Wojna – czy tylko handlowa?
Tomasz Wróblewski 10.05.2019

Donald Trump nałożył na Chiny, bodaj największy pakiet karnych ceł w historii. Czy to oznacza pełną wojnę handlową? Jeżeli tak, to pewnie na ekonomii się nie skończy.

 

Sankcje obejmą praktycznie cały chiński eksport, dotychczas wolny, lub objęty minimalnym obciążeniem celnym. 25 proc. podatek obejmie produkty warte 200 miliardów. Aż i tylko 200 miliardów. Rocznie Chiny eksportują do Ameryki towarów za niemal 550 miliardów, a importują za niespełna 120 miliardów. Teoretycznie, Chiny jak i Stany Zjednoczone mają alternatywne plany związane z otwarciem się na inne rynki. Amerykanie na tanich dostawców tekstyliów, prostych maszyn i podwykonawców, dla swoich korporacji. Chiny w poszukiwaniu nowych odbiorców swoich masowej produkcji. Niby to samo, ale jednak dwa światy. Gary Shilling, człowiek który przewidział ostatni wielki kryzys i na obrotach derywatywami dorobił się setek milionów dolarów, dziś twierdzi, że w tej rywalizacji stawia wszystkie pieniądze na Trumpa. Nie żeby go cenił, ale jak powiedział w jednym z ostatnich wywiadów: Zwykle to kupiec dyktuje zasady gry. A tu, kupcem i to kupcem, którego trudno będzie Chinom zastąpić, są stany Zjednoczone. Eksport do Stanów Zjednoczonych stanowi 20 proc. całego chińskiego eksportu, z kolei amerykański eksport do Chin to niespełna 8 proc.

Chiny oparły swoją gospodarkę na skutecznym, ale ryzykownym założeniu, że kraj będzie zawsze więcej sprzedawał niż kupował i po wszech czasy będzie cieszył się nadwyżką, którą może potem szachować pół świata. Rzecz w tym, że pierwszy raz od 1993 roku Chin odnotują w tym roku deficyt fiskalny. Z pożyczkodawcy przeistoczą się w pożyczkobiorcę i eksport będzie im konieczny do finansowania obsługi długu, a nie budowania przewag konkurencyjnych. To ogromna zmiana, na która Pekin nie zdążył się przygotować i uniezależnić od bieżących obrotów handlowych z Ameryką. Wciąż z imponującym wzrostem gospodarczym jak na skalę Zachodnich gospodarek, ale jednak nieporównanie mniejszym niż dotychczas i znacząco za małym, żeby finansować szybko rosnące potrzeby społeczne.

Ograniczenie możliwości eksportowych do Stanów Zjednoczonych trudno będzie zastąpić. Europejskie rynki również wyhamowują. Zapotrzebowanie na chińskie towary maleje. Po części za sprawą spowolnienia gospodarczego a po części pod wpływem rodzimych polityków wystraszonych zbyt wielkim uzależnieniem od Chin. Jeżeli gdzieś na świecie są jeszcze rezerwy handlowe, to raczej w Ameryce której gospodarka rośnie w tempie 3.2 proc., niż w Unii Europejskiej, której wzrost gospodarczy z trudem przekracza 1 proc. O tym jak niewspółmierna w tej grze jest pozycja Chin i Ameryki, najlepiej niech świadczy fakt, że Chiny są w stanie wprowadzić odwetowe cła na poziomie 60 mld dolarów, aż i tylko 60 mld w porównaniu do 200 mld Ameryki.

To wszystko nie znaczy, że wojna handlowa została przegrana zanim jeszcze wybuchła. Chiny mają wciąż sporo amunicji. Jedną z najpotężniejszych broni to zbliżające się wybory w USA. W krótkim okresie czasu, mądrze zaaplikowane sankcje mogą spowodować spore spadki na amerykańskich giełdach i spowolnić wzrost gospodarczy, nie mówiąc o podwyżce wielu produktów codziennego użytku. Pamiętajmy też, że Chiny maja spore doświadczenie, jeżeli chodzi o cięcie kosztów, obniżanie marż i zaciskanie pasa. To znacznie łatwiej zadekretować w totalitarnym systemie niż w demokracji. To może oznaczać, że w krótkim okresie czasu, kryzys może być mocniej odczuwalny przez Amerykanów niż Chińczyków. Z drugiej strony, jak pokazała poprzednia tura chińskich retorsji i ceł zaporowych na amerykańską soję, Ameryka potrafi szybko przestawić swoja produkcję, zmienić rynki i skutecznie wesprzeć swoich producentów, w przypadku soi – farmerów. Donald Trump nie przypadkiem teraz zdecydował się rzucić rękawicę Xi. Ameryka dostała właśnie kolejna dawkę bardzo optymistycznych danych makroekonomicznych. Ponad 50 proc. Amerykanów popiera politykę gospodarczą Trumpa, a w kwestii chińskich sankcje, nawet Demokraci wspierają prezydenta w jego determinacji. Dodatkowo, oprócz wzrostu gospodarczego, imponująco szybko rośnie wydajność amerykańskiego przemysłu, a z nim płace. Wbrew narzekaniom opozycji, płace rosną dziś najszybciej od początku lat 80-tych. Jednym słowem, Stany Zjednoczone zdają się być gotowe do tej bitwy. Z kolei Chiny, urażone w swojej dumie, mają poczucie krzywdy i przekonanie, że cokolwiek się stanie to nie mogą się teraz wycofać. Buta Ameryki i honor Chin, dają piekielną mieszankę – wyborną okazję do wojny, z której nikt nie wie jak się wycofać. W starciu gigantów ucierpi pewnie z pół świata, obrywając rykoszetem. Konflikt może nas pociągnąć w recesje, od której, przy i tak już napiętej do granic wytrzymałości tkance globalnej polityki, będzie tylko krok do poważniejszych przetasowań systemowych na świecie.