Zakaz podwożenia dzieci do szkoły, czyli szczyt idiotyzmu
Łukasz Warzecha 13.01.2019

Przywykłem, że politycy i urzędnicy prześcigają się w promowaniu idiotyzmów, mających utrudnić życie kierowcom. Jednak pomysł, który od paru dni funkcjonuje pod mocno mylącą nazwą „zakaz podwożenia dzieci do szkoły”, bije absolutne rekordy kretynizmu.

 

Prawdopodobnie pierwszy był krakowski radny Łukasz Wantuch. Wantuch to członek komitetu Jacka Majchrowskiego, kiedyś radny Prądnika Czerwonego, już w poprzedniej kadencji w Radzie Miasta Krakowa. Jego pomysły na usprawnienie życia w mieście bywają efekciarskie, obliczone bardziej na piar niż realizację (jak choćby propozycja badania składu dymów z kominów za pomocą dronów). Przedstawiając zamysł „zakazu podwożenia dzieci do szkoły” Wantuch powołał się na rozwiązanie rzekomo stosowane w Wiedniu. Ale to akurat mało istotne. Tym bardziej że nie wprowadzono tam żadnego „zakazu podwożenia dzieci do szkoły”, tylko pilotażowy krótkotrwały zakaz zatrzymywania się na ulicy, przy której jest jedna ze szkół, w ciągu zaledwie 30 minut bezpośrednio poprzedzających rozpoczęcie lekcji.

Jak jednak wielokrotnie wskazywałem – fakt, że gdzieś istnieje jakieś rozwiązanie nie oznacza sam z siebie, że jest ono dobre. Niestety, ten „argument” pojawia się regularnie, czasami w postaci groteskowej. Na przykład zwolennicy zakazu niedzielnego handlu, w znacznej mierze będący jednocześnie twardymi zwolennikami PiS, a więc przynajmniej w części podzielający germanofobiczne emocje partii rządzącej, uparcie przywołują niemiecki zakaz handlu jako wzór, bez żadnej refleksji. Zakaz ma być dobry, bo jest w Niemczech – i tyle. Nieważne, że Niemcy są ze swoim całkowitym zakazem w zdecydowanej mniejszości państw UE, że rozwiązania prawne różnią się mocno w zależności od landu i że negatywne skutki generalnego zakazu są coraz szerzej w Niemczech dyskutowane. Nieważne też, że w niemal każdej innej dziedzinie ci sami twardzi wyborcy PiS wieszają na Niemcach psy. Akurat w tej sprawie robią wyjątek. Ważne, że jest tak w Niemczech – i kropka.

Podobnie jest w przypadku wiedeńskiego rozwiązania. Jego zwolennicy mówią: tak jest w Wiedniu, więc jest to świetny pomysł – i tyle. Za tego typu sposobem argumentacji stoją potężne kompleksy, z którymi Polacy zmagają się właściwie od wieków – ale to temat na całkiem inny tekst. Dość, że niezależnie od tego, jak w szczegółach wygląda sytuacja w Wiedniu, ważniejsze jest, jak przedstawia się tę propozycję w Polsce. I jak robi to nie tylko radny Wantuch, którego można by od biedy uznać za niegroźnego wariata, ale również podłączający się pod ten idiotyzm przedstawiciele władz innych miast – Poznania czy Łodzi.

Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, który urządza miasto pod dyktando lewackich aktywistów, ogłosił na Facebooku, że bardzo mu się pomysł podoba i wyśle w tej sprawie zapytanie do Wiednia. W Łodzi „zakazem podwożenia dzieci do szkoły” zainteresował się radny PO Bartosz Domaszewicz. Opowieść jest za każdym razem taka sama: gdy nie pozwoli się rodzicom odwozić dzieci do szkoły, to dzieciaczki wybiorą rower albo przyjdą na piechotę, ewentualnie przyjadą komunikacją miejską, co zredukuje smog, zmniejszy zagrożenie na drodze, a nawet przyczyni się do zwalczania otyłości wśród dzieci. Krótko mówiąc – wszyscy będą zdrowsi, piękniejsi i szczęśliwsi.

Jest to idiotyzm tak piramidalny, że wprost trudno uwierzyć, iż ktokolwiek gotów jest go wygłaszać. A jednak. Przekonanie, że wprowadzenie jakichś szykan wobec rodziców, odwożących dzieci do szkoły, rozwiąże wiele problemów, od smogu po otyłość uczniów, to klasyczny przykład magicznego myślenia ludzi mających władzę, lecz niestety także sporej części obywateli, którzy tego typu idiotyzmom przyklaskują. Tymczasem nie potrzeba naprawdę pogłębionych analiz, by uświadomić sobie, że jeśli nawet istniałaby jakakolwiek korelacja pomiędzy hipotetycznym zakazem (i tylko pod warunkiem, że byłby on naprawdę rozbudowany i bezwzględnie egzekwowany) a wspomnianymi zjawiskami, to byłaby ona marginalna. Tu mamy zatem przykład magicznego myślenia na poziomie samorządu, zresztą niejedyny. Czy nie tak samo działa choćby nocna prohibicja, do wprowadzania której dał samorządom prawo PiS? Ale przecież identycznie rozumują prawodawcy na poziomie centralnym.

Przede wszystkim jednak nie da się – na szczęście – w polskich warunkach prawnych wprowadzić żadnego „zakazu podwożenia dzieci do szkoły”. Można oczywiście ustawić na ulicy, gdzie stoi szkoła, zakaz zatrzymywania się. Efekt będzie dwojaki. Część rodziców będzie wysadzać dzieci przed lub za zakazem, co spowoduje dodatkowe zagrożenie, korki i tak dalej. Część będzie zakaz olewać, więc rozpocznie się wojna podjazdowa pomiędzy strażą miejską a rodzicami. Odsetek rodziców, którzy pod wpływem takiej regulacji zrezygnują z odwożenia dziecka do szkoły samochodem, będzie się zawierał w pojedynczych procentach, bo jeśli ktoś korzysta w takiej sytuacji z samochodu, to nie ze złośliwości, ale z konieczności i ta konieczność nie zniknie tylko dlatego, że jakiś idiota wymyślił sobie kolejny zakaz. Ludzie mają ułożony plan dnia, wstają o określonej godzinie, na określoną godzinę muszą być w pracy, czasem muszą w różne miejsca zawieźć nie jedno, a kilkoro dzieci. Jeśli ktoś może odprowadzić dziecko pieszo, to już to robi. Nigdy nie zrobi tego ktoś, kto mieszka dalej niż, dajmy na to, 10 minut drogi od szkoły. Żaden rodzic nie zdecyduje się budzić swojego dziecka 15 czy 30 minut wcześniej tylko dlatego, że jakiś urzędas miał wizję.

Tu dochodzimy do istoty sprawy. Przecież tak naprawdę wcale nie chodzi ani o to, żeby było zdrowiej, bezpieczniej czy w jakikolwiek sposób lepiej dla dzieci czy rodziców. To po prostu kolejny wykwit podszytej skrajną arogancją ideologii. Z punktu widzenia niektórych sprawujących władzę dobry będzie każdy pomysł, uderzający w indywidualny transport, bo w takim myślowym schemacie tkwią. Tu już nie działa myślenie, nie ma krytycznej analizy, jedynie odruch warunkowy: samochód równa się zło. Trzeba zabronić.

Ale to znów tylko wycinek problemu, bo przecież chodzi o coś jeszcze poważniejszego – o przekonanie jakiejś, niemałej niestety, części rządzących – obojętnie, jakiej politycznej proweniencji – że mogą traktować ludzi jak niedojrzałych głupków, którym trzeba zorganizować życie, bo sami nie są w stanie zrobić tego w wystarczająco mądry sposób. W niedzielę nie wolno im chodzić do sklepu, bo mają spędzać czas z rodziną (tak jakby nie mogli tego czynić w centrum handlowym). Dziecka do szkoły nie mogą odwieźć autem, bo to niezdrowo. Nektar owocowy ma być droższy niż sok, bo jest mniej zdrowy, więc trzeba głupków nakłonić, żeby kupowali soki, nie nektary. I tak dalej, i tak dalej. Rządzący zamiast sprawnie zarządzać państwem, bawią się już od dawna w wielkich wychowawców głupiego ludu, a część tego ludu jeszcze klaszcze i się cieszy: o, jacy mądrzy panowie, jak dobrze, że nam, idiotom, zabraniają tego czy tamtego albo to czy tamto nakazują, bo przecież my, ludkowie mali, za durni jesteśmy, żeby wiedzieć samemu, co dla nas dobre. A rządzący patrzą na tych klaszczących i utwierdzają się w przekonaniu, że są od nich mądrzejsi.

Spora część polityków zawsze będzie takiej pokusie ulegać. I dlatego trzeba zadbać, żeby nie mieli takiej możliwości – nie tylko poprzez odpowiednie głosowanie w wyborach, ale też poprzez naciskanie, gdy tylko nadarzy się taka okazja, żeby systemowo jak najbardziej ograniczyć możliwości wtrącania się w nasze życie. Ale to również temat na inny tekst.