Za Krym, Donbas i Aleppo Rosja zapłaciła słoną cenę
Marek Budzisz 15.07.2018

Polityka wspierająca liczbę narodzin była w Rosji przez lata nie tylko ważnym, a może najważniejszym nawet projektem władz, a jej efekty potwierdzeniem propagandowego sloganu, że kraj „wstaje z kolan” i wydobywa się z czarnej dziury jelcynowskiej zapaści. Bo rzeczywiście było się czym chwalić. W latach 2006 – 2012 Rosja miała najszybszy wzrost wskaźnika liczby dzieci przypadających na kobietę w Europie i drugi na świecie. Wzrósł on z zastraszająco niskiego poziomu 1,3 do 1,7 – czyli o 30% (dla porównania Polska miała w 2015 roku 1,3 a teraz już po wdrożeniu programu 500+ wzrósł do 1,4 wg szacunków dla roku 2017). W liczbach bezwzględnych oznacza to, że gdyby porównać liczbę rodzących się w Rosji dzieci w roku 2012 z rokiem 2006, to na świat przyszło ich więcej o 416 tysięcy.

 

Ale teraz sytuacja się zmienia. W 2017 roku w Rosji urodziło się o 10-11% mniej dzieci niż rok wcześniej, a jeśli idzie o perspektywy bieżącego roku, to jak oświadczył w wywiadzie dla prasy minister Topilin, powtórzenie tego wyniku będzie „kolosalnym sukcesem”. Rosyjscy politycy i demografowie dyskutują jakie są powody tego załamania, bo przecież rosyjski odpowiednik 500+, którego wprowadzenie było jednym ze źródeł sukcesu poprzedniej dekady, nadal obowiązuje, a nawet jest rozszerzany. I znów, w liczbach bezwzględnych załamanie roku 2017 oznacza, że urodziło się o 203 tysiące mniej dzieci niż rok wcześniej. Jeżeli trend ten się nie odwróci, to w roku bieżącym narodzin będzie ich mniej o 380 tysięcy. Jednym z częściej pojawiających się argumentów jest wskazanie na to, że zmniejsza się liczba kobiet w wieku, w którym najczęściej ma się dzieci, czyli między 21 a 39 rokiem życia. W 2032 roku będzie ich mniej niż obecnie aż o 28%, czyli nie ma co liczyć na jakiś przełom.

Ale teraz pogląd ten zaczyna być kwestionowany. Krytycy wskazują, że w latach sukcesu rosyjskiej polityki pronatalistycznej też spadała liczba kobiet mogących mieć dzieci, i to niemało, bo o 11,5%, a mimo to liczba narodzin znacznie wzrosła z 1 483 tys. w 2003 do 1 947 tys. w 2014. Potem, w latach 2014 – 2015, przyszła stabilizacja, to znaczy liczba kobiet nadal malała (o 1,9%) i jednocześnie zmniejszyła się liczba narodzin, (o 2,8%), czyli spadek był, ale nie budził jeszcze niepokoju. Wyraźne załamanie zaczęło się rok później. Liczba kobiet mogących mieć dzieci spadła, o 0,9%, ale już liczba narodzin o 10,7%. I to wszystko nastąpiło w roku, w którym wzrosła w Rosji liczba małżeństw. Zdaniem demografów, im więcej jest związków partnerskich tym najczęściej przyszłe matki przesuwają w czasie decyzję o pierwszym dziecku nie mając ustabilizowanej sytuacji życiowej, a zatem wzrost liczby zawieranych ślubów powinien wspierać wzrost liczby narodzin. Poprawiły się też inne wskaźniki, np. po raz pierwszy od wielu lat, a może nawet dziesięcioleci, liczba narodzin (licząc na 100 kobiet) była wyższa niż liczba dokonanych aborcji.

Rosyjscy demografowie skłaniają się obecnie ku tezie, że załamanie roku 2017 tylko w 1/10 można wyjaśnić spadkiem liczby kobiet, 90% zjawiska ma swe korzenie w czym innym. Ale w czym?

Nie trzeba być Einsteinem aby wiedzieć, że jeśli w 2017 narodziło się o 10% mniej dzieci, to przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać w roku poprzednim. I tak też robią eksperci argumentując, że należy je wiązać z kryzysem w rosyjskiej gospodarce, a przede wszystkim widzieć w spadku dochodów ludności w latach poprzednich. Nawet jeśli uznać, że spadek rosyjskiego PKB nie był w latach 2014 – 2015 bardzo głęboki, to, jeśli idzie o wydatki rodzin na konsumpcję, takiego sądu już się nie obroni – zmalały one tylko w 2015 roku o 10,4%. Ale pogarszaniem się sytuacji materialnej i wzrostem w rezultacie nastrojów pesymistycznych wszystkiego się nie wyjaśni. Nietrudno zauważyć, i tak argumentują eksperci, że początki kryzysu roku 2017 mają związek z sukcesami „rosyjskiego oręża” lat 2014 – 2015. Aneksja Krymu, konflikt w Donbasie, a później interwencja w Syrii, wszystkie świadectwa, że Rosja „wstaje z kolan” – na poziomi decyzji tysięcy rosyjskich rodzin czy mieć dziecko czy raczej odłożyć tę decyzję na później – oznaczały częściej wybór drugiej opcji. A zatem źródłem kryzysu roku 2017 i najprawdopodobniej lat następnych było ogólne poczucie niestabilności, zarówno w wymiarze materialnym, jak i generalnie, w planie sytuacji na świecie. Czyli stara ludowa mądrość, że w trudnych czasach nie rodzą się dzieci, znów się potwierdziła. W liczbach bezwzględnych oznacza to, że za Krym, za Donbas, za Aleppo, Rosja zapłaciła wielką cenę – na świat nie przyszło, i to tylko w 2017 roku, zdaniem specjalistów, 180 tysięcy małych obywateli Federacji Rosyjskiej. I w ogólnym rachunku zysków i strat polityki „wstawania z kolan” ten wskaźnik też trzeba brać pod uwagę.