Za (i na) monarchę warto zapłacić
Łukasz Warzecha 15.01.2020

Brytyjska monarchia nie spędza mi snu z oczu ani nie śledzę z napięciem losów członków rodziny królewskiej. Natomiast, owszem, obejrzałem z przyjemnością trzy dotychczas wyprodukowane serie „The Crown”. Zabawne, że – jak się przekonałem podczas jednej z twitterowych dyskusji z aferą z księciem Harrym i jego żoną Megan w tle – z tego faktycznie znakomicie zrobionego filmu różne osoby mogą wyciągnąć radykalnie różne wnioski. Mój polemista – osoba, jak nietrudno było się zorientować, o poglądach mocno na lewo – dostrzegł w nim potępienie sztywnych zasad monarchii i pochwałę tych członków rodziny królewskiej, którzy zdecydowali się z nimi zerwać, a więc przede wszystkim najpierw Edwarda VIII, potem w jakimś stopniu księżnej Małgorzaty. Ja widzę to całkiem inaczej. Uważam, że „The Crown” to serial skrajnie wręcz rojalistyczny, którego podstawowym i najważniejszym przesłaniem – być może nie przez wszystkich rozumianym – jest istotność monarchy jako zwornika brytyjskiej demokracji, a zarazem tragizm sytuacji, wymagającej od rodziny królewskiej chwilami nieludzkiego zachowania i powstrzymania się od naturalnych emocji. Kto do tej roli nie dorósł, musi zostać odrzucony do dalszego kręgu. Tak jak, zdaje się, dzieje się to teraz z Harrym i jego żoną, przy czym inicjatywę przejawili tutaj oni sami.

 

Jeśli ktoś patrzy na instytucję monarchii, nie tylko tej brytyjskiej, ale jakiejkolwiek – nawet w jej obecnej, zredukowanej, popkulturowej postaci – wyłącznie przez pryzmat łzawych romansów czy antyrojalistycznych, rewolucyjnych, lewackich zapałów, może się faktycznie zachwycić buntem Harry’ego czy „królowej ludzkich serc” Diany (to już postać jak żywcem wyjęta z Harlequina) albo „pójściem za głosem serca” Edwarda VIII. Którego plebejska żona, Wallis Simpson, okazała się zresztą po latach, podobnie jak sam abdykujący król, sympatyczką nazistów. Hitler planował przywrócenie Edwardowi VIII tronu, a tuż po wojnie pakiet kompromitującej korespondencji Edwarda i Wallis z Berlinem (zwany Windsor File) nie wyszedł na jaw tylko dzięki zapobiegliwości i błyskawicznemu działaniu premiera Churchilla.

We wspomnianej twitterowej dyskusji pojawił się ciekawy akcent: „Jak pan, liberał, może nie być zadowolony, że chociaż mała część rodziny królewskiej wreszcie nie będzie obciążeniem dla podatnika?!”. Właściwie to jestem zadowolony, wychodząc rzeczywiście z liberalnego punktu widzenia, ale zadowolony z trochę innych powodów niż sugeruje tak sformułowane pytanie. Otóż cieszy mnie zawsze, gdy z danego zajęcia rezygnuje ktoś, kto się do niego nie nadaje i wykonuje je, demonstrując pretensję do całego świata, że umieścił go właśnie w tym miejscu. Na takie osoby natykamy się nieustannie: to mogą być konduktorzy, sprzedawcy w sklepie, hydraulicy, ale też politycy. W tym wypadku to książęca para Harry i Megan. Samą swoją decyzją o rezygnacji z formalnych obowiązków dworskich dowiedli, że nie powinni ich pełnić – więc faktycznie to dobrze, że rezygnują. Moja ocena tej sytuacji nie jest jednak jednoznacznie pozytywna, bo podejrzewam, że u podstawy tej decyzji nie stała poważna autorefleksja nad własną zdolnością do sprawowania funkcji, nałożonych przez los na Harry’ego, ale już wziętych na siebie przez pannę Megan mocą świadomej decyzji, ale właśnie owa pretensja, tak drażniąca u wykonujących różne zajęcia, a przekonanych, że powinni być w innym miejscu. Szczególnie źle oceniam tu małżonkę księcia, ponieważ – w przeciwieństwie do niego – ona zdecydowała się na obowiązki członka rodziny królewskiej z własnej woli, doskonale rozumiejąc tego konsekwencje. Sytuacja wygląda więc na cyniczne, sprytne zagranie, które ma z pary książęcej zdjąć odium uciążliwych obowiązków, pozostawiając wszystko to, czym da się na rynku pohandlować.

Ale to tylko część zagadnienia. Poważną odpowiedź można sformułować w dwóch płaszczyznach. Pierwsza to ta czysto finansowa. Liczby obiegły już media, ale warto je przypomnieć: rodzina królewska kosztowała państwo brytyjskie coraz więcej w ciągu ostatnich lat. Oto wydatki w milionach funtów.

2012: 32,4.

2013: 33,3.

2014: 35,7.

2015: 35,7.

2016: 39,8.

2017: 41,9.

2018: 47,4.

2019: 67.

Ten wzrost jest w dużej mierze spowodowany wydatkami na trwałą infrastrukturę, przede wszystkim odnowienie budynków. W przyszłym roku ma wzrosnąć do 87 mln funtów, co jest skutkiem kompleksowego planu remontu Pałacu Buckingham. Inne koszty to oczywiście podróże, ochrona, przyjęcia, uroczystości i mnóstwo innych spraw.

Wydaje się dużo. Ale przecież część tych wydatków państwo brytyjskie musiałoby ponieść i tak, nawet gdyby było republiką. Pałacu Buckingham przecież by nie zburzono, a więc jego remont i tak należałoby przeprowadzić. Podobnie rzecz się ma z innymi głównymi rezydencjami królewskimi, choć część z nich zapewne by sprzedano. Swoje kosztowałby także urząd prezydenta, który zapewne zastąpiłby monarchę. Uroczystości państwowe odbywałyby się nadal.

Przy tym warto Royal Grant ustawić w perspektywie brytyjskiego PKB, które w 2018 r. wyniosło 2,1 bln funtów. W 2019 r. całkowity przychód brytyjskiego budżetu wyniósł zaś 792 mld funtów.

Wreszcie trzeba pamiętać, że brytyjska monarchia jest również generatorem wpływów z turystyki, które trudno podliczyć. Wielu turystów przyjeżdża do Londynu tylko po to, żeby stanąć przed Pałacem Buckingham, zobaczyć zmianę warty, a jeśli będą mieli szczęście – samą królową lub kogoś innego z rodziny królewskiej. Nie jest więc tak, że Windsorowie to dla brytyjskiego podatnika wyłącznie koszty.

Ale to ujęcie czysto finansowe. Druga płaszczyzna to imponderabilia – czynniki, jak wskazuje sam źródłosłów tego pojęcia, trudne do wyważenia. Konieczność utrzymania „majestatu władcy” uznawał również Adam Smith – Szkot przecież. W części IV rozdziału „Dochody panującego lub państwa”, zatytułowanej „O wydatkach na utrzymanie majestatu władcy”, w swoim fundamentalnym dziele „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”, pisze:

Poza wydatkami, jakie są nieodzowne, by władca mógł wypełniać swe różnorodne obowiązki, istnieją jeszcze pewne wydatki, konieczne dla utrzymania jego majestatu. Wydatki te zmieniają się w zależności od stopnia rozwoju społeczeństwa i od ustroju państwa.

W społeczeństwie bogatym i dobrze rozwiniętym gospodarczo, gdzie wydatki wszystkich stanów na mieszkanie, umeblowanie, zastawę, ubranie i wyposażenie wzrastają z każdym dniem, nie można się spodziewać, aby panujący stanowił pod tym względem wyjątek. Dlatego też w sposób naturalny, a raczej z konieczności zwiększa on swe wydatki na te cele i można nawet uważać, że wymaga tego jego godność. […]

Wydatki na obronę społeczeństwa oraz wydatki na reprezentację najwyższego dostojnika ponoszone są dla dobra całego społeczeństwa, dlatego też jest słuszne, aby łożyło na nie całe społeczeństwo, przy czym udział różnych jego członków powinien być jak najściślej dostosowany do ich możliwości.

Smith nie neguje konieczności finansowania „najwyższego dostojnika” – w tym króla. Wydaje się też, że nie widzi potrzeby tłumaczenia w szczegółach, dlaczego całe społeczeństwo korzysta na istnieniu władcy i zapewnieniu mu odpowiedniego majestatu. To coś, co trzeba jednak dzisiaj wyjaśniać.

Liberalizm sprawdza się, jeśli działa w określonych warunkach. Jeśli państwo jest stabilne, prawo przewidywalne, sądy sprawne, polityka finansowa nieryzykowna. Ważne jest jednak ogólne, niezwiązane z żadną konkretną kwestią, poczucie braku chwiejności i sterowności. I to właśnie zapewnia monarchia – w szczególności monarchia brytyjska, gdzie rola króla jest wciąż relatywnie duża. Jakkolwiek na mocy tradycji władca nie podejmuje decyzji – te są w rękach parlamentu i rządu – to jednak może mieć na nie zakulisowy wpływ, a częścią jego obowiązków jest konsultowanie się z premierem. Przede wszystkim zaś jest swego rodzaju kotwicą państwa. Stawiam tezę, że wstrząs związany z podjęciem przez Brytyjczyków decyzji o Brexicie oraz z późniejszymi wokół tego zawirowaniami byłby znacznie mocniejszy i miałby o wiele większy wpływ na brytyjską gospodarkę, gdyby Zjednoczone Królestwo było Zjednoczoną Republiką. Zresztą wtedy zjednoczenie mógłby już dawno trafić szlag.

Rzecz jasna, ogromną rolę gra tutaj charakter i osobiste kwalifikacje władcy – jak to w monarchii. Ale jest to też układ w pewnym sensie handlowy. Państwo władcę utrzymuje na bardzo wysokim poziomie, w zamian wymagając od niego i jego bliskich poświęcenia wielu osobistych upodobań czy ambicji, również tych zahaczających o sferę najściślej już osobistą. To nie jest układ łatwy, a często jest też nieprzyjemny, ale przecież nie ma w nim nic nowego. Władcy, również polscy, zawsze stawali z tego powodu w trudnych sytuacjach konfliktu osobistych sentymentów z potrzebami państwa, by wspomnieć romans Kazimierza Wielkiego z Esterą Małach (według Długosza) czy przeprowadzone mimo ogromnego sprzeciwu części szlachty i elit małżeństwo Zygmunta Augusta z Barbarą Radziwiłłówną. Nie zawsze racja stanu wychodziła z tych konfliktów jako wygrana.

Dziś, bardziej niż kiedyś, relacja między państwem a tytularnym jego władcą jest merkantylna. Władca na ogół – przynajmniej w świecie zachodnim – nie ma władzy realnej, a wobec zeświecczenia rzeczywistości jej transcendentny element zanika, często zresztą przy udziale samego monarchy i jego rodziny. Mimo to monarcha wciąż może pełnić rolę stabilizującą, także jako stały i trwający mimo zmian na zewnątrz element ustroju państwa.

Pamiętam, jak kiedyś śp. dr Janusz Kochanowski – którego miałem zaszczyt i przyjemność znać przez około dekadę – opowiadał mi o pewnej swojej rozmowie z czasów, gdy w latach 90. był konsulem w Londynie. Dyskutował wtedy z jednym ze swoich brytyjskich znajomych o uprawnieniach królowej. Okazało się, że w żadnym dokumencie konstytucyjnej rangi, a więc w Magna Carta , Bill of Rights itd., nie jest zapisany obowiązek akceptacji przez monarchinię wyłonionego w wyborach rządu i premiera (lidera zwycięskiego ugrupowania). Janusz Kochanowski spytał swojego interlokutora: „A co by się stało, gdyby królowa się nie zgodziła?”. Ten najpierw jakby nie zrozumiał, przez moment zaniemówił, po czym ze zdziwieniem stwierdził: „Ale to się nigdy nie wydarzyło!”.

Ta anegdotka pokazuje, na jakiej zasadzie monarchia staje się kotwicą, stabilizującą państwową nawę. Za to warto zapłacić.