Zamiast systemu jest patchwork
Damian Kossakowski 28.07.2020

„System” w definicji słownikowej oznacza układ elementów mający określoną strukturę i stanowiący logicznie uporządkowaną całość. Wobec tego jeśli zaczynamy dyskusję o „polskim systemie podatkowym”, to już wpadamy w pierwszą pułapkę, gdyż to, co nazywamy „systemem”, jest w rzeczywistości niezbyt uporządkowanym, a już na pewno nie logicznie, patchworkiem – zbiorem doszytych do siebie rozwiązań, które funkcjonują nie ze sobą, a obok siebie.

 

Po raz pierwszy określenie to usłyszałem gdy uczyłem się prawa podatkowego i zapytałem prowadzącego o coś, co wydawało mi się nielogiczne – czemu stawka ryczałtu od przychodów dla wolnych zawodów wynosi 20%, a stawka podatku dochodowego, czyli liczonego od niższej podstawy, może wynosić 19%? W odpowiedzi usłyszałem właśnie, że w Polsce mamy taki „patchwork”. Pewna grupa odwiedza Ministerstwo Finansów i lobbuje za konkretnym rozwiązaniem. Ewentualnie może zagrozić, że zacznie w którymś miejscu w Warszawie palić opony. Wówczas Ministerstwo Finansów stara się uszyć na miarę rozwiązania, które zadowolą tę grupę, natomiast niekoniecznie mogą współgrać z dobrem systemu czy celami jakie powinny przyświecać prawu podatkowemu. Sfera polityki podatkowej PO-PiS wygląda więc tak, że nie motywuje jej żadne konkretne rozwiązanie – nie budujemy modelu ani „welfare state” ani „laissez-faire”. Ważne jest to, żeby budżet jakoś się spinał i nikt nie wychodził palić opon.

Tymczasem rodzi to wiele problemów i niedogodności w funkcjonowaniu czegoś, co powinniśmy z pełnym przekonaniem nazywać systemem. Żeby moja krytyka zbyt długo nie wydawała się bez pokrycia, należy wskazać pierwszą polską bolączkę. Myślę, że ponad podziałami partyjnymi możemy stwierdzić, że podatki w Polsce mają charakter degresywny. Osoby naprawdę dobrze zarabiające potrafią w tym labiryncie rozegrać kwestię opodatkowania tak, że wyjdą na tym lepiej niż osoby o niskich zarobkach. Zjawisko to potęgowane jest przez skandalicznie niską kwotę wolną od podatku. Nawet Lewica postuluje podniesienie kwoty wolnej, choć co ciekawe, taki sam projekt złożony przez Konfederację odrzuciła, być może na zasadzie, że na złość babci odmrożę sobie uszy. Tymczasem kwota wolna od podatku powinna wynosić co najmniej 12-krotność płacy minimalnej, abyśmy mogli nazywać się cywilizowanym państwem. Biorąc pod uwagę, że w Polsce wysoko opodatkowana VAT-em jest konsumpcja, okazuje się, że niezamożni dokładają do budżetu większy procent swoich dochodów. Zwrócenie uwagi na ten problem nie jest motywowane chęcią dorzucenia podatków „kułakom” i „wyzyskiwaczom” jak pokazuje ich lewicowa narracja, lecz potrzeba dokonania konkretnych zmian w kierunku ulżenia w opodatkowaniu tym, których zarobki i tak są niskie i przy takim obłożeniu skazani są na wieczną biedę.

Prawdziwym majstersztykiem patchworkowania są rodzaje opodatkowania działalności de facto tego samego typu – działalności gospodarczej, pracy i tzw. działalności osobistej będącej w rzeczywistości pracą, choć o mniej podporządkowanym charakterze. Każdy z nich będzie płacił inny podatek z racji samego tytułu prawnego. Można by rzec, że jest to forma dyskryminacji ze strony państwa. Powinniśmy też zdać sobie sprawę, że w najgorzej sytuacji jest pracownik – czyli działający na podstawie teoretycznie domyślnej i pożądanej formy zatrudnienia – umowy o pracę. Jego pensja na „dzień dobry” zmniejsza się o ok. 30%. Wobec kosztów zatrudnienia, różnica to nawet 40%. Kolejne meandry dotyczą działalności gospodarczej – wspomniane wyżej wygórowane stawki ryczałtowe i selekcja zawodów, które mogą z tej opcji skorzystać, relatywnie korzystna stawka liniowa, skala ogólna i jeszcze karta podatkowa jeżą włos na głowie tego, kto chciałby w Polsce wystartować ze swoim biznesem.

Odpowiedzią na powyższe kwestie powinna być gruntowna reforma od korzeni tego patchworku polegająca po pierwsze na systemowym uproszczeniu opodatkowania – jeszcze w 2016 r. cieszyłem się, że nie taki PiS straszny jak go piszą, gdyż w planach było wprowadzenie jednolitego podatku obejmującego całość publicznoprawnych obciążeń naszych dochodów. Po drugie, uproszczony system podatkowy nie powinien w tak dużym stopniu obciążać dochodów pochodzących z aktywności zawodowej. Niskie i uproszczone opodatkowanie przypominające zbiór rozwiązań ułożonych w logiczną całość powinno zachęcać do podejmowania tej aktywności i zwiększania dochodu rozporządzalnego Polaków. Tymczasem obecne rozwiązania połączone z rosnącymi transferami socjalnymi przyczyniają się raczej do duszenia innowacyjności i wypychają wiele osób (szczególnie kobiet) poza rynek pracy. Błędne koło się domyka i tracimy na tym podwójnie – i jako obywatele, i jako państwo.