Zakaz noszenia broni – kto dostanie rykoszetem?
Łukasz Warzecha 15.10.2018

Co zakaz noszenia i przemieszczania broni ma wspólnego z biznesem? Wbrew pozorom – całkiem dużo.

 

Jak wiedzą zapewne uważni czytelnicy mojej publicystyki, kwestia posiadania broni przez obywateli jest jednym ze szczególnie interesujących mnie tematów. Sam zresztą jestem strzelcem sportowym i mam kilka sztuk broni. Jestem też członkiem Obywatelskiego Ruchu Miłośników Broni, a prawodawstwem w tej sprawie i jego porażająco słabą jakością zajmuję się od lat.

Od lat także, przy okazji każdej większej międzynarodowej imprezy, minister spraw wewnętrznych – a faktycznie urzędnicy MSWiA, zwykle pod dyktando policji – wydają zakazy noszenia i przemieszczania broni w stanie rozładowanym na czas trwania tychże imprez. Zakaz ma formę rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych i administracji.

Tu wyjaśnienie terminologiczne: noszenie broni oznacza posiadanie przy sobie broni (zwykle, choć niekoniecznie, w kaburze, w przypadku broni krótkiej) z podpiętym do niej, załadowanym magazynkiem, bez naboju w komorze nabojowej. W przypadku rewolweru mówimy o sytuacji, gdy w bębenku są naboje. Taka broń jest praktycznie gotowa do strzału: wystarczy przeładować (wprowadzić nabój do komory, tym samym napinając mechanizm iglicy) i ewentualnie zwolnić bezpiecznik zewnętrzny, jeśli taki jest i jeśli był w pozycji bezpiecznej. W przypadku rewolweru właściwie żadne dodatkowe czynności nie są konieczne; można ewentualnie odciągnąć kurek.

Przemieszczanie w stanie rozładowanym to przenoszenie broni bez podpiętego magazynka, w którym też nie może być naboi. Na przykład rozładowany pistolet z odpiętym i pustym magazynkiem, przewożony w pudełku na zawody, jest przemieszczany w stanie rozładowanym. Ale też, formalnie rzecz biorąc, przemieszczaniem będzie przeniesienie przez pracownika sklepu z bronią jej egzemplarza z magazynu broni na wystawę – 10 metrów dalej.

Wspomniane zakazy był wydawane przy różnych okazjach, obejmując zwykle obszar przynajmniej miasta, a czasem i województwa, na okres trwania imprezy – na przykład szczytu NATO czy Światowych Dni Młodzieży. Teraz MSWiA wprowadza rozporządzeniem zakaz o rekordowej chyba długości trwania w związku ze zbliżającymi się szczytami klimatycznymi – tzw. pre-COP24 w Krakowie (21-24 października) oraz COP24 w Katowicach (3-14 grudnia). Zakazy mają jednak obowiązywać dłużej. W Krakowie zakaz obejmuje dni od 19 do 25 października, a aż w całych dwóch województwach, małopolskim i śląskim, od 25 listopada do 16 grudnia, czyli bite trzy tygodnie. I proszę nie pytać, po co zakaz w Małopolsce, skoro COP24 odbywa się w Katowicach. Nikt tego nie wyjaśnił. Podobnie jak nikt nie wytłumaczył, czemu zakaz jest o dobrych kilka dni dłuższy niż planowany czas obu imprez. Po co ma obowiązywać jeszcze przez dwa dni po zakończeniu COP24? Nie wiadomo.

Uzasadnienie dołączone do rozporządzenia nie wyjaśnia w ogóle, dlaczego ma ono być konieczne. Mówi tylko ogólnikowo o „konieczności zapewnienia bezpieczeństwa”. Z kolei w załączonej tabeli OSR (ocena skutków regulacji) czytamy, że rozporządzenie ma wyeliminować przypadki utraty broni przez jej posiadaczy, a więc dostania się jej w niepowołane ręce. To absurd. W Polsce rocznie odnotowuje się nie więcej niż – uwaga – około 20 przypadków utraty broni przez prywatnych posiadaczy (a tylko ich zakaz dotyczy), przy czym nie ma wśród nich sytuacji zaboru broni w wyniku napadu rabunkowego na ulicy – a więc w trakcie przemieszczania broni. Utrata broni następuje albo w wyniku włamania do domu posiadacza – a temu przecież zakaz nie zapobiegnie – albo dotyczy wypadków losowych, takich jak utrata broni przez myśliwego, który na polowaniu na kaczki wypuścił strzelbę z rąk do jeziora. Krótko mówiąc – rozporządzenie w tej postaci nie ma żadnego uzasadnienia. Gdyby zresztą potraktować te wyjaśnienia poważnie, należałoby zakazem objąć cały kraj, a nie tylko wybrane rejony.

Niektórzy starają się tłumaczyć zakaz tym, że w trakcie jego obowiązywania policja od razu będzie mogła potraktować każdego cywila z bronią jako podejrzanego. Tyle że – po pierwsze – ani uzasadnienie, ani OSR o tym powodzie nie wspominają, a po drugie – ofiarą policyjnej gorliwości padaliby agenci SOP, funkcjonariusze ABW czy nawet policjanci w cywilu. Wszyscy oni nie mają przecież na czole napisane, że pracują dla służb i mają prawo nosić broń, więc byliby automatycznie podejrzani.

Dodać tu trzeba, że prywatni posiadacze broni są wyjątkowo zdyscyplinowanymi ludźmi, co potwierdzają policyjne statystyki. Również dlatego, że polskie prawo przewiduje możliwość cofnięcia pozwolenia na broń za nawet drobne uchybienia, a tego nikt nie chce. Gdyby zatem zakaz został wprowadzony punktowo, na przykład wokół obiektu, w którym będą się odbywały obrady lub w całej dzielnicy – strzelcy na pewno by mu się podporządkowali tak samo, jak podporządkują się obecnemu kształtowi rozporządzenia. Nie ma też mowy o tym, żeby posiadacze broni użyli jej w jakikolwiek sposób dla zakłócenia obrad. Takie przypadki w Polsce w ogóle nie są znane. Nigdy nie zdarzyło się, żeby cywilny posiadacz broni użył jej w trakcie jakiejś zadymy, demonstracji czy przeciw VIP-owi. Zresztą takiego powodu dla wprowadzenia zakazu uzasadnienie rozporządzenia nie wymienia.

OSR stwierdza, że rozporządzenie nie będzie oznaczało „nadmiernej uciążliwości” dla podmiotów, których będzie dotyczyć oraz, że „nie będzie miało wpływu na konkurencyjność gospodarki i przedsiębiorczość, w tym na funkcjonowanie przedsiębiorstw”. Doprawdy?

Po pierwsze, łącznie na ponad trzy tygodnie możliwości polowań zostają pozbawieni myśliwi. Oczywiście bez polowań rekreacyjnych można się przez ten czas obyć, ale przypominam, że myśliwi dokonują również interwencyjnego odstrzału zwierzyny, wchodzącej w szkody rolnicze. Na ponad trzy tygodnie dwa województwa zostają tej ochrony pozbawione. Ciekawe, co na to rolnicy.

Po drugie zaś – i to jest znacznie poważniejsza konsekwencja – rozporządzenie na długi czas, w dodatku tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, uderza w sklepy z bronią, które – podobnie jak inne placówki handlowe – właśnie w przedświątecznym czasie odnotowują zwiększone obroty. Niestrzelającym może się to wydawać dziwne, ale broń jest również kupowana jako prezenty, oczywiście z dochowaniem wszelkich procedur. Takie sklepy, rzecz jasna, handlują również innymi artykułami: ubraniami, akcesoriami, artykułami obronnymi niepodlegającymi reżimowi pozwoleń. Jednak największe obroty generuje właśnie handel bronią, której jednostkowa cena jest najwyższa. Twierdzenie o braku wpływu rozporządzenia na podmioty, których ono dotyczy, w tym w szczególności na przedsiębiorczość, zawarte w OSR, jest najzwyczajniej nieprawdziwe. Sklepy z bronią w dwóch województwach w najlepszym wypadku będą mieć wyraźnie zmniejszone przychody, a w najgorszym – splajtują.

Po co więc ta cała szopka? Stawiam, że z powodu urzędniczej i policyjnej bezmyślności oraz rutyny. Rozporządzenia zawsze w takich sytuacjach były, więc i tym razem robimy – myślą urzędnicy. Treść jest generowana z automatu, zapewne przez „ctrl C”, „ctrl V”, urzędnicy z automatu przyklepują, minister z automatu podpisuje.

Tymczasem przypomina się stary dobry Bastiat ze swoim „Co widać, a czego nie widać”. Widać naprężenie policyjnych muskułów. Nie widać tego, że rykoszetem głupiego i zbędnego rozporządzenia dostaje grupa przedsiębiorców.