Wola ludu w demokratycznym państwie prawa urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej
Robert Gwiazdowski 03.12.2015

Przypomnę nieśmiało, że zgodnie z art. 2. Konstytucji, o nie przyjmowanie której apelowało Centrum Adama Smitha w 1997 roku, Rzeczpospolita nie jest jakimś tam zwykłym państwem prawa, tylko “demokratycznym państwem prawa „urzeczywistniającym” w dodatku „zasady sprawiedliwości” i to nie jakieś tam zwykłej sprawiedliwości, tylko społecznej”!

Więc, jak najbardziej demokratycznie, ta właśnie Rzeczpospolita urzeczywistnia zasady owej sprawiedliwości społecznej. „Sprawiedliwość społeczna” to sprawiedliwość „ludowa”. A wola ludu to nie jest ani wola wszystkich, ani nawet większości. Bo to nie jest wola „ludzi”, tylko właśnie wola „ludu” – jak twierdził wielki ludu przyjaciel, Jan Jakub Rousseau, za „ucznia” którego podawał się sam Maksymilian Robespierre.

Ludzie są przecież nieracjonalni! Nieprawdaż? Nie można ich zostawić samych sobie na pastwę wolnego rynku, na którym podejmują takie decyzje, jakie uważają w danym momencie za najlepsze dla siebie. Muszą mieć „nauczyciela”, który wie, czym jest owa mityczna „wola ludu”. Nauczyciel ten wyłaniany jest w plebiscytach, które nazywają się „wyborami”. I wówczas dostaje do ręki wszystkie te instrumenty, które gromadzili poprzedni „nauczyciele”. I dlatego Ronald Reagan przestrzegał, że „rząd tworzy więcej problemów niż rozwiązuje”, bo to sam „rząd jest problemem”.

Skoro Rzeczpospolita może demokratycznie, w zgodzie z wolą „ludu”, progresywnie opodatkować niektórych ludzi, to niby dlaczego nie mogłaby zgodnie z tą samą wolą ludu wymienić sędziów w Trybunale Konstytucyjnym? Hę?

Może najwyższa pora zacząć dostrzegać, że im więcej uprawnień ma państwo w stosunku do swoich obywateli tym większe niebezpieczeństwo dla tych obywateli? Bo łaska ludu na pstrym koniu jeździ i mogą zostać nią obdarzeni ludzie, którym inni ludzie nie powierzyliby złotówki, a którym lud powierza wszystko.   


Fot. David Berkowitz/ na lic. Creative Commons/ flickr.com