Wywyższony trzodą
Sławomir Jastrzębowski 10.05.2019

Nie no, nie znali go Państwo. No, bo niby skąd? A teraz wszyscy znają. Niesamowita koncentracja lanserki. I to wywyższenie trzodą.

 

Ja Państwu powiem, że jego przypadek będzie omawiany zapewne na różnych zajęciach medialno-biznesowych jako case, czyli z angielska oczywiście przypadek. Niesamowita koncentracja lanserki, chociaż to nie przypadek. Ja się przyznam, że ja go znałem, ale ja – wiadomo – podsłuchuję, podpatruję i jakoś z tego wiążę ten koniec z końcem. Ale nie o mnie tu chodzi tylko o redaktora Leszka Jażdżewskiego przecież. No niesamowity był ten jego występ na Uniwersytecie Warszawskim przed samym Donaldem Tuskiem.

Sporo czasu minęło, a ja niezmiennie pod zmiażdżonym jestem wrażeniem. Na pewno był to bardzo dobry występ, ponieważ redaktor Leszek Jażdzewski bardzo kontent z tego wystąpienia był i uśmiechał się, bo mu aula wypełniona ego łaskotała aplauzem. A Donald Tusk tak go dostojnie potem poklepał po tym wystąpieniu, czy po ramieniu, wzrok mi się psuje, nie jestem pewien.

W każdym razie jest to pierwszy znany mi przypadek, żeby personal branding bardzo silny i błyskawiczny zbudować sobie na świniach. I to jeszcze na zapasach tych świń w błocie. Teoria marki osobistej jest, jak widać katalogiem otwartym (ale, żeby świnie?). Już sam trik, który potem zastosował redaktor Jażdżewski, mówiąc, że gdy mówił o świniach taplających się w błocie nie miał na myśli tego co mówił, to powiem Państwu, dość ograny. Często stosowany, wręcz nadużywany to trik. No na przykład staję przed kimś i mówimy mu: Ty… (tu pada bardzo, ale to bardzo brzydkie słowo, a fe, aż się wstydzę!).  I ten ktoś się oczywiście gniewa na nas, a jeśli jest wyrywny, to może nawet szturmować sierpami. No trudno, żeby nie, po takim wyrazie (tu pada bardzo, ale to bardzo brzydkie słowo, a fe, aż mi wstyd). A my wtedy (jeśli akurat nie musimy walczyć na pięści) mówimy stoicko: „Hola, hola. Widzę, że całkiem opacznie mnie zrozumiałeś. Słowo to, a szczególnie nabrzmiały krwią i sterczący desygnat były w starożytnej Grecji i Rzymie symbolem nie tylko płodności i siły, ale także szczęścia. Widzisz więc, że w istocie dobrze ci życzę, choć początkowo źle zrozumiałeś”.

Po przedstawieniu takiej mikrotyrady możliwości są dwie. Jeśli trafiliśmy na gamonia, to on się nam rozdziawi, a być może nawet uśmiechnie z aprobatą, jeśli będzie to jednostka myśląca samodzielnie możemy mieć niestety przegrodę nosową do prostowania. Za zabawę trzeba płacić… Co do mnie, Panie Redaktorze Jażdżewski, pragnę poinformować, że po Pana słowach nie rozdziawiłem się i nie uśmiechałem z aprobatą.