Z dziejów postępującego postępu
Dariusz Matuszak 24.07.2019

Postęp jak sama nazwa wskazuje musi postępować, inaczej postępem by nie był. Nie może zatrzymać się, by choćby buta zawiązać, albo w zębach podłubać i zastanowić się dokąd zmierza. Pomińmy w rozważaniach postęp w technologii, odkryciach etc. bo w tych obszarach nieskończoność nikomu nie przeszkadza. Mówimy o postępie w sferach, którą zajmują się ideolodzy, politycy, eksperci od tego i owego oraz świat medialnego fast foodu. I jeśli pominąć niedefiniowalne pojęcia jak równość, sprawiedliwość, upierdliwość, to tak naprawdę nie da się powiedzieć gdzie jest kres tej odmierzanej marszowym krokiem wędrówki.

 

W przypadku postępu rozumianego jako dobrobyt być może da się jeszcze wyznaczyć etapy. Np. mieszkanie, opieka zdrowotna dla każdego, jakiś gwarantowany dochód etc. Potem oczywiście granice można przesuwać i mieszkanie dla każdego może oznaczać 100 metrów koniecznie z firankami i bidecikiem, opieka zdrowotna, prawo do operacji plastycznej, by móc wyglądać jak krowa szeregowego Czereśniaka Krasula i nawet wprowadzić podatek w wysokości 100% i nazwać to ostatecznym zaprowadzeniem równości i sprawiedliwości. Młode Francuzki chodzą i pozują do zdjęć z ufajdanym kroczem domagając się darmowych podpasek i być może doczekają się, że jakaś ministra od Macrona za pieniądze podatników im je ufunduje.

Po drodze oczywiście wiele rzeczy runie, jak choćby w przypadku senatora Bernie Sandersa, który jest komuchem, takim jak nasz Zandberg i nie bez szans ubiega się o nominację Demokratów w wyborach prezydenckich. Teraz obiecuje m.in. że wprowadzi płacę minimalną na poziomie 15 dolarów za godzinę. Kiedy odkryto, że własnym pracownikom w kampanii wyborczej płaci po 13 dolarów, dawny pieszczoch ZSRR zarządził podwyżkę. Jak się okazało musi jednak ileś osób zwolnic, bo pieniędzy nie starczy. Znalazł jednak genialne, godne prawdziwego socjalisty rozwiązanie – zredukował godziny pracy z 60!!! godzin tygodniowo do czterdziestu kilku. Teraz jego kampanijna maszyna pracuje na mniejszych obrotach, ale za to za te same pieniądze.

W sferze społecznej czy kultury nie da się już jednak określić celu postępu. Czy jest nim np. uznanie dowolnej liczby płci, czy też ich całkowita likwidacja, jak to zrobiły władze kalifornijskiego Berkeley dekretując zniesienie pojęć „kobieta”, „mężczyzna”, „damski”, „męski”, etc. Oczywiście można zawsze mieć nadzieję, że postęp owszem maszeruje i prze do przodu, ale zasuwa w kółko, więc po drodze niszczy to co wcześniej sam zaprowadził. Znamy to powiedzenie, że rewolucja pożera własne dzieci. Ono jednak bardziej odnosi się do wyrzynania własnych towarzyszy postępu, którzy nie rozumieli mądrości etapu, albo odstawali od awangardy pochodu czy to w czasie Rewolucji Francuskiej, czy bolszewickiej i kolejnych masakr, które urządzano w ramach równości i sprawiedliwości. Nasz postępujący postęp pożera własne zdobycze.

„The Economist” w artykule „Tęcze i cienie” pisał o wewnętrznej walce jaka się toczy wewnątrz kolektywu lgbt. Otóż „t” walczy z „l”. Pretekstem były pochody lgbt które przetaczają się przez cały świat na przełomie czerwca i lipca w rocznicę „powstania” Stonewall w 1969 roku. Wtedy to policjantów, którzy chcieli zarekwirować lewy alkohol w nielegalnej, należącej do mafii spelunie – właśnie Stonewall, próbowano żywcem spalić i zlinczować, zdemolowano całą okolicę, ograbiono sklepy, a nawet podpalono siedzibę redakcji lokalnej gazety, która pisała o naćpanej i pijanej dziczy. To „powstanie” dało fundament pod mit założycielski lgbt.

Tak, czy owak okazało się, że transseksualiści nie chcą maszerować z lesbijkami i oskarżają je o transfobię, czy co coś takiego. Mało postępowe lesbijki nie chcą pluskać się pod prysznicami i korzystać z szatni, łazienek etc. razem z facetami, którzy mówią, że są kobietami. Wchodzi ci taki Bogdan, mówi: cześć jestem Zosia i powinien być przywitany jak siostra, a tymczasem spotyka go dyskryminacja. Mało tego, lesbijki nie chcą się z nimi udzielać sypialnie, a przecież to też są kobiety. Jak pisze brytyjski magazyn, władze Szkocji musiały też wycofać instrukcje dotyczące tego jak korzystać z przebieralni i łazienek w szkołach. Jak młodziankowi wydawało się, że jest dziewczęciem to mógł sobie wejść do nich do szatni etc. A te uczennice, którym to przeszkadza miały czekać, albo znaleźć sobie jakieś inne pomieszczenie, by się przebrać.

Specjalna komisja ma zając się działalnością Gender Identity Development Service – państwowej instytucji zajmującej się także medycznie transseksualistami i prowadzącej jedyną w kraju klinikę w której chłopców tuninguje się na dziewczynki i na odwrót. Najmłodsze dzieci poddane zabiegom miały zaledwie 3 lata. To wszystko opisuje „The Economist”, ale jak ktoś chce, to może sobie gadać, że to transfobiczna, homofobiczna, czy jaka tam propaganda.

Po drugiej stronie oceanu też jest bardzo ciekawie. W Teksasie para rozwodników procesuje się o to jakiej płci jest ich dziecko. Mamusia twierdzi, że owszem urodziła chłopca, ale tak naprawdę to jest córka. Tatuś upiera się, że syn, ale sąd nakazał mu zwracać się publicznie do niego używając żeńskiego imienia. O „płci” dziecka ma zdecydować komisja z opieki społecznej. Na razie dzieciak u mamy i w szkole jest dziewczynką, a u ojca synem – tak jak się urodził.

W kanadyjskiej prowincji Kolumbia Brytyjska przed Trybunałem Praw Człowieka stanęła imigrantka z Brazylii, która została oskarżona o dyskryminację przez faceta o imieniu Jessica. Otóż ten mniemający, że jest kobietą Jessica wygląda jak wieprz blondi i postanowił sobie poprawić urodę, a konkretnie usunąć szczecinę z tego czy tamtego. Pani prowadziła gabinet kosmetyczny z usługami depilacji. Przychodzi więc ten Jessica do niej i mówi weź ty mnie usuń owłosienie z klejnotów i wywala co tam ma. Ona zaś: zabieraj mi stąd te swoje utensylia, nie będę ci tam nic woskiem smarować i wyrywać. Brazylijka już zamknęła swój salon, bo ciągnące się miesiącami dochodzenie i rozprawa całkiem ją wykończyły. Przed trybunałem postępu ma się stawić kolejnych 15 pań. Okazało się, że ów Jessica obleciał wszystkie gabinety depilacji w okolicy wszędzie żądając zajęcia się jego owłosieniem…no właśnie, jakim?.. łonowym? A chu. wie jakim.

Wróćmy z powrotem na Wyspy. Tam bohaterką mediów jest przedmiotoseksualna (objectumsexual) Amanda Liberty. Owa Amand czuje pociąg właśnie do przedmiotów, ale nie jakichś tam zwykłych wibratorów, dildo, czy dmuchanych lal, ale nawet budynków, pomników etc. Ostatnio była w związku ze Statuą Wolności. Miała taką gipsową, czy plastikową w domu no i z nią tam ten tego. Ale teraz okazało się, że na portalu aukcyjnym, a może już nawet randkowym, poznała miłość swego życia – żyrandol Lumiere. Sprowadziła ją sobie – jak twierdzi to kobieta – i teraz chce z nią wziąć ślub. I choć żyrandol ma 91 lat i mógłby być nawet jej babcią, to 55 lat różnicy wieku młodej parze nie przeszkadza. Kupiła obrączki i już wkrótce odbędzie się huczne weselisko. W międzyczasie pozuje w łóżku do zdjęć erotycznych ze swą wybranką żyrandolem i udziela licznych wywiadów w prasie i tv.

Myślicie Państwo, że pokazują ją jako wariatkę i z troską namawiają na wizytę u psychiatry, albo chociaż organizują w mediach społecznościowych akcję: „Kochani, pomóżmy Amandzie”. Oczywiście, że nie. Przedmiotoseksualna Amanda jest bohaterką, przykładem tego jak można odnaleźć i realizować własną tożsamość, manifestować swą osobowość, szukać szczęścia, by w końcu je znaleźć. Temu towarzyszy dyskusja o legalizacji takich związków z żyrandolem, czy gipsową figurą. Nie wiem dokładnie o co chodzi, nie znam się, nie orientuje czy o to, że Amanda będzie mogła wspólnie z żyrandolem rozliczać się i odliczyć od podatku koszt żarówek, prądu zużytego przez Lumiere, czyszczenia jej i konserwacji, a może dowiedzieć się o jej stan jak żyrandol trafi do naprawy, ale nie mam wątpliwości, że postępujący w tym tempie postęp za kilka lat zajmie się i tymi sprawami. Gdzieś ta cała rewolucyjna energia i ten intelektualny ferment muszą znaleźć ujście.

Być może postęp postępuję po okręgu, ale ja obawiam się, że jego promień jest coraz większy i jest to marszruta po spirali, po krawędziach wiru, który zasysa kolejne ofiary, jak choćby te nieszczęsne kobiety od depilowania dewianta. Złudzeniem jest to, że można spokojnie zajmować się tylko ulubionymi tematami liberałów, czyli gospodarką w postmodernistycznym świecie, w którym nie ma żadnych norm i wszystkie dotychczas obowiązujące zasady i wartości mogą być podważone. Wirujący postęp wciągnie wszystko i wpłynie na każdą dziedzinę życia. Te kilka przykładów, które przytoczyłem to zaledwie drobna strużka w jednej z dziurek durszlaka. Bez złudzeń – one nie pokazują ekscesów, dziwactw, anomalii. One ilustrują trend, codzienność – są normą. Obywatel w Polsce, który poi się w naszych mediach nie ma bladego pojęcia co tak naprawdę się wyprawia i co go czeka, kiedy wreszcie dogonimy postępowy Zachód. Pomyślałem więc sobie, że będę dla niego opisywał postępy postępu.

Jeśli na chodnikach Paryża stawiane są otwarte pisuary, to niech się ich spodziewa w Warszawie. Jeśli Zieloni w Niemczech przeforsują zakaz hodowli bydła, to niech rolnik w Polsce szykuje się do wyrżnięcia bydlątek, albo do prowadzenia podziemnej działalności jak za okupacji. Skoro Macron opodatkował bilety lotnicze, to niech każdy wie, że grabieżcze szpony Morawieckiego i jego dosięgną. Jak ktoś wkłada ogromne pieniądze w uczynienie ze swej córki zawodowej tenisistki, to niech wie, że już niedługo na kortach królować będą faceci podający się za kobiety, bo tak już się dzieje w innych dyscyplinach sportu. Niech pakuje kosztowności do słoików i deponuje je w banku ziemskim pod krzakiem, bo Ursula von der Leyen z kogoś musi ściągnąć ten bilion euro na walkę z globalnym ociepleniem. I niech nikt mi tu nie gada, że zajmuję się pierdołami, didaskaliami bez znaczenia. Postęp zadba o każdego.