Zakup szczepionek to nie wolny rynek
Łukasz Warzecha 07.12.2020

Proszę sobie wyobrazić, że psychoza klimatystyczna posuwa się jeszcze dalej niż obecnie. Do tego stopnia, że ileś państw postanawia: natychmiast trzeba zakazać samochodów spalinowych, ale żeby obywatele mieli czym jeździć – bo jednak tak całkiem bez indywidualnego transportu samochodowego ich nie możemy zostawić – kupimy im autka elektryczne. Oczywiście nie za własne, ale za publiczne pieniądze. Nie ma jednak jeszcze na rynku samochodu elektrycznego, który by się do takiej operacji nadawał, więc najpierw złożymy zamówienie u producentów za grube miliardy euro, a oni nam coś wyprodukują. No i potem się to wciśnie obywatelom. 

Czy tego typu operacja miałaby coś wspólnego z wolnym rynkiem? Jako żywo – niewiele. Nie piszę, że nic, bo między koncernami motoryzacyjnymi z pewnością byłaby konkurencja o to lukratywne rządowe zamówienie. Ale na tym koniec. Ani ludzie takiej zmiany by nie chcieli, w każdym razie nie w większości, ani nie wybraliby sami modelu auta, ani kupujący nie decydowałby we własnym imieniu. 

Tę krótką opowiastkę dedykuję wszystkim tym, którzy trzęsą się z niecierpliwości do szczepionki i dziwią się lub nawet oburzają, kiedy sygnalizuje się im, że mamy do czynienia z gigantycznym interesem firm farmaceutycznych. Piszą: „Przecież to wolny rynek! O co panu chodzi?!”. Otóż nie – bynajmniej nie wolny rynek. 

Zacząć trzeba jednak od wyobrażenia sobie skali pieniędzy, o których mówimy. Rząd podaje, że szczepionki mają nas wszystkich kosztować od 5 do 10 mld złotych. Ten rozrzut jest zadziwiający – nie dość, że wynosi 100 procent, to jeszcze jest to 100 procent trochę nawet większe niż spodziewane roczne zyski z dwóch nakładanych właśnie na obywateli podatków: cukrowego (3 mld) i handlowego (1,5 mld). Oczywiście formalnie są to podatki, których ludzie bezpośrednio płacić nie mają, ale przecież jasne jest, że tak się w końcu stanie. Zatem jeszcze raz: rząd podaje koszt zakupu szczepionek z jakąś niebywałą dezynwolturą, gdy idzie o traktowanie publicznych pieniędzy, a suma 10 mld to już w ogóle kosmos. Na jej podstawie można sobie jednak bardzo z grubsza odtworzyć, jakie pieniądze zarobi kilku farmaceutycznych gigantów na swoich produktach: mówimy tu o podziale puli przekraczającej z pewnością w samej tylko UE grubo 100 mld euro. Oczywiście trzeba od tego odjąć koszt produkcji (już nie dystrybucji, bo to biorą na siebie rządy), ale przecież – jak słusznie zauważają moi polemiści – firmy farmaceutyczne to nie instytucje charytatywne. Ich celem jest zarabianie. I o tej podstawowej kwestii trzeba pamiętać: koncerny chcą zarobić na tej sytuacji i mają do tego prawo. Nie one stworzyły mechanizm, w ramach którego odbywa się zakup szczepionek, aczkolwiek nie mam wątpliwości, że są z niego bardzo zadowolone. Jest dla nich znacznie łatwiejszy niż jakakolwiek forma rynkowego współzawodnictwa. 

Nie sposób tu nie zwrócić uwagi na koszt, który zawsze jest wliczony w budżety wielkich producentów leków, a tu najpewniej wliczony być nie musi: kwestię odszkodowań za niepożądane skutki. Powszechnie znana jest już wypowiedź Ruuda Dobbera z AstraZeneca z lipca, który potwierdził, że z większością rządów, z którymi jego firma podpisuje kontrakty na szczepionkę na SARS-Cov2, podpisywana jest też klauzula indemnizacyjna, czyli zwalniająca firmę z roszczeń za ewentualne niepożądane skutki. Jak jest w Polsce – nie wiemy, bo władza nam tego nie powiedziała. Wiemy natomiast, że najprawdopodobniej konieczne byłyby jakieś zmiany w Kodeksie Cywilnym lub specustawa. Jeśli ich nie będzie, możliwe, że sprawę pozostawi się po prostu obywatelom i sądom, ale trudno sobie raczej wyobrazić, że pozwy wobec farmaceutycznych gigantów mogłyby być w znaczącej liczbie skuteczne. Zarazem warto pamiętać, że Polska nie ma żadnego funduszu na rzecz osób z NOP i o jego utworzeniu władza również nie wspomina. 

Wróćmy do kwestii rzekomo wolnorynkowych mechanizmów. Wolny rynek polega na tym, że klient wybiera sobie produkt, który z różnych powodów – cena, jakość, opinia, wygląd – najbardziej mu odpowiada. Podaż i cena są regulowane popytem. Ten mechanizm w tym wypadku nie istnieje. 

Po pierwsze – realny popyt na szczepionkę jest znacznie mniejszy niż rządowe zamówienia. Jeśli przyjąć, że w Polsce zaszczepić się chce maksymalnie około 30 procent obywateli, to znaczyłoby, że byłby zbyt na jakieś może 20 milionów pojedynczych dawek – nie 45 milionów, które zakontraktował rząd. 

Po drugie – zaszczepiani nie mają wyboru. Nie mogą sami decydować, jakiej firmy szczepionką chcieliby być zaszczepieni – nie mają na to żadnego wpływu, i to niezależnie od tego, jak ostatecznie będą wyglądały informacje o działaniu poszczególnych preparatów, dostarczone przez producentów (na razie znamy tylko detale dotyczące szczepionki Pfizera). Nie działa zatem rynkowy mechanizm, za pomocą którego popyt wpływa na wyeliminowanie z rynku gorszych lub mniej wiarygodnych produktów. 

Po trzecie – rządy zakontraktowały szczepionki przed ich wyprodukowaniem i zrobiły to, płacąc publicznymi pieniędzmi. To również nie ma nic wspólnego z mechanizmami rynkowymi. 

Po czwarte – w przypadku, gdy kupujących jest nie kilkaset milionów, ale kilkudziesięciu (każdy z rządów na naszym kontynencie traktujemy jak jednego klienta) lub nawet jeden (jeżeli potraktować UE jako jednego kupującego), i gdy jest to w dodatku kupujący angażujący w zakup nie własne, ale publiczne pieniądze, łatwo wpłynąć na jego decyzję poprzez zastosowanie lobbingu. 

Czy w przypadku szczepionek w sytuacji awaryjnej da się sprawę przeprowadzić inaczej – nie orzekam. Może tak, może nie. Jasne jest też, że mechanizmy rynkowe są wypaczane poprzez państwowe ustawodawstwo niemal na każdym kroku. Sztandarowym przykładem jest nachalna promocja samochodów elektrycznych, które na wolnym rynku nie miałyby szans, pozostając rozwiązaniem niszowym. 

Ważne jednak, żeby rozważając mechanizm szczepienia ogromnej populacji, widzieć go we właściwym wymiarze: wolny rynek nie ma tu nic do gadania.