Zarażeni ropą
Andrzej Krajewski 24.04.2020

Od dawna wiadomo, że choroba nazywana potocznie „holenderską” potrafi zatruć życie milionom ludzi. Jednak, jeśli ceny ropy będą tak dramatycznie niskie aż do zimy, wówczas nie przyniesie to jedynie ekonomicznej destrukcji. W krajach uzależnionych od nafty liczba ofiar może okazać się z czasem wyższa, niż zmarłych z powodu epidemii COVID-19.

 

Stanie się tak, za sprawą najmocniej uzależniającej substancji, z jaką zetknęła się ludzkość. Jeśli w jakimś państwie ropa stawała się głównym źródłem dochodów, wówczas przesądzało to o całej jego przyszłości. Mijały dekady a uzależniony kraj, nawet jeśli bardzo tego pragnął, nie potrafił znaleźć alternatywnych dróg rozwoju. Wszystko, co istotne, kręciło się w nim wokół przemysłu naftowego. Co gorsza wpadnięcie w nałóg było rzeczą niemal nieuchronną, nawet jeśli rządzący politycy zdawali się nań odporni.

Weźmy osobę pechowego Szachbuta III ibn Al Nahyana emira Abu Zabi. W roku 1960 miał za sobą już 32 lat rządów, które sprawował bardzo skromnie. Malutki emirat przynosił na tyle dochodu, by władca mógł sobie pozwolić na jeden samochód oraz założenie klimatyzacji w sypialni swego niezbyt imponującego pałacu. Wszystkie oszczędności trzymał w jedynym, brytyjskim banku, mającym filę w Abu Zabi. Polski reporter Kazimierz Dziewanowski, który w owym czasie zawitał do emiratu opisywał, że Szachbut III: „co pewien czas powiadamiał dyrektora, że nazajutrz przyjedzie, aby osobiście policzyć pieniądze i przekonać się, że nic nie zginęło”. Wówczas dyrekcja błyskawicznie posyłała samolot do innych fili, żeby dowiózł gotówkę. „Gdy szejk przyjechał, wprowadzano go do izby wypełnionej paczkami banknotów, które Szachbut własnoręcznie przeliczał” – pisał Dziewanowski. Sprawdzenie, czy z odłożonych w banku 6 mln dolarów żaden nie zginął zajmowało mu cały dzień. Posiadanie większych oszczędności mogło starszemu panu wręcz zrujnować zdrowie. I pewnego razu ten czarny sen zaczął się ziszczać, bo koncern BP znalazł pod piaskami Abu Zabi wielkie złoża ropy. W połowie lat 60. za ich eksploatację brytyjska korporacja wypłacała emirowi już 70 mln dolarów rocznie. Dla państewka, zamieszkiwanego przez 20 tys. ludzi, stanowiło to oszałamiającą kwotą. Z miesiąca na miesiąc jego mieszkańcy zaczęli cieszyć się dochodem na głowę porównywalnym z tym, jaki posiadał statystyczny obywatel USA. Ale stary szejk skąpił pieniędzy na konsumpcję, wszystko chomikując w banku. W sierpniu 1966 r. zawiedzeni krewni zorganizowali pałacowy przewrót. Władzę przejął Zajid – młodszy brat emira, który nie miał problemów w wydawaniem gotówki, nawet gdy emirat zarabiał dzięki ropie już ok. 5 mld dolarów rocznie. Wkrótce w Abu Zabi powstało międzynarodowe lotnisko, port morski, nowoczesne, pełne wieżowców, miasto. Aż nowemu emirowi zabrakło pomysłów na co wydać petrodolary. Kiedy w połowie lat 70. Kazimierz Dziewanowski ponownie zawitał do Zjednoczonych Emiratów Arabskich (Abu Zabi i sześć innych państewek stworzyło w 1971 r. federację) w jednej z anglojęzycznych gazet wypatrzył sentencję: „Nędza nie jest u nas problemem, jest nim zamożność”. Problem ten pogłębiał się z roku na rok, bo o ile na początku dekady baryła ropy kosztowało 8 dolarów pod koniec lat 70., podczas drugiego kryzysu naftowego dobiła nawet do 80 dolarów.

W takich okolicznościach trudno się obronić przed pokusą łatwego bogactwa. Oszołomiła ona wszystkie „petro-kraje”. Mało kto wówczas przejął się artykułem, opublikowanym w listopadzie 1977 r. przez tygodnik „The Economist”. Opisywano w nim zaskakującą przypadłość, jaka dotknęła bogatą, wysoko rozwiniętą gospodarczo Holandię za sprawą rozpoczęcia na początku lat 70. eksploatacji olbrzymich złóż gazu ziemnego w okolicach Slochteren. W krótkim czasie małe państwo z importera błękitnego paliwa, zmieniło się w jednego z największych jego eksporterów. Dzięki czemu do budżetu wpływało dodatkowo kilkadziesiąt miliardów dolarów rocznie. Na pierwszy rzut oka trudno marzyć o większym szczęściu. Tymczasem nadwyżka budżetowa zaowocowały stałym wzrostem kursu guldena. Ten trend nasilił się, kiedy podczas pierwszego kryzysu naftowego w 1974 r. Europie zagroziło wstrzymanie dostaw ropy przez kraje arabskie. Holenderski gaz zaczął być postrzegany wówczas, jako ostatnia deska ratunku dla energetyki Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Wszyscy kupowali go na potęgę. Budżet Holandii odnotował kolejny wzrost dochodów, a kurs rodzimej waluty szybował w górę. W efekcie towary eksportowe, produkowane przez holenderski przemysł, za sprawą mocnego guldena stawały się coraz droższe, przegrywając konkurencję na światowych rynkach. Na skraju bankructwa znalazły się fabryki włókiennicze, odzieżowe, przemysł samochodowy. Kraj się bogaciła, a jednocześnie upadały całe działy gospodarki. Rząd stawił temu czoło, zwiększając wydatki socjalne oraz dotując produkcję przemysłową. W 1976 r. przyszło ożywienie i nastąpił wzrost PKB aż o 4,2 proc., po czym kurs guldena znów wystrzelił w górę, pogrążając kraj tulipanów w długiej recesji. Dopiero wówczas elity polityczne uświadomiły sobie, iż za wszelką cenę muszą zerwać z uzależnieniem od eksportu surowca, inaczej cała ekonomia państwa trwale uzależni się od jednego złoża gazu ziemnego. Zerwanie z nałogiem wymagało aż dziesięciu lat bolesnych reform ekonomicznych, zakończonych sukcesem w połowie lat 80. Minęło czterdzieści lat i od niedawna Holandia przygotowuje się powoli do zakończenia eksploatacji złoża Slochteren, co nie generuje żadnych wstrząsów ekonomicznych.

Kraj tulipanów miał to szczęście, że nim dotknęła go „holenderska choroba” był już państwem wysoko rozwinięty, zaś jego elity posiadały wielowiekowe doświadczenie w wykorzystywaniu innych źródeł bogactwa. Poza tym gaz ziemny nie jest nawet w połowie tak dochodowym surowcem co nafta. Acz mechanizm uzależniania pozostaje identyczny w obu przypadkach.

Patrząc wiosną 2020 r. na listę największych producentów ropy jedynie Stany Zjednoczone i Kanada, z racji siły narodowych gospodarek, ustrzegły się „holenderskiej choroby”. Natomiast kolejno licząc: Rosja, Arabia Saudyjska, Iran, Irak, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Nigeria i Wenezuela są je wzorcowymi przykładami. Zwłaszcza ta ostatnia mogłaby uchodzić za przykład kliniczny. „Od 1920 r. gospodarkę Wenezueli można podsumować jednym słowem: ropa” – stwierdził, po zakończeniu w 1990 r. sprawowania urzędu ministra handlu i przemysłu Wenezueli Moises Naim. Za sprawą posiadania ok. 18 proc. światowych zasobów nafty, co gwarantowało łatwy pieniądz, inwestowanie w produkcję przemysłową, rolnictwo, ani nawet w usługi, specjalnie się w Wenezueli nie opłacało. Gdy nafta były droga państwo rozkwitało, zgodnie z prawidłowością opisaną w książce „The Quest. W poszukiwaniu energii” przez Daniela Yergina. „Kiedy ceny ropy rosną, rządy zwiększają swoje wydatki tak szybko, jak to możliwe – udzielanych jest więcej subwencji, uruchamiane są jeszcze liczniejsze programy, dyskutowane są coraz to nowe, duże projekty. Rząd czuje się zmuszony do takiego postępowania w obliczu rosnących oczekiwań ze strony społeczeństwa”. Niestety zgodnie z odwieczną zasadą – co się wznosi, kiedyś musi zacząć spadać. Tak też dzieje się z cenami wszystkich surowców w wieloletnich cyklach. Po okresie wzrostów, przychodzą lata depresji.

Niedługo po tym, jak Hugo Chavez został prezydentem Wenezueli cena ropy zaczęła sukcesywnie piąć się w górę. Przekraczając w końcu barierę 100 dolarów za baryłkę. W krótkim czasie dochody rządu Wenezueli wzrosły dziesięciokrotnie. Mało który polityk by nie oszalał ze szczęścia. Ale darmowa opieka zdrowotna i szkolnictwo, niemal darmowa benzyna, tania żywność, wymagały coraz większych wydatków. „Budżet PDVSA (państwowego koncernu naftowego – przyp. aut.) stał się kasą państwa, a finansowy nadzór nad firmą zaczął sprawować rząd, co dało władzom bezpośrednią kontrolę nad ogromnymi przychodami firmy” – opisuje Yergin. W ciągu dekady jedynie na programy pomocowe i subsydia ekipa Chaveza wydała, w 30 milionowym kraju, aż 400 mld dolarów. Czyli więcej niż sześć całorocznych budżetów Polski. A starczyło środków jeszcze na ratowanie przed bankructwem reżymu braci Castro na Kubie. Szczęściarz Chavez umarł w najlepszym dla siebie momencie, bo 5 marca 2013 r. W tym czasie cena ropy, po osiągnięciu 113 dolarów za baryłkę, zaczęła z wolna spadać. Nowotwór oszczędził mu konieczności bycia świadkiem katastrofy, jaką sukcesywnie przygotowywał. Wskazany przez Chaveza na jego następcę Nicolas Maduro nie uczynił nic, by wyrwać kraj z naftowego nałogu. Tymczasem miał pecha, bo już na początku jego rządów cena ropy spadła nagle do nawet 26 dolarów za baryłkę. Potem się podniosła w odwrotności do gospodarki Wenezueli, przytłoczonej rządową rozrzutnością. Jeden mocny cios wystarczył, by zniknęły ze sklepów importowane towary, bo zabrakło dewiz na ich sprowadzanie. Zniknął nawet papier toaletowy, ponieważ w Wenezueli nikomu nie opłacało się go produkować. Stopniowo odczuwalne stały się nawet niedobory żywności, której nie zapewniało w wystarczającej ilości rachityczne rolnictwo. Na to nałożyła się hiperinflacja, przekraczająca 2000 proc. w skali roku. Upadek gospodarki pociągnął za sobą gigantyczny wzrost przestępczości. Roczna liczba morderstw w Wenezueli to ok. 30 tys. (w Polsce ok. 500). Gdy opozycja zaczęła podnosić głowy i zbuntowali się mieszkańcy większych miast, Maduro brutalnie tłumił opór, co pociągnęło za sobą śmierć ok. tysiąca ludzi podczas walka ulicznych. Wprawdzie opozycja przejęła parlament i nawet wybrała sobie własnego prezydenta w osobie Juana Guaido, lecz nie ma on żadnego wpływu na bieg zdarzeń. Podobnie jak bezskuteczne są sankcje nałożone na Wenezuelę przez USA.

Nędza i represje przyniosły ogromną falę emigracji. Wedle danych Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji ok. 4 mln Wenezuelczyków uciekło za granicę. Zostawili kraj, w którym poza policją i wojskiem już nic nie działa, za to wisi nad głowami coraz realniejsza groźba klęski głodu, bo epidemie przeróżnych chorób (nie tylko COVID-19) już tam są. Ze wszystkich nieszczęść jedynie wybuch wojny domowej wydaje się mało prawdopodobny, ponieważ społeczeństwo jest już tak wynędzniałe i zaszczute, iż straciło siły by walczyć z dyktatorem.

Jeszcze cztery miesiące temu między sytuacją Wenezueli, a reszty krajów cierpiących na „holenderską chorobę”, ziała przepaść. Dziś z powodu pandemii dzieli je tylko jedna, mocna bariera. Jest nią przyszłościowy wynalazek emira Kuwejtu Abdullah III. W 1953 r. postanowił on założyć w Londynie specjalny fundusz, na którym gromadzono część dochodów, jakie przynosiła mu ropa. Tak powstał pierwszy państwowy fundusz majątkowy, inwestujący środki finansowe z myślą o gorszych czasach. Na pomyśle Abdullaha III w latach 70. zaczęło wzorować się coraz więcej państw. Odprowadzenie części zysków do funduszy pozwalało uchronić kraje przed szaleństw nadmiernej konsumpcji, ograniczyć import, zapobiec nagłemu wzrostowi kursu rodzimej waluty. A przy okazji dawało pewność, że przy nagłym spadku ceny ropy budżet państwa nie zacznie świecić pustkami. Dzięki zgromadzeniu w zasobach Funduszu Stabilizacyjnego ponad 200 mld dolarów, Rosja przetrwał załamanie światowej gospodarki w 2008 r. Choć rosyjskie PKB spadło wówczas aż o 7,9 proc. Na szczęście dla Kremla surowce nie potaniały na zbyt długi czas. Z tej nauczki usiłowano wyciągać wnioski. Pełniący z nadania Władimira Putina urząd prezydenta Dmitrij Miedwiediew zapowiedział modernizację rosyjskiej ekonomii, obiecując rozwój sektora nowoczesnych technologii. Podobne zwrot w polityce ekonomicznej próbowała poczynić od 2016 r. Arabia Saudyjska. Pod kierunkiem następcy tronu księcia Mohammeda bin Salmana, został przygotowany program transformacji gospodarczej „Vision 2030”. Jego celem było definitywne uniezależnienie się królestwa od największego z jego bogactw. Dla sfinansowania programu utworzono fundusz inwestycyjny PIF (Public Investment Fund). Docelowo miał on dysponować kapitałem w wysokości ok. 1,8 bilionów dolarów. Gro wypływów zaplanowano pozyskać z odsprzedania akcji Saudi Aramco. Ostatecznie sprzedano na giełdzie akcje na kwotę marnych 26 mld dolarów, zaś inwestycyjne plany, podobnie jak w Rosji, okazały się zamkami budowanymi na piasku.

Ostatecznie w pandemię „petro-kraje” weszły uzbrojone jedynie w swe fundusze rezerwowe. Jednak nawet te najbardziej zasobne nie tworzono z myślą o sytuacji, gdy na całym świecie magazyny oraz wynajęte tankowce wypełnią się ropą po same brzegi. A to przepełnienie będzie tak wielkie, że odbiorcy surowca zaczną dopłacać potencjalnym chętnym, by go sobie wziąć nawet po 35 dolarów za baryłkę. Co gorsza, nawet kiedy koronawirus zniknie, światowa gospodarka jeszcze długo może nie potrzebować tak wiele ropy, jak przed pandemią. Tymczasem z każdym dniem fundusze rezerwowe topnieją. Jeśli nadejdzie moment, gdy znikną, to weźmy Wenezuelę i pomnóżmy ją przez liczbę innych ofiar „holenderskiej choroby”. Tak właśnie zapowiada się wiosna Anno Domini 2021.