Wojciechowski jedenastej prędkości, czyli przegląd unijnych kadr
Dariusz Matuszak 06.10.2019

Wielka radość zapanowała wśród wielu, gdy okazało się, że Janusz Wojciechowski może nie zostać komisarzem unijnym ds. rolnictwa. W czasie przesłuchania przez europosłów wyszło na jaw, iż ten potomek folwarcznych chłopów, jak określił go aktor Stuhr, nie zna się na uprawie roli, handlu płodami ziemi i takich tam jakichś sprawach, więc się nie nadaje. Przy okazji okazało się też, że zacny nasz posłaniec niechcący/przez roztargnienie/nieporozumienie, czy co tam jeszcze wziął sobie kilkanaście tysięcy euro rozliczając delegacje i podróże. Dopadł go na tym niejaki OLAF, czyli Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych. I być może to jest przyczyną jego kłopotów (osobiście podejrzewam, że jednak chodzi o to, że należy do niewłaściwej partii, która rządzi niewłaściwym krajem, co też jest niewłaściwe). Wojciechowskimi z tymi swoimi kilkunastoma tysiącami euro zwyczajnie zaniża unijne standardy. Nie o takie pieniądze się w Brukseli modlimy, więc Wojciechowski można rzec się z Europy wyizolował.

 

Wojciechowski pewnie okazał się niepełnosprytny i stąd ta jego wpadka, bo wiadomo, że rozliczanie kilometrówek, wyjazdów, diet etc. to ulubione zajęcie europosłów i osiągnęli w tym oni mistrzowską biegłość. Każdy może sobie obejrzeć dziesiątki filmików pokazujących co się dzieje w czwartek rano na sali posiedzeń Parlamentu Europejskiego. Wygląda ona jak lotnisko w egipskim Sharm El Sheikh po lądowaniu czarterów z polskimi, czy rosyjskimi turystami. Wszędzie toboły i walizy i tłum tratujący się podczas biegu do wyjścia. W czwartek rano w europarlamencie podbija się kartę, że się było, pobiera dietę za to, że się było i dawaj pędem do drzwi, bo właśnie zaczął się cotygodniowy czterodniowy weekend. Mało się windy nie pourywają. Ta oszukańcza, masowa praktyka symulowania pracy w czwartek trwa latami i nikomu nie przeszkadza.

Wojciechowski miał nadzieję, że czeka go świetlana unijna kariera i w przypływie gorliwości oddał nawet te ponad 11 tysięcy euro, o których przytulenie OLAF go podejrzewał. I niepotrzebnie oddawał, bo komisarzem raczej i tak nie zostanie, a pogorszył nam tylko bilans płatniczy. Z punktu widzenia polskiej gospodarki korzystniejsze byłoby, aby te pieniądze zostały u nas, niż w Brukseli.

Ale wróćmy do owych zaniżanych przez Wojciechowskiego standardów z tymi jego nędznymi kilkunastoma tysiącami euro. Wszystko wskazuje na to, że by mieć w Brukseli mocne papiery, to trzeba spraw za miliony, albo co najmniej kilkaset tysięcy.

Weźmy sobie np. taką Ursulę van der Leyen. Już w grudniu ma zeznawać przed komisją Bundestagu w sprawie łamania prawa przy zamówieniach niemieckiego Ministerstwa Obrony, któremu szefowała przez 5,5 roku. Raporty Federalnego Biura Kontroli o ogromnych nieprawidłowościach przy zleceniach dla zewnętrznych konsultantów pojawiły się pod koniec ubiegłego roku. Afera jest tak duża, że Bundestag powołał własną komisję śledczą. O tym, że stawki były zawyżone, kwoty wydawane na konsultantów za czasów Ursuli wzrosły o kilkaset procent i sięgały setek milionów euro rocznie, że złamano procedury i obchodzono przepisy o zamówieniach to już wiadomo. Teraz ma być sprawdzone czy coś znalazło się pod stołem, albo w kopercie na parapecie. Badana ma być też osobista odpowiedzialność pani przewodniczącej i jej najbliższych współpracowników z resortu obrony. Tak czy owak marnotrawstwo to jedna ze specjalności nowej przewodniczącej Komisji Europejskiej. Badany jest też jej autorski projekt rekrutowania do Bundeswehry imigrantów. Na propagandę, konsultacje, warsztaty, konferencje i takie tam wydano kilka milionów euro. Efekt: zaciągnęło się 2 imigrantów z Syrii. O tym, że Ursuli von der Layen proces restrukturyzacji i naprawy niemieckich sił zbrojnych się kompletnie nie powiódł też wiadomo. Zastała Bundeswehrę drewnianą, a zostawiła glinianą.

Pięknym dorobkiem może poszczycić się też przyszła szefowa Europejskiego Banku Centralnego Francuzka Christine Lagarde. W 2016 roku sąd uznał ja winną niekompetencji i zaniedbań w sprawie Bernarda Tapie i banku Credit Lyonnais w czasach, kiedy była minister finansów Dzięki jej decyzji Tapie, który już wcześniej siedział za korupcję, zarobił 403 miliony euro. Sąd uznał Lagard za winną, ale odstąpił od wymierzenia kary i pogroził tylko paluszkiem.

Kolejna francuska gwiazda to Sylvie Goluard, która jest kandydatką na komisarz rynku wewnętrznego. Właśnie trwa w jej sprawie śledztwo, więc odwiedza komisariat w Nanterre. Zacna ta dama jest z polecenia Macrona. Niegdyś była posłanką do Parlamentu Europejskiego, a potem minister obrony. Z tej posady musiała jednak w 2017 roku zrezygnować, gdy wyszło na jaw, że za pieniądze unijne zatrudniała partyjnych działaczy. Niby byli jej asystentami w Brukseli, ale tak naprawdę pracowali dla partii Macrona. Ona sama zaś jako europosłanka pracowała dla amerykańskiego think thanku. Co prawda tak jak Wojciechowski w przypływie gorliwości i pokuty oddała pieniądze – 45 tysięcy, ale śledztwo trwa.

Przesądzony jest prawdopodobnie los Rovany Plumb, rumuńskiej kandydatki na komisarz transportu. W ojczyźnie czeka ją śledztwo w sprawie pomocy swemu partyjnemu koledze w nielegalnym nabyciu wyspy na Dunaju. Ów kolega Kiviu Dragnea, były przewodniczący partii socjaldemokratycznej siedzi za różne sprawki związane z nadużyciem władzy i oszustwami. Na dodatek Plumb zapomniała o wpisaniu w deklaracjach majątkowych 1 miliona ero. Część z tych pieniędzy pożyczyła, a część podarowała własnej socjaldemokratycznej partii.

Są jednak też gwiazdorzy. Np. taki Hiszpan Joseph Borell, który ma kierować unijną dyplomacją. Wcześniej był szefem European University Institute, ale brał też 300 tysięcy euro rocznie od hiszpańskiej firmy energetycznej Abengoa, więc go wyrzucili. Rok temu został skazany na 30 tysięcy euro grzywny za inside trading, czyli wykorzystywanie poufnych informacji przy transakcjach giełdowych. Borell zasiadając w radzie firmy Abengoa i sprzedał jej akcję tuż przed tym jak złożyła wniosek o bankructwo, a jej kurs runął.

Prawdziwym czempionem Unii ma szanse zostać Didier Reynerds kandydat na komisarza ds. sprawiedliwości. Teraz jest jednocześnie belgijskim ministrem spraw zagranicznych i obrony. Od dwóch miesięcy policja federalna prowadzi śledztwo w sprawie gigantycznej, międzynarodowej afery korupcyjnej i prania brudnych pieniędzy, w którą ma być zamieszany on i jego najbliższy współpracownik, szef belgijskich kolei. Wątków jest kilkadziesiąt i dotyczą m.in. nielegalnej sprzedaży broni do Libii, łapówek branych od polityków Demokratycznej Republiki Konga w zamian za wsparcie belgijskiej dyplomacji, korupcji i oszustw przy budowie ambasady Belgii w Kinszasie, a także kwatery głównej Belgijskiej Policji Federalnej. Pośrednikiem przy załatwianiu interesów miała być „przykrywkowa” firma z Luksemburga. Na szczególne uznanie zasługuje schemat, według którego wypłacano i prano pieniądze. Robiono to m.in. przy okazji aukcji dzieł sztuki. Jednym z takich dzieł była m.in. stara, zepsuta, ale za to pochlapana farbą lodówka, którą za ogromne pieniądze wylicytował i kupił jeden z kontrahentów.

Od 9 lat rożne sprawy ciągną się za Reyndersem, kandydatem na komisarza od sprawiedliwości. Zaczęło się od kontraktów na ochronę siedziby NATO w Brukseli. Ten jednak należy do gatunku tzw. ”wiecznie żywych” i od 20 lat w różnych konfiguracjach jest ministrem od tego czy tamtego w kolejnych belgijskich rządach. Być może określenie „rząd belgijski” to nawet nadużycie, gdyż od grudnia go właściwie nie ma. Kto może, to się z Brukseli ewakuuje do Brukseli. Domniemany premier owego rządu Charles Michel ma zostać po Donaldzie Tusku przewodniczącym Rady Europejskiej. Idzie więc w ślady byłego premiera Belgii słynnego van Rumpoya. Z czego zasłynął ów Herman Van Rumpoy? Ano z tego, że o jego istnieniu nie słyszeli nawet jego sąsiedzi.

Przy takich osiągnięciach Janusz Wojciechowski jawi się nam jako zwykły amator. Gdzie mu tam do prawdziwych zawodowców. On nie jest nawet eurokratą drugiej prędkości, ale ze swymi marnymi 11 tysiącami euro, to chyba właśnie jedenastej.

Komisarzy ma być 27. Wskazała ich dwudziesta ósma przewodnicząca – Ursula van Der Leyen. Trzeba przyznać, że ma rękę. Na 27 osób 6 zamieszanych jest w rożne większe, czy mniejsze afery. (Jest jeszcze Węgier Laszlo Trocsanyi, który ma podobno jakieś podejrzane powiązania z Rosjanami i komisarzem nie zostanie). Wszystkie sprawy związane z nimi zostały już dokładnie opisane. W przypadku niektórych osób toczą się śledztwa dotyczące zakresu ich odpowiedzialności, bo o tym, że afery są, czy były to już wiadomo. Jeśli dodamy jeszcze sprawę owego człowieka radzieckiego, czy tam Bułgara Staniszewa (urodził się i mieszkał w ZSRR, a potem w Rosji i do 1996 roku nie był nawet Bułgarem), którego rząd rozleciał się po gigantycznych skandalach korupcyjnych, i który o mało nie został przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, to możemy powiedzieć, że montowana jest niezła ekipa. Nie wiem tylko jak się do tego ma unijne hasło „Zjednoczeni w różnorodności”. A gdzie tu różnorodność? Żeby chociaż zamieszani byli w jakieś pobicia, włamania, szmugiel, czy bimbrownictwo, a tu nic tylko ciurkiem te malwersacje finansowe i korupcja.