Wolność protestu
Łukasz Warzecha 08.01.2020

„Co z pana za wolnościowiec?” – piszą do mnie niektórzy, gdy zdarza mi się wesprzeć pogląd, z którym się nie zgadzają. Bo przecież nie piszą tego jako skrajni libertarianie czy choćby liberałowie, zwolennicy braku jakichkolwiek ograniczeń, a jedynie dlatego, że nie pasuje im jakaś konkretna sprawa i próbują we mnie uderzyć przez „wolnościowca”.

 

To się zdarzyło ostatnio, gdy z aprobatą wspomniałem o tym, jak to wicepremier Jarosław Gowin poparł i przekazał dalej na swoim twitterowym koncie petycję o usunięcie z Netfliksa ewidentnie bluźnierczego (dla chrześcijan) filmu-skeczu o Jezusie jako homoseksualiście. Tymczasem działanie wicepremiera Gowina nie miało nic wspólnego z cenzurą, zaś jego wsparcie nie jest żadną formą ograniczania wolności. Wręcz przeciwnie.

Gdy idzie o sprawę konkretną – stanowisko Jarosława Gowina – w żaden sposób nie ogranicza ono wolności słowa. Polski rząd nie ma tutaj żadnej mocy sprawczej, nie kontroluje Netfliksa – który, nawiasem mówiąc, nigdy nie umieściłby w swoich zasobach filmu, pokazującego Mahometa jako geja. Nie może serwisowi niczego zabronić ani nakazać – i bardzo dobrze.

To jednak nie znaczy, że wicepremier rządu, który deklaruje się jako konserwatywny obyczajowo, nie może zabrać w takiej sprawie głosu jako obywatel – lecz także jako właśnie wicepremier. Niektórzy uznali, że owszem – jako osoba prywatna mógłby petycję poprzeć, ale osobą prywatną nie jest, bo jest wicepremierem, zatem jego wsparcie ma szczególną wagę, a to już niedopuszczalna presja na platformę VOD. Pełna zgoda – to wsparcie dla petycji ma wagę większą niż wsparcie zwykłego Kowalskiego. Z tego jednakże nie wynika, że tego wsparcia pan wicepremier nie może udzielić. Gowin został przecież wybrany do Sejmu (blisko 16 tys. głosów) również ze względu na swoje konserwatywne poglądy. Nie ma powodu, żeby w swoich działaniach kierował się jakąś absurdalną neutralnością i nie zabierał głosu w sprawach, które uderzają w konserwatywny światopogląd. Dobrze natomiast, że zabiera ten głos właśnie w formie podpisu pod petycją, a nie w postaci projektu ustawy, tworzącego jakąś formę cenzury. Tego typu regulacji akurat Jarosław Gowin – jak sądzę – niemal na pewno by nie poparł.

Tu dochodzimy do istoty sprawy. Wolność bowiem to również swoboda protestowania i wywierania zorganizowanego nacisku na podmioty, których działania nam się nie podobają. Takie sytuacje miały miejsce wielokrotnie i z tego sposobu wielokrotnie korzystała lewica, by wspomnieć tylko akcję wylewania piwa „Ciechan” z 2014 roku, produkowanego przez browar, będący wówczas własnością Marka Jakubiaka. Lewica uderzyła w ten sposób w produkt firmy Jakubiaka w związku z jego wypowiedzią, którą uznała za homofobiczną. Jakubiak podał zresztą organizatorów akcji do sądu, ale ten oddalił jego roszczenia.

Do tej kategorii należą też wszelkiego rodzaju bojkoty konsumenckie, jak choćby ten (również w 2014 roku), który strona konserwatywna prowadziła wobec Empiku w związku z użyciem przez tę firmę w kampanii reklamowej przed Bożym Narodzeniem wizerunku nieżyjącej już Marii Czubaszek, która chwaliła się dokonanymi aborcjami, a także Adama Darskiego, notorycznie obrażającego uczucia chrześcijan.

Czy tego typu działania – podobnie jak petycja w sprawie filmu na Netfliksie – mają cokolwiek wspólnego z ograniczaniem wolności? Bynajmniej – one są wręcz jej wyrazem. Poddawane im firmy nie są w żaden formalny sposób ograniczane. Jest tylko kwestią ich wolnej woli i decyzji zarządów, czy petycję uwzględnią, uznając, że dana grupa widzów, kupujących, użytkowników jest dla nich na tyle ważna, że nie mogą ignorować ich oburzenia – czy też nie. Groźniejszą od petycji formą jest zaś bojkot konsumencki, który, jeżeli przybiera większe rozmiary, może przynieść firmie straty. To mechanizm stricte rynkowy i właśnie wolnościowy: w związku z tym, że działania firmy nam się nie podobają, rezygnujemy z jej usług, sygnalizując, że wrócimy jako klienci, jeśli firma zmieni swoje postępowanie.

Ci, którzy twierdzą, że tego typu działań nie może wspierać wolnościowiec, mylą normalny w warunkach wolności nacisk obywateli (klientów) na zorganizowane podmioty z regulacjami formalnie ograniczającymi wolność. Właśnie w warunkach wolności możliwe jest wywieranie nacisku i presji. Nie powinien to być natomiast nacisk zmierzający do zmuszenia rządzących, aby wprowadzali formalne, prawne ograniczenia wolności. To jedyna forma obywatelskiej presji, która powinna wywołać sprzeciw – a tak właśnie działa głównie lewica. Tym zajmują się choćby ruchy miejskie, wywierające presję na władzę, aby ta ograniczyła wolność obywateli w wielu aspektach, tak aby można było zrealizować utopijną wizję lewicowej polityki miejskiej. A to już całkiem inna para kaloszy. Przypomina to metodę, stosowaną przez polityczne lobbies, które nie są w stanie konkurować z innymi podmiotami na wolnym rynku, ale mają wystarczająco duże wpływy polityczne, żeby załatwić sobie regulacje, które dadzą im przewagę. Tak zrobiło lobby aptekarzy, doprowadzając do uchwalenia przez Sejm poprzedniej kadencji fatalnej w skutkach ustawy o aptece dla aptekarza. To samo próbowali zrobić – szczęśliwie bezskutecznie – taksówkarze w czasie, gdy decydował się kształt nowej ustawy o przewozie osób.

Oskarżenie o przeciwstawianie się wolnościowym ideałom pada również na przykład wtedy, gdy mowa o swobodnym posługiwaniu się funkcją blokowania w mediach społecznościowych. I to również kompletne nieporozumienie, bo jest dokładnie przeciwnie: to nie jest świadectwo zerwania z wolnością, ale właśnie jej stosowania. To wolność układania sobie swojej wirtualnej przestrzeni zgodnie z własnymi preferencjami. Decyzje każdego z użytkowników mediów społecznościowych dotyczą tylko jego własnej wirtualnej przestrzeni, a nie tej ogólnej, nie ma tu zatem mowy o żadnej „cenzurze”.

Szermujący pozornym argumentem o zdradzie wolnościowego ideału powinni zrozumieć, że wolność oznacza także wolność wywierania nacisku, presji, protestu, niezgody. Oraz wolność, aby te działania zignorować.