Z czym do NATO
Tomasz Wróblewski 21.05.2017

Może wreszcie rząd złapie oddech, może ktoś nas pochwali, może przełamiemy złą passę w polityce zagranicznej. Może. Czwartkowy szczyt NATO jest  pierwszym od miesięcy miedzynarodowym zlotem dyplomatycznym, gdzie nie będziemy desygnowanym chłopcem do bicia. Przeciwnie, deklarowane wydatki na zbrojenia plasują Polskę w elitarnej grupie prymusów. Pytanie czy utrzymamy się w pierwszej lidze, czy jesteśmy gotowi na nowe NATO, które w zarysach zobaczymy już pewnie w tym tygodniu.

Przed wylotem z Arabii Saudyjskiej Donald Trump miał powtórzyć swoim doradcom, że NATO w obecnej formie jest skończone. Z kontrolowanych przecieków do mediów wynika, że strona amerykańska uzależnia dalsze wsparcie dla Paktu Północno Atlantyckiego od tego czy pozostali członkowie zwiększą swoje nakłady na zbrojenia do poziomu wymaganego minimum 2 proc. PKB. W przeciwnym razie Waszyngton nie widzi sensu pozostawania w Pakcie. Pentagon całkiem otwarcie mówi o możliwości zastąpienia NATO serią bilateralnych umów. Ograniczenie się do ochrony wschodnich granic Europy i wzmocnienia amerykańsich sił w Polsce, Rumunii, czy państwach nadbałtyckich.

Sporo w tym pewnie bluffu i gry negocjacyjnej przed szczytem, niemniej prezydent miał uprzedzić swoich doradców przygotowujących szczyt w Brukseli, że rzecz jest nie tylko w procentach, jakie sojusznicy mają wydawać na zbrojenia, ale również w strukturze tych wydatków. Dziś największe państwa europejskie wydają mniej niż obiecały a i te pieniądze w więksości wydają na finansowanie kadr i programów cywilnych. W Stanach Zjednoczonych wydatki na żołd i koszty utrzymania personelu pochłaniają  zaledwie 25 proc budżetu obronnego, większość pieniędzy idzie na zakup nowoczesnego sprzętu. Szereg europejskich państw traktuje armię jak agencję zatrudnienia, robienia specjalistycznych kursów, prawa jazdy, czy szkoły nauki języków. W czwartek w Brukseli zaprezentowana zostanie nowa inicjatywa wydatkowa, określająca nie tylko wyższe nakłady na zbrojenia, ale też cele na jakie pieniądze zostaną spożytkowane. I tak np. Niemcy mają zostać zobowiązane do przesunięcia nakładów obronnych tak aby starczyło na znaczące wzmocnienie brygady pancernej. Trump zaplanował oddzielne spotkanie z nowym prezydentem Francji, Macronem, który już w kampanii wyborczej przyznawał, że Francja nie wywiązuje się z NATOwskich zobowiązań. Na spotkanie z Trumpem przygotował ponoć nowe twarde deklaracje.

Strony, po raz pierwszy gotowe są również przyjąć nowy mechanizm monitorowania wydatków na zbrojenia. I tu pojawia się pierwsza trudność dla Polski. Pod względem procentowych nakładów na zbrojenia prezentujemy się całkiem nieźle, ale już realizacja, procedury i realne wydatkowanie pieniędzy wygląda słabo. Francja nie jest jedynym krajem narzekającym na nasze procedury zakupowe z powodu zerwanego kontraktu na Caracale. Od pewnego czasu Amerykanie zdają się być równie zirytowani naszą przewlekłością procedur i brakiem decyzyjności. Mamy całe mnóstwo rozpoczętych projektów, ale większość wciąż pozostaje na papierze i to często w postaci spisanych deklaracji a nie dopiętych umów. Precyzyjny plan monitoringu NATOwskich wydatków na zbrojenia może wykazać naszą słabość i chaos procesów zakupowych. Dwa proc. PKB może brzmi dumnie, ale wciąż mało realistycznie. Choć nasz deklaracje opiewają na znacznie więcej niż jesteśmy nawet w stanie zapłacić, to zrealizowane transakcje pozostają w sferze marzeń. Tego, co Trump przed wylotem z Ameryki nazwał (Lip service) irytującym europejskim zwyczajem rzucaniem słów na wiatr.