Zakopane, bunt przedsiębiorców i Morawiecki u „Sowy”
Łukasz Warzecha 16.01.2021

Piszę ten tekst w Zakopanem. W tych trudnych czasach trzeba o siebie i swoją kondycję dbać. Jednym ze sposobów jest wyrwanie się z domu, wycieczki, budowanie w ten sposób kondycji oraz oderwanie się od ponurej rzeczywistości miasta spętanego covidowymi restrykcjami. To właśnie robię. Lecz, jak państwo widzą, pisania i blogu WEI nie porzucam.

 

Jak tutaj jest? Po pierwsze – w mieście turystów nie widać, bo też nie bardzo mieliby gdzie przysiąść. Restrykcje do tego rodzaju aktywności zniechęcają. Nie trafiłem na otwartą restaurację czy bar, poza sprzedażą na wynos. 

W ogóle jednak turyści są. Na szlakach, zwłaszcza tych łatwiejszych (ze względu na dość ciężkie warunki), nie ma może tłumów, ale też nie jest pusto. W Dolinie Kościeliskiej w czwartek kursowało pięć, sześć sań (trasa od wejścia do doliny do Polany Pisanej). 

Po drugie – milicja czuwa. Gdy szedłem chodnikiem w centrum miasta, niespodziewanie z megafonu odezwał się głos Wielkiego Brata: „Proszę założyć maseczkę!”. Rozejrzałem się, bo trudno było zidentyfikować, skąd głos dobiegał. Po krótkiej chwili doszedłem do wniosku, że od tajniaków jadących obok w ciemnym BMW bez oznaczeń. Jak widać, nawet jednostki tego typu zostały zaangażowane do pilnowania obywateli. 

Po trzecie – mimo działań dzielnej milicji restrykcje, by tak rzec, nie do końca się przyjęły. A już zwłaszcza w obsługujących komunikację zakopiańską busach, gdzie – owszem – na widocznym miejscu wisi informacja o rozporządzeniu Rady Ministrów i co z niego wynika, ale do busów ludzi pakuje się w opór i z moich obserwacji wynika, że nie wszyscy przesadnie dokładnie pilnują zakrywania ust i nosa. 

Jak zadziałają górale podhalańscy po 17 stycznia – nie wiem. Wiem natomiast, że bardzo możliwa jest akcja dyskredytacji protestu, a przynajmniej jego podhalańskiego wątku, z powodu jego twarzy, Sebastiana Pitonia, i niektórych jego wypowiedzi. Owszem, można by sobie życzyć, żeby reprezentantem górali był kto inny, ale nie można zapominać, że tu nie chodzi o pana Pitonia i jego prywatne poglądy na inne sprawy. Istotą jest sytuacja przedsiębiorców, w tym wypadku tych żyjących z turystyki (aczkolwiek nie tylko oni są dramatycznie poszkodowani przez lockdown) i działania rządu. Nie mam natomiast wątpliwości, że wypowiedzi pana Pitonia będą wykorzystywane przez rządowe media przeciwko przedsiębiorcom. Nie dajmy się nabrać na ten tani trik. 

W innych miejscach, gdzie zbuntowanych przedsiębiorców jest najwięcej, determinacja do działania wydaje się wysoka. Nie jest natomiast do końca jasne, jak zamierza na to odpowiedzieć władza. Wszak można nasłać policję na pięć, dziesięć restauracji czy pensjonatów, ale nie na sto czy tysiąc. A z tą skalą możemy mieć niedługo do czynienia. Na razie, sądząc z pojawiających się ciągle nowych relacji z interwencji, nie ma żadnego wypracowanego schematu działania, zaś kolejne wyroki sądów, dotyczące różnych elementów restrykcji i spraw jeszcze z wiosny, potwierdzają co do zasady jedno: że rządzący nie mieli prawa wprowadzać rozporządzeniami takich ograniczeń, jakie wprowadzali. Przedsiębiorcy są dobrze przygotowani na prawne batalie. W wielu miejscach zainwestowali w prawników, pojawiają się też pierwsze oferty pomocy prawnej pro bono

O tym, że działania przedsiębiorców uważam za całkowicie uzasadnione, mówiłem i pisałem już wiele razy. Nie jest w żadnym stopniu zagadką powód ich desperacji, zaś ich postępowanie można uznać za klasyczny przypadek obywatelskiego nieposłuszeństwa (pisałem o tym na portalu Onet.pl), zwłaszcza że działają nie tylko we własnym, ale też w publicznym interesie. Raz, że chodzi tutaj o wolność i przeciwstawienie się bezprawnym restrykcjom; dwa, że bez ich pieniędzy w budżecie grozi nam, że władza nałoży na nas kolejne podatkowe kontrybucje, żeby wyrównać niedobory. Lub zacznie wpuszczać do obiegu jeszcze więcej pustego pieniądza, co skończy się dotkliwym wzrostem inflacji. Innymi słowy – powinniśmy im gorąco kibicować, bo oni walczą również o nasze pieniądze. 

Kompletnie natomiast nie umiem sobie wytłumaczyć logiki działania rządu ramach racjonalnej wizerunkowej czy finansowej kalkulacji. W listopadzie rząd przedstawił słynną mapę drogową, którą sam chwaliłem jako dającą w końcu choć namiastkę przewidywalności. Mowa też była o regionalizacji restrykcji, na krótki czas zresztą wprowadzonej. Tyle że wkrótce potem rządzący się z tego wycofali, bez podawania jakiegokolwiek racjonalnego powodu, danych, analiz. I tak już zostało. W ostatnim czasie jedynym prezentowanym uzasadnieniem utrzymania ograniczeń stało się zdanie „a bo w Niemczech”, ewentualnie we Francji, Czechach i tak dalej. Jednym słowem – jedynym prezentowanym uzasadnieniem dla decyzji dotyczących Polski jest to, co się dzieje gdzie indziej. 

Tu kolejny raz trzeba sfalsyfikować rządową narrację o szczepionce jako cudownej miksturze, która lada moment postawi gospodarkę na nogi. A jest to narracja nieustannie powtarzana przez właściwie wszystkich przedstawicieli władzy. Nie wyjaśniają oni jednak, w jaki mianowicie sposób gospodarka miałaby zostać przez szczepionkę postawiona na nogi w ciągu dwóch, trzech miesięcy, skoro wszystkie rachuby wskazują, że dopiero pod koniec tego roku może się zakończyć szczepienie grupy pierwszej, a wszyscy „cywilni” chętni na szczepionkę mogą ją zacząć otrzymywać dopiero na początku 2022 r. Co miałoby się dziać do tego czasu? Rząd nie wyjaśnia, zamiast tego wciskając ludziom kompletnie niewiarygodną opowiastkę. 

Rządzący mają wszystko podane na tacy, aby móc wrócić na drogę rozsądku. Po pierwsze – własną mapę drogową. Po drugie – stanowisko właściwie wszystkich związków biznesu, przedsiębiorców, pracodawców, z ZPP włącznie. Po trzecie – kolejne alarmujące pisma Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, przywołującego w dodatku analizy rady ekonomicznej przy tym urzędzie. Tu przypomnieć trzeba, że przy premierze funkcjonuje nadal jedynie rada medyczna, tak jakby działania dotyczące epidemii były sprawą wyłącznie medyczną, a nie dotyczyły praktycznie wszystkich dziedzin funkcjonowania państwa, na czele z gospodarką. 

Jednym słowem – po stronie utrzymania restrykcji rząd nie ma nawet namiastki konkretnego argumentu, również w postaci danych o zakażeniach i zgonach. Ma za to mnóstwo argumentów, aby restrykcje zacząć jak najprędzej łagodzić. A przecież mapa drogowa zakładała również możliwość ich przywrócenia w razie wzrostu liczby zakażeń, więc zapewniała rządowi elastyczność. Na szybkim, ale co ważne – warunkowym odmrażaniu gospodarki i życia społecznego przy zachowaniu wymogów sanitarnych rząd właściwie nie mógłby stracić. Ludzie odetchnęliby z ulgą i z pewnością zadziałałby tu efekt wyprowadzenia kozy ze słynnego szmoncesu. Przedsiębiorcy byliby zadowoleni, do budżetu ponownie popłynęłyby pieniądze. Zażegnane by zostały napięcia społeczne wynikające z przyparcia ludzi biznesu do muru. Władza przestałaby się kojarzyć z nasyłaniem policji na ludzi, którzy próbują przetrwać. Twardzi wyborcy PiS łyknęliby tę zmianę gładko, jak wszystko, co robi ich ukochana partia. Same korzyści. 

Oczywiście sytuacja dla władzy byłaby najczystsza, gdyby rządzący poszli tym kursem od razu, czyli konsekwentnie od listopada. Lecz nawet teraz dokonany zwrot przyniósłby jej korzyści. Dlaczego w takim razie wydaje się, że nie ma na niego szans – bo przebąkiwań wicepremiera Gowina o odmrażaniu od początku lutego (i tak po dramatycznie długim czasie zamknięcia – gastronomia byłaby zamknięta ponad trzy miesiące, a przecież prawdopodobnie i tak nie otworzyłaby się 1 lutego) nie sposób brać poważnie? Dlaczego z tak niewytłumaczalnym uporem rząd trwa przy najbardziej restrykcyjnym kursie, strasząc konsekwencjami, policją, sądami, Sanepidem, choć widać gołym okiem, że przyniesie jej to straty polityczne, a państwu – finansowe?

Można to sobie wytłumaczyć, jedynie zakładając, że o faktycznych przyczynach rząd głośno nie mówi. Wśród najbardziej prawdopodobnych wymieniłbym dwie, które mogą zachodzić jednocześnie. 

Pierwsza – to niewydolność intelektualna władzy połączona ze strachem właściwym ludziom o miałkiej umysłowości i słabym charakterze. Z takich najczęściej rekrutują się oportuniści, a tu mamy właśnie do czynienia z oportunizmem w najczystszej postaci: żadnej własnej inicjatywy, żadnej własnej analizy, żadnych własnych pomysłów – wyłącznie małpowanie tego, co robią mocniejsi partnerzy, byle tylko nie zostać posądzonym o to, że się jest „drugą Szwecją”. To również strach przed reakcją ludzi, których władza sama wytresowała do maksymalnego strachu przed epidemią – a to akurat jej najwierniejszy elektorat – gdyby liczby zakażeń zaczęły znów rosnąć. Na to nakłada się dramatycznie krótka perspektywa myślowa, ograniczona już nawet nie kolejnymi wyborami, ale sondażami i perspektywą następnych przepychanek wewnątrz swojego obozu politycznego, w których kwestie epidemiczne odgrywają już niebagatelną rolę. 

Druga przyczyna to pełna akceptacja, a nawet uznanie za pożądany oczywistego skutku tego, co się dzieje, a więc zaorania małej przedsiębiorczości, co będzie znakomitą okazją do zakupów za bezcen. Kupującymi będą oczywiście skarb państwa, a także duże zagraniczne koncerny. Z punktu widzenia wizji państwa PiS nie jest to niczym złym – im więcej w gospodarce państwa, tym zdaniem rządzących lepiej. Lecz nie tylko z powodów czysto ideologicznych (socjalizm to przecież ideologia). Wchodzą tu w grę również względy czysto pragmatyczne. Nie tyle nawet zapewnienie posad działaczom partyjnym i w ten sposób zmotywowanie ich, aby o partię dbali na wszystkich poziomach pod groźbą jej przegranej, a więc utraty intratnych miejsc pracy. Przede wszystkim to długodystansowa – tu akurat myślenie w długim terminie jest obecne – strategia uzależniania od siebie coraz większych grup ludzi, a tym samym zapewniania sobie głosów w wyborach. Im więcej gospodarki w rękach państwa, tym więcej wyborców, którzy swój los wiążą ściśle z losami partii rządzącej. Bo wiadomo – jeśli ona przegra, pewnie przyjdą nowi prezesi, a jak nowi prezesi, to nie wiadomo, czy uda się utrzymać pracę. To z kolei może być powiązane z przekonaniem, pewnie niestety słusznym, że wobec różnych tendencji mogących powodować pauperyzację Polaków – polityka klimatyczna UE, na którą PiS się zgodził, socjal, wymuszający odbieranie pieniędzy tym, którzy je mają – praca zapewniana przez państwo będzie mieć rosnącą wartość. 

Szukając wyjaśnienia działań władzy, warto jednak również sięgnąć do nieco już zapomnianego nagrania z restauracji „Sowa & Przyjaciele” – jedynego, na którym pojawia się Mateusz Morawiecki. Obecny premier mówił między innymi:

Mam absolutnie pozytywne zdanie o Merklowej, Sarkozym czy jak się ten nowy nazywa… Hollande i tak dalej. Że oni w takim świecie, jak dzisiaj są, gdzie przez pięćdziesiąt lat ludziom się wydawało, że zawsze będzie lepiej, emerytury będą dość wysokie, żyć będziemy coraz dłużej, służba zdrowia będzie za darmo k…a i edukacja za darmo, oni tą krzywą, która – wiesz – tak szła co do oczekiwań, oni muszą ją odkręcić, nie. […] To co robi Merkelowa… Ona działa na najważniejszych rzeczach społeczeństwa, czyli oczekiwaniach. Management of expectations. Jak ludzie ci zap…ją za miskę ryżu, jak było w czasach po drugiej wojnie światowej i w trakcie, to wtedy gospodarka cała się odbudowała. […]

My nie wiemy, ale być może zakończy się to dobrze, jeżeli my, ludzie, we the people, w Niemczech… czy… czy w Hiszpanii i tak dalej, we Francji, zrozumiemy, że musimy obniżyć nasze oczekiwania, bo jak obniżymy, to w ślad za tym wszystko pójdzie dobrze, się da zreperować. Będziemy zapier…ć i rowy k…a kopać, a drudzy będą zakopywać, będziemy zadowoleni. Będziemy wtedy my jako ludzie mniejsze firmy mieć, emerytury. Mniejsze oczekiwania. 

Pan premier dodawał także, że najlepszym sposobem na obniżanie oczekiwań zawsze była wojna, która zasadniczo zmienia perspektywę. 

Używając pierwszej osoby liczby mnogiej („będziemy zap…ć”) Mateusz Morawiecki tworzył jednak pewną parabolę, bo przecież nie miał raczej na myśli siebie samego. Natomiast obecna sytuacja, nazywana przecież przez niektórych przedstawicieli władzy wojenną, wydaje się niepokojąco wręcz zgodna z wywodem Morawieckiego sprzed ośmiu lat. Czemu ma służyć zarządzanie oczekiwaniami i ich obniżanie? To dość oczywiste: jeśli oczekiwania wyborców są niższe, łatwiej ich zadowolić i przekonać, że dostają od władzy mnóstwo, więc powinni być wdzięczni i zadowoleni. 

Wnioski proszę sobie wyciągnąć samemu.