Bezpieczeństwo
Wojna o wizerunek 
Andrzej Krajewski 13.01.2021

To, że bierzemy codziennie udział w pierwszej w dziejach transmitowanej na żywo pandemii, sprawia, że pora żegnać się z nadzieją na szybki koniec lockdownu. W Europie swobody wrócą, gdy politycznym przywódcą zacznie się to kalkulować.

 

„Co się do cholery dzieje? Myślałem, że wygrywamy tę wojnę!” – wykrzyknął 31 stycznia 1968 r. gwiazdor ówczesnego dziennikarstwa Walter Cronkite. Podczas programu informacyjnego telewizji CBS, wspólnie z Amerykanami oglądał szokujące obrazy, jak partyzanci z Vietcongu szturmują ambasadę USA w Sajgonie i zdobywają dawną siedzibę wietnamskich cesarzy – miasto Hue. Widzowie zobaczyli bitewne pola usłane trupami amerykańskich żołnierzy, a także oficera sajgońskiej policji, który przyłożył pistolet do głowy jeńca. Sekundę później wystrzelony pocisk rozerwał czaszkę partyzanta z Północy. Tamte transmisje zainicjowały ogromną falę antywojennych protestów w USA i na całym świecie, przekreślając karierę Lyndona B. Johnsona. Pomimo wcześniejszych sukcesów prezydent, dla uspokojenia nastrojów społecznych, zrezygnował z kandydowania na drugą kadencję. Wkrótce też poprosił rząd w Hanoi o rozmowy pokojowe. Atomowe supermocarstwo przegrało na własne życzenie wojnę z malutkim Wietnamem Północnym i wspieranym przez niego Vietcongiem. Fakt, że Wietnamscy komuniści mogli cały czas liczyć na wsparcie ZSRR oraz Chin niewiele zmieniał. O wyniku wojny rozstrzygnęły transmisje w telewizji.

Co ciekawe wcześniej prawie wszystko układało się po myśli Waszyngtonu, choć prowadzenie walk z partyzantami w wietnamskiej dżungli okazało się dla amerykańskich żołnierzy ekstremalnie trudnym zadaniem. Jednak dzięki przewadze w uzbrojeniu oraz wsparciu z powietrza bardzo rzadko przegrywali. Natomiast Wietnam Północny, dostarczający rekrutów do Vietcongu, liczył jedynie 13 mln mieszkańców. Z każdym więc rokiem wojny sukcesywnie się wykrwawiał.

Dla administracji Johnsona wyniki konfliktu zbrojnego, toczonego na drugim krańcu świata prezentował się korzystnie, dopóki w USA dominował optymizm. Daniel C. Hallin w monografii „The Uncensored War: The Media and Vietnam” wylicza, iż do 1968 r. w amerykańskich mediach 62 proc. informacji o wojnie prezentowało zwycięstwa wojsk USA. Natomiast o porażkach wspominano prawie trzykrotnie rzadziej. Odbiorcy w Stanach Zjednoczonych żyli w przekonaniu, iż wkrótce wojna zostanie wygrana. Trwało to aż do najważniejszego dla każdego Wietnamczyka święta Tet, gdy wedle kalendarza księżycowego zaczyna się nowy rok. W 1968 r. data ta dla świata zachodniego wypadła 31 stycznia. Na ten dzień zjechało się do Sajgonu ponad 700 dziennikarzy. Głównie po to, żeby się zabawić. Tymczasem Vietcong złamał noworoczny rozejm i rzucił do ataku na największe miasta Wietnamu Południowego prawie 100 tys. żołnierzy. Ofensywa Tet była aktem desperacji. Wietnam Północny musiał coś zrobić, żeby odwrócić losy przegrywanej wojny. Posłano więc oddziały do samobójczych ataków na pozycje armii USA. Zakończyło się to rzezią. Zginęło prawie 50 tys. partyzantów. Wszelkie zdobycze terytorialne, jakie uzyskali w czasie święta Tet, szybko stracono, zaś wykrwawiony Vietcong utracił zdolność prowadzenia operacji na większą skalę. A mimo to odniósł przełomowy sukces. Polegał on na odwróceniu informacyjnych proporcji w amerykańskich mediach.

Wedle obliczeń Daniela C. Hallina zaraz po ofensywie Tet już tylko 44 proc. wiadomości dotyczyło zwycięstw żołnierzy amerykańskich, a 32 proc. mówiło o porażkach. Potem było tylko gorzej. Wreszcie niepobita w polu armia USA wycofała się w 1973 roku z Wietnamu Południowego, porzucając sojusznika, który został anektowany przez siły Północy.

Wbrew pozorom wspomnienie o pierwszej z telewizyjnych wojen może wiele wyjaśnić w kwestii zachowań polityków z państw bogatego Zachodu (a także Polski) w dobie pandemii. Zwłaszcza że jest to pierwsza w dziejach pandemia, którą za sprawą nowoczesnych mediów każdy może sobie śledzić na żywo godzina po godzinie. Tymczasem kolejne pokolenie demokratycznych przywódców potrafiło wyciągać z tego faktu wnioski, nie chcąc powielać starych błędów.

Klęska Lyndona B. Johnsona (a przy okazji też USA) wynikła z utraty kontroli nad wizerunkiem. Chodzi tu zarówno o wizerunek jego własny oraz tego, jak przebiega wojna. Transmisja ofensywy Tet przekreśliła zaufanie Amerykanów do całej administracji i to wbrew faktom. One okazały się mieć znaczenie trzeciorzędne, bo złego wrażenia już nie dało się odwrócić. Zwłaszcza gdy media rzuciły się na gorący temat. Dlatego tam, gdzie demokracja funkcjonuje nieco dłużej, politycy nauczyli się, że wizerunek jest najważniejszy. Zwłaszcza w momentach, gdy dzieje się coś, czego nie da się do końca kontrolować.

W przypadku konfliktów zbrojnych już od wielu dekad dba się o dyskretną cenzurę. Podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej Amerykanie trzymali dziennikarzy w hotelu na tyłach frontu, wożąc ich na zorganizowane wycieczki, daleko od miejsc kluczowych starć. Ani razu nie pokazano w telewizji – jak twierdzi François Heisbourg – zwłok poległego w walce alianckiego żołnierza! Następne wojny Stany Zjednoczone i wspierającej je kraje NATO toczył w równie higieniczny sposób, dbając o ich pozytywny wizerunek w zachodnich mediach. Aż niespodziewanie całemu Zachodowi koronawirus SARS-CoV-2 zafundował coś na kształt wewnętrznego stanu wojennego.

Zaskoczenie nowym zagrożeniem sprawiło, że początkowo dojrzałe demokracje reagowały bardzo różnorodnie. Jednak dość szybko rządzący doszli do wniosku, iż kluczem do sukcesu (czyli przetrwania w dobrej formie do kolejnych wyborów) jest stoczenie z wirusem walki o kontrolę nad … medialnym wizerunkiem. To oznaczało to, że każdy rząd musiał podejmować nieustannie gorączkowe działania, by wszyscy widzieli, jak zmaga się z epidemią, a liczba informacji o tym, przeważała nad wiadomościami o porażkach.

Musiano wziąć na siebie zarządzanie wszelkimi aspektami życia społecznego. Zamykać obywateli w domach, wypuszczać obywateli z domów, zabraniać im wchodzić do parku i lasu, po czym wpuszczać ich do parku i lasu. Ogłaszać pogłębienie lockdownu, komunikować o poluzowaniu lockdownu – itd., itp. Olbrzymia liczba z wprowadzanych obostrzeń prezentowała się absurdalnie, ale nie o sens w tym wszystkim chodzi. Jak zwykł mawiać na początku XX w. czołowy ideolog niemieckiej socjaldemokracji Eduard Bernstein: „ruch wszystkim, cel niczym”.

Jako że koronawirus już wiosną w Europie i obu Amerykach wyrwał się spod wszelkiej kontroli działania rządów, jest wykorzystywany do udowadniania opinii publicznej, że nie straciły panowania nad sytuacją i co ważniejsze robią wszystko, żeby ochronić zwykłych ludzi. Z tego schematu usiłowały się włamać trzy znaczące kraje: Wielka Brytania, Szwecja i Stany Zjednoczone. Rząd Borisa Johnsona szybko dostrzegł, że próba chronienia jedynie najbardziej zagrożonych śmiercią osób, przy pozostawieniu otwartej gospodarki (włącznie z sektorem usług), może oznaczać dla premiera katastrofę wizerunkową. Każde zdjęcie zmarłego na COVID, każdy reportaż z przepełnionego oddziału szpitalnego, każdy pogrzeb szedł na jego konto. Wprowadzenie głębokiego lockdownu oznaczało, iż odpowiedzialność z premiera została medialnie przeniesiona na koronawirusa.

Nieco sprytniej radzili sobie Szwedzi, gdzie cała odpowiedzialność, za strategię walki z epidemią spoczęła nie na urzędującym premierze, lecz główny epidemiolog kraju Andersie Tegnellu. W efekcie aż do niedawna wszelkie obostrzenia sanitarne wprowadzane w Szwecji były czysto symboliczne i skupiano się głównie na apelach do obywateli o przestrzeganie zasad higieny oraz dystansu społecznego. Aż nagle w połowie grudnia ogłoszono, że strategia Tegnella okazał błędna. Patrząc na twarde liczby, taki wniosek wydaje się zaskakujący. Wystarczy sięgnąć pod dane udostępniane przez John Hopkins University, który jest obecnie głównym ośrodkiem gromadzącym wszelkie informacje na temat przebiegu pandemii. Za kluczową wartość można przyjąć liczbę zgonów spowodowanych przez koronawirusa – przecież wszystkim chodzi o to, żeby jak najmniej ludzi zmarło (nieprawdaż?). Na dzień 9 stycznia 2021 r. w Szwecji na 100 tys. mieszkańców śmiertelności wynosiła 92,63 osoby. We Francji, gdzie mamy już drugi niemal całkowity lockdown, było to: 101,11 osoby, w Czechach (trzy lockdowny) 122,14 osoby, a w Belgi – 175,43 osoby.

Zdziwionym można jednak być jedynie, gdy nie wie się o drugim dnie sprawy. Strategia przyjęta przez Tegnella została zbadana przez specjalną komisję, która 16 grudnia ogłosiła raport oskarżający rząd o karygodne zaniedbania w obszarze troski o bezpieczeństwo starszych osób, przebywających w domach opiek. Spośród 9 tys. zgonów większość miała tam właśnie miejsce. Tymczasem jedną z najbardziej wstydliwych kart w historii Szwecji jest wcielanie w życie polityki eugenicznej, na fali fascynacji faszyzmem, jaką przeżywał ten kraj w latach 30. ubiegłego wieku. Dziś dekady polityki eugenicznej wymierzonej w najsłabszych, są powodem do wielkiego wstydu. Premier Stefan Loefven nie zamierzał więc czekać, aż totalnie posypie mu się medialny wizerunek. Natychmiast uderzył w piersi i przyznał w przemówieniu przed Bożym Narodzeniem – „Nie zdołaliśmy ochronić seniorów przed zakażeniem”, obiecując jednocześnie poprawę. Na początek Anders Tegnell musiał podać się do dymisji, a 8 stycznia szwedzki parlament przyjął ustawy zezwalające m.in. na zamykanie sklepów i skracanie godzin ich otwarcia. Co i tak jest szczytem liberalizmu w porównaniu z resztą krajów UE.

Z kolei w Stanach Zjednoczonych Donald Trump ogłosił na początku epidemii, iż codzienne funkcjonowanie państwa i gospodarki nie może zostać zdominowane przez skoncentrowanie się na walce z wirusem. Tę strategię niektóre stany wcielały w życie, inne wprowadzały lokalne obostrzenia. Ogólnie panował chaos, a Trump wyszedł na osobę mającą w nosie życie obywateli. Przegrał więc wybory i stracił władzę. Nie uratowało go nawet to, że PKB Stanów Zjednoczonych w trzecim kwartale tego roku wzrosło aż o 33,1 proc! Co zwiastuje początek szybkiego odrabiania strat gospodarczych. Były już prezydent w odwrotności do europejskich przywódców nieodpowiednio zadbał o swój medialny wizerunek, skończył więc jak Lyndon B. Johnson.

Ta nauczka utwierdza wszystkich, że mając na jednej szali wizerunek, a na drugiej twarde dane, należy wybrać to pierwsze. Nawet jeśli olbrzymia nadaktywność rządów nie przynosi spodziewanych efektów. Za takowe można by uznać znaczącą różnicę w statystykach zmarłych. Czyli liczba ofiar śmiertelnych w krajach Europy Zachodniej winna być przynajmniej kilka razy mniejsza niż w państwach gdzie podejmowano połowiczne środki lub epidemię puszczono na żywioł. Tymczasem po upływie roku od jej początków, niczego takiego nie widać. Znów sięgnijmy po dane John Hopkins University z 9 stycznia. Pomimo wszelkich zaniedbań administracji Trupa w USA zmarło 113,86 osób na 100 tys. mieszańców. W stawianych za wzór radzenia sobie z epidemią Włoszech 129,72. Żeby było zabawniej w Bazylii, gdzie tamtejszy prezydent osobiście zwalczał obostrzenia, wskaźnik ten wynosi 96,74. Z drugiej strony posiadający znakomitą służbą zdrowia Niemcy, mogą się pochwalić wskaźnikiem 48,95. Jednak i tak przegrywają w tym rankingu z nieporównywalnie uboższą Turcją, gdzie zmarło 27,49 osób na 100 tys. mieszkańców. Jednym słowem w twardych danych statystycznych za pierwszy rok epidemii nie sposób odnaleźć korelacji między głębokością lockdownu a liczą zgonów. Jedynie co widać to fakt, że żaden inny region świata, jeśli idzie o średnią zachorowań i zgonów, nie radzi sobie gorzej z pandemią od krajów z obszaru Unii Europejskiej. Prawdą jest, że żadna inna część świata nie jest tak stara. A jak powszechnie wiadomo starsze osoby najgorzej przechodzą COVID-19 i najczęściej umierają. Wymagają więc skutecznej ochrony, lecz nigdzie w Europie liczba nakazów, czy zakazów, jakoś jej nie zagwarantowała.

Jednak wyciąganie z tego wniosku, iż rządy prowadzą błędną politykę, jest zdecydowanie przedwczesne. Błędna byłaby ona wówczas, gdyby utraciły kontrolę nad swym medialnym wizerunkiem, tracąc zaufanie obywateli i otwierając drogę do wstrząsów politycznych. Działoby się tak, jeśli chorzy umieraliby w przepełnionych szpitalach, a europejskiej rządy nie wprowadzały radykalnych obostrzeń. Wówczas zostałyby przytłoczone oskarżeniami opozycji i mediów o lekceważenie życia wyborców. Natomiast po wprowadzeniu lockdownu, jeśli chorzy umierają w przepełnionych szpitalach, jest to już śmierć całkowicie higieniczna, gdyż państwo uczyniło wszystko, co możliwe, żeby jej zapobiec.

Jedyny kłopot sprawia fakt, że zamknięcie ludzi w domach przynosi niszczące skutki dla wielu, ważnych sektorów gospodarki. Na ogół: gastronomia, turystyka i sektor usług, bez rządowych kroplówek finansowych upadają. I tu znów o wyborze strategii decyduje obrona wizerunku. Na każdej wojnie ofiary są nieuniknione. Agonia jednego człowieka transmitowana na żywo wzrusza widza zdecydowanie mocniej niż zgon dziesięciu kawiarni, restauracji czy hoteli.  Dla rasowego polityka w Europie wybór jest zatem prosty. Zwłaszcza gdy ma dostęp do niekończących się transz kredytowych, a zrezygnowane społeczeństwa przyjmują spokojnie kolejny lockdown. Gdy zaś po cichu próbuje się omijać zakazy, wówczas wkracza policja i znów władza ma możność zademonstrowania wyborcom, jak ważne jest dla niej ich zdrowie. Przełknąć to tym łatwiej, że w oddali już majaczy nadzieja wypuszczenia na wolność za sprawą szczepionek. Do pełni szczęścia brak jedynie drobnych pewników. Po pierwsze, że masowe szczepienia pójdą szybko i dadzą oczekiwane efekty, zaś zaciąganych długów nie trzeba będzie spłacać.

 

Andrzej Krajewski