Państwo i Prawo
Wraz z wygasaniem pandemii będzie narastać dyskusja, czy musiała dla europejskich państw okazać się aż tak miażdżącą klęską.
Andrzej Krajewski 26.01.2021

„Nie wiem, co jest kluczem do sukcesu, ale kluczem do klęski jest chcieć zadowolić wszystkich” – powiedział Bill Cosby w wywiadzie udzielonym magazynowi Ebony w czerwcu 1977 r. Zdanie to stało się z czasem przysłowiowym, acz sławny aktor i komik skromnie twierdził, iż sam go nie wymyślił, lecz gdzieś przeczytał. Gdzie – nie pamiętał. Cztery dekady później przekonał się, że równie destrukcyjna bywa chęć zadowolenia tylko siebie. Po tym, jak na jaw wyszły jego liczne napaści na kobiety i gwałty, okazało się, że uważany za wzorowego męża i ojca Cosby, był w rzeczywistości seksualnym dewiantem, umiejącym latami utrzymywać w tajemnicy swe podwójne życie. Tak dawne sukcesy zawodowe i wypracowany latami autorytet legły w gruzach. A komikowi raczej nie jest do śmiechu, bo resztę życia może spędzić w więzieniu. Wszystko wskazuję więc na to, że najwartościowszą spuścizną, jaką po sobie pozostawi, będzie spostrzeżenie, co jest „kluczem do klęski”.

 

Przypomnienie o nim może okazać się bardzo przydatne podczas tłumaczenia przyczyn tego, dlaczego to Europa ponosi podczas pandemii największe straty, które po zsumowaniu nie mają odpowiednika w żadnej, innej części świata. Wprawdzie do wygaśnięcia zarazy jeszcze daleko, jednak po ponad roku od wykrycia w Wuhan pierwszych przypadków COVID-19 widać trendy, które już raczej się nie zmienią. Dowodzą one, że to na Starym Kontynencie koronawirus poczynił największe spustoszenia, a ich długofalowe skutki mogą okazać się nieodwracalne.

Do czasu wybuchu pandemii państwa europejskie, wliczając w to nawet uboższą Europę Środkową, cieszyły się zasadnie opinią zasobnych, dobrze zorganizowanych, posiadających rozbudowane systemy opieki zdrowotnej. Należy dorzucić też rozliczne instytucje służące społeczeństwu oraz dobrze wykształconych obywateli. Posiadanie takiego kapitału, niespotykanego w większości krajów świata, powinno się przełożyć na mniejszą liczbę ofiar śmiertelnych w porównaniu do państw, które swym mieszkańcom nie oferują takich luksusów. Tymczasem wystarczy rzut oka na dane statystyczne codziennie uzupełniane przez Worldometer (www.worldometers.info/coronavirus/), by dostrzec, że jest dokładnie na odwrót. Wedle stanu na dzień 20 stycznia 2021 w rubryce – liczba zgonów chorych na COVID-19 na milion mieszkańców – nieodmiennie królują Europejczycy. W pierwszej dziesiątce nie ma ani jednego państwa spoza Starego Kontynentu (prowadzi San Marino tuż przed Belgią). Podobnie zaskakująco prezentuje się pierwsza trzydziestka. Załapało się do niej jedynie dziewięć krajów z innych kontynentów. Brazylia, gdzie od samego początku wszystko poszło na żywioł, bez znaczących ingerencji rządu, zajmuje dopiero 26 miejsce, daleko za Wielką Brytanią, Włochami, Hiszpanią, Francją itd.

Skoro gorączkowe działania rządów w Europie od miesięcy nie zmieniają tego trendu, to powinny z czasem przynieść przynajmniej spadek liczby zachorowań. Od takich złudzeń uwalnia spojrzenie na wykresy stale uaktualniane przez Johns Hopkins Coronavirus Resource Center (coronavirus.jhu.edu/map.html). Jako żywo przypominają one zapisy dramatycznych zmagań z własnym organizmem osoby cierpiącej na patologiczną otyłość. Najpierw wykres liczby nowych przypadków COVID-19 szybuje w górę (niczym waga), wówczas następuje zaaplikowanie przez rząd pacjentowi lockdownu (coś jakby diety) i widać stopniowy spadek. Wówczas obostrzenia są trochę luzowane i wkrótce wykres znów wystrzela w górę, co przynosi ze sobą nową dietę – czyli lockdown. Od wczesnej jesieni na tę sinusoidę wskoczyło większość krajów Starego Kontynentu, żyjąc od lockdownu do lockdownu niczym osoba cierpiąca na efekt jo-jo. Chcąc go przełamać, rządy wydłużają w czasie okresy zamrożenia całych branż gospodarki i ograniczają obywatelom możliwości opuszczania domów. Czekając – jak zbawienia – momentu, gdy zaszczepiona zostanie większość populacji. To jednak, z powodu ograniczeń w dostawach szczepionek, przesuwa się w czasie. 

W tym miejscu kłania się inna statystyka równie alarmująca dla całej Europy, jak poprzednie. Wedle prognoz Banku Światowego PKB USA spadło w zeszłym roku o 3,6 proc., a w tym wzrośnie o 3,5 proc. W Chinach nie odnotuje się za rok 2020 spadków, lecz wzrost PKB o 2 proc. Natomiast w tym roku przyśpieszy ono do 7,9 proc. Jeśli idzie o prognozy dla całej strefy euro, to zeszłoroczne spadki wyniosą aż 7,4 proc., a tegoroczny wzrost 3,6 proc. (o ile epidemia pozwoli). Niewielkie na pierwszy rzut oka różnice oznaczają de facto, że straty gospodarcze poniesione przez państwa Unii Europejskiej z powodu koronawirusa będą dużo większe, niż analogiczne w Stanach Zjednoczonych i Państwie Środka. Jako że już wcześniej Stary Kontynent tracił dystans do kluczowych gospodarek świata, proces ten dodatkowo przyśpieszył.

Podobnie wyglądają statystyki tyczące się wzrostu zadłużenia. Tu również Stary Kontynent przoduje, wyraźnie prąc do wielkiego eksperymentu gospodarczego, czy da się wiecznie pożyczać coraz więcej, po czym nigdy zobowiązań nie spłacić i jednocześnie nie ponieść przy tym żadnych kosztów. Odkrycie takiego finansowego perpetuum mobile byłoby jednym z największy przełomów ekonomicznych w dziejach.

„Zdemolowaliśmy gospodarkę, szkolnictwo, wszystkie aspekty życia społecznego i zawsze nasuwa się pytanie: po co to robimy?” – zauważył niedawno niezwykle trafienie na antenie Radia ZET prof. Andzej Horban. Główny doradca premiera do spraw COVID-19, jak przystało dobremu lekarzowi, uznał, że ratowanie życia jest najważniejsze, dlatego pomimo kosztów, tak radykalne działania rządów były i są konieczne. 

Jednak dyskusja czy to przekonanie, powszechnie akceptowane przez elity polityczne, liderów opinii oraz media, jest tak naprawdę zasadne, dopiero się zacznie. Na razie przedstawia się to łatwo, bo na jednej szali jest śmieć już ponad 615 tys. ofiar koronawirusa w całej Europie, a na drugiej długookresowe statystyki, pokazujące, iż coś przy podejmowaniu decyzji poszło bardzo nie tak. Pierwsza szala wychyli się jeszcze mocniej, bo ofiar przybędzie, miłośnicy szantażu moralnego będą zaś twierdzić, iż gdyby nie lockdowny byłoby ich znacznie więcej. Natomiast rozmowy z moralnymi szantażystami bywają wyjątkowo ciężkie i bezproduktywne. Jednak wraz z końcem epidemii wspominana waga zacznie stopniowo zmieniać swe wychylenie, ponieważ na drugiej szali znajdzie się życie oraz przyszłość jakiś 446 mln mieszkańców Unii Europejskiej. Jak mocno się wychyli, zależy od wstrząsów politycznych i ekonomicznych, jakie nadejdą w tym roku oraz kolejnych latach. Ilu ludzi straci życie z powodu: bankructw, utraty pracy, ubóstwa, samobójstw wywołanych depresją, wreszcie niepokojów społecznych, jakie nieuchronnie przetoczą się przez Stary Kontynent, destabilizując całe państwa. Jeśli ofiar będzie przybywać, nic już nie okaże się takie jednoznaczne.

Przyszły spór, czy kraje europejskie walcząc z epidemią musiał zdemolować swe gospodarki, a jednocześnie ponieść tyle porażek, zapowiada się więc bardzo gorąco. Równie interesujące może okazać szukanie przyczyn. Choć już można postawić jedną tezę. Przez ostatni rok kluczowym cele rządów, jak Europa długa i szeroka było zadowolenie wszystkich. Obywatelom starano się dać: bezpieczeństwo, opiekę medyczną, gwarantowany dochód oraz pracę. Natomiast firmom wsparcie finansowe i ochronę przed bankructwem, w zamian za akceptację zamrożenia gospodarki. Jednocześnie rządzący, okazywaną obywatelom opiekuńczością i hojnością, dbali po cichu o zadowolenie samych siebie, czyli zagwarantowanie sukcesu w kolejnych wyborach. Niestety zadowalając wszystkich, a zwłaszcza siebie ryzykuje się takim końcem, jakiego doświadczył Bill Cosby.