Wolność w cieniu tatrzańskiej tragedii
Artur Kiełbasiński 23.08.2019

Po uderzeniu pioruna w Giewont zginęły 4 osoby, rannych jest ponad 20 osób. Ale ta tragedia pokazuje głównie jak infantylnie myślimy o bezpieczeństwie i naszej osobistej wolności.

 

Poza rzeczowymi opisami samej tragedii mamy bowiem w ostatnich godzinach wysyp „analiz” oraz „dobrych rad” rzekomo wynikających z tego co się stało w Tatrach.

Po pierwsze, szukanie odpowiedzialnych za… prognozy pogody. Ledwo zakończyła się tragiczna burza, już szukano odpowiedzi na pytanie – czy wysyłano ostrzeżenia czy wysyłano sms. Kto wiedział, a kto nie powiedział. To pokazuje absurdalną skłonność naszych rodaków do odsuwania jakiejkolwiek odpowiedzialności od siebie. Wpatrzeni w smartfony wypatrujemy w nich burzy zamiast rozejrzeć się po niebie. Tymczasem zapowiadanie w formie ostrzeżeń każdej burzy jest absurdalne. A tragedia w Tatrach miała miejsce w czasie lokalnego załamania pogody. Gdyby nie tragiczne uderzenie w krzyż i łańcuchy na Giewoncie – byłaby to jedna z niewielkich burz, jakich latem nie brakuje. Zatem nic nie zastąpi wzroku, słuchu i… rozsądku. Tylko że zamiast rozsądku chcemy używać sms-ów.

Po drugie, ograniczać wejście do parku narodowego. Kolejny wątek „dobrych rad” to ograniczanie liczby turystów na tatrzańskich szlakach jako recepta na tragedię. Nikt wprawdzie nie wykazał logicznie, że od liczby turystów danego dnia na szlaku zależy moc burzy, ale zawsze można się pomądrzyć. Kłopotem jest raczej popularność konkretnych szlaków (Morskie Oko, Giewont, Dolina Kościeliska), gdzie w pogodne dni na szlakach mamy tłumy. Jednak ograniczanie ruchu turystycznego, o ile w ogóle możliwe, powinno mieć inny powód i inne kryterium wprowadzenia – jedynym czynnikiem regulującym ruch powinna być ochrona przyrody, a nie wygoda czy bezpieczeństwo turysty.

Po trzecie, postawić strażnika. Zupełnie zdumiałem się, gdy w poważnym wydawałoby się radiu informacyjnym prowadzący rozmowę zasugerował, żeby przy szlaku na Giewont postawić strażnika tatrzańskiego, który będzie powstrzymywać nieprzygotowanych turystów, np. w obuwiu niedostosowanym do warunków pogodowych. To kolejny przykład przerzucania odpowiedzialności na „czynnik zewnętrzny”. To jakiś urzędnik (z całym szacunkiem dla strażników parkowych) ma decydować i dbać o nasze bezpieczeństwo. Absurdalny kierunek rozumowania. A jednocześnie mentalne usprawiedliwienie naszych własnych przywar. Już słyszę te usprawiedliwienia: „wprawdzie spadłem ze skały idąc w trampkach, ale strażnik nie powiedział, że mam złe buty. Jego wina”. Tego chcemy?

Po czwarte, zabezpieczyć Giewont. Po tragedii rozpoczęły się dyskusje – „jak zabezpieczyć Giewont”. No więc powiedzmy wprost – nie zabezpieczymy Tatr i Giewontu. Nie zabezpieczymy nawet Gór Świętokrzyskich, ani Beskidu Niskiego. To tak nie działa. Nie da się. Szlak na Giewont nie należy do trudnych, przeciętnie wysportowana osoba poradzi sobie bez kłopotu. Nie powstrzymamy burz, nie zatrzymamy deszczów. I trzeba się z tym pogodzić. Nawet zaostrzenie kodeksu karnego nie sprawi, że pioruny staną się łagodniejsze…

To co w tatrzańskiej tragedii razi najbardziej, to nasz stosunek do tragedii wywołanej żywiołem. Oczekujemy 100-procentowej gwarancji bezpieczeństwa. A gdy jej nie otrzymamy – natychmiast szukamy winnych. Stawiamy jako społeczeństwo pytania – kto nie wysłał sms, kto kogo wpuścił na szlak, kto czegoś nie zabezpieczył. Jako społeczeństwo nie przyjmujemy do wiadomości, że nie wszystko da się przewidzieć i nie ze wszystkiego można rozliczać otoczenie. Tymczasem naszym działaniom, często nieszablonowym czy będących wyzwaniem, nie będzie nigdy towarzyszyła pełna gwarancja bezpieczeństwa.

To bezpieczeństwo możemy natomiast próbować dać sobie sami. Idąc w góry – ubierając odpowiednie buty i kurtkę. Będąc na szlaku – weryfikując prognozy pogody i reagując na zagrożenia. Jednym słowem, biorąc odpowiedzialność za swoje działania. I mając świadomość, że nie przewidzimy wszystkiego. To właśnie urok wolności.