwienia, bo powinni być efektywni. Nie można zaś od nich wymagać efektywności, za którą im płacimy, jeśli zarazem nie zdejmiemy z nich części obciążeń codziennego życia. Z drugiej strony mamy w Polsce patologiczny system, w którym przy niskich wynagrodzeniach osób pełniących publiczne funkcje w cenie jest zbieranie konfitur, powiązanych ze stanowiskami – a to sprzyja oderwaniu od rzeczywistości, bo te konfitury to w większości materialne przywileje, budujące wieże z kości słoniowej. Brak prostej odpowiedzi, co z tym fantem począć. Natomiast podejmując nasze wybory polityczne, warto pamiętać, że ten właśnie czynnik – osobistego doświadczenia polityka lub jego braku – również gra rolę w podejmowanych decyzjach.