Zderzenie dwóch wolności
Łukasz Warzecha 24.07.2019

Wbrew pozorom nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, czy powinniśmy się zgodzić na działania takie, jakie podjął Empik i zapowiedziało BP wobec wydania „Gazety Polskiej” ze słynną naklejką „Strefa wolna od LGBT”. Już dawno temu wskazywałem w innym swoim tekście na blogu WEI, że nie jest łatwa sprawa łódzkiego drukarza i nie wystarczy stwierdzić, że każdy powinien mieć w każdej sytuacji prawo do odmowy wykonania usługi niezgodnej z jego poglądami.

 

Tym razem pojawiły się jednak proste analogie ze sprawą drukarza: skoro drukarz mógł odmówić, to i Empik może odmówić. Te sytuacje są jednak tożsame tylko pozornie. Różnica między nimi nie leży jednak w tym – jak twierdzą niektórzy – że drukarz odmówił wydrukowania bannera wzywającego do „kochania się”, a Empik odmawia kolportażu gazety z „nienawistną” naklejką. To mydlenie oczu. Tak argumentujący muszą zrozumieć i pogodzić się z faktem, że niezależnie od konkretnych użytych słów ofensywa środowisk LGBT, w tym wypadku objawiająca się w postaci bannera, jest odbierana jako agresja na tradycyjny ład i uderza w poglądy wielu ludzi. Nie ma znaczenia, że na bannerze, plakacie czy koszulce jest napisane „miłość nie wyklucza”. To również część ideologicznej ofensywy środowisk homoseksualnych.

Z kolei naklejka „GP”, jakkolwiek byśmy jej nie krytykowali, jest faktycznie wyrazem wolności słowa. Przypominam, że wolność słowa polega również na tym, że innym wolno mówić i publikować rzeczy, które nam się kompletnie nie podobają i z którymi się kompletnie nie zgadzamy.

W czym zatem leży różnica? Otóż w tym właśnie, że tutaj, inaczej niż w przypadku drukarza, mamy do czynienia ze zderzeniem dwóch wolności: wolności do ustalania przez przedsiębiorcę własnych reguł i decydowania, z kim chce współpracować, z wolnością słowa. W przypadku drukarza takie zderzenie nie miało miejsca. Po pierwsze dlatego, że rynek poligrafii jest niemalże doskonale konkurencyjny i odmowa wykonania usługi w jednym miejscu (a nawet w dziesięciu miejscach) nie jest najmniejszym problemem. Po drugie – dlatego, że wydrukowanie banneru nie jest zagadnieniem z dziedziny wolności słowa, podczas gdy dystrybucja gazety – owszem. Problemem byłoby, gdyby w jakiś sposób utrudniano umieszczenie banneru czy plakatu lub zorganizowanie spotkania, o którym miał informować. Ale to nie miało miejsca.

Empik jest jedną z kilku sieci, prowadzących sprzedaż gazet. Sytuacja wydawców prasy jest zaś na tyle słaba, że odmowa sprzedaży w tym miejscu, a być może i w kolejnych, może być dla wydawcy problemem.

Dylemat nie jest tu wcale wydumany. Z jednej strony słuszne wydaje się przyznanie dystrybutorowi prawa do dystrybuowania tych gazet, które mu odpowiadają. Z drugiej – nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której swego rodzaju zmowa ideologiczna dystrybutorów ogranicza wolność słowa i uderza w wydawców.

Żeby pokazać, że problem nie działa tylko w jedną stronę, wyobraźmy sobie, że pod obecnymi rządami upadającą firmę X, dużego dystrybutora gazet, przejęły spółki skarbu państwa i wdrażają tam swoją politykę. Podobnie zachowują się inne spółki z udziałem skarbu państwa, zajmujące się dystrybucją prasy – np. koncerny paliwowe na swoich stacjach. Druga duża prywatna spółka, Y, zostaje w jakiś sposób uzależniona od decyzji państwa (np. w kwestii fuzji), więc skłonna jest zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami władzy. Owszem, pozostają sieci niezależne, ale nie są w stanie równać się z opisanymi wyżej. Wyobraźmy sobie następnie, że, powiedzmy, „Gazeta Wyborcza” rusza z cyklem edukacji seksualnej dla młodzieży. Jest tam wszystko, co zgodne z ideologicznym nastawieniem redakcji z Czerskiej, z agresywną propagandą LGBT włącznie. Podporządkowane w ten czy inny sposób państwu spółki oznajmiają, że ich zdaniem cykl narusza standardy etyczne i moralne i w związku z tym odmawiają dystrybucji „GW”. Wydawca „GW” staje nagle przed problemem ograniczenia dystrybucji papierowego wydania o, powiedzmy, 70 procent, co potężnie uderza w niego finansowo. Ci, którzy dziś przyklaskują decyzji Empiku, powinni wykonać takie właśnie ćwiczenie myślowe i zastanowić się nad problemami, jakie z takiego postępowania wynikają. Chyba że nie są w stanie wyjść poza myślenie na zasadzie kalizmu.

Szatańskość takiej sytuacji polega na tym, że – formalnie rzecz biorąc – nie mamy tu przecież do czynienia z cenzurą. Zawsze znajdą się ci, którzy powiedzą: o co chodzi, przecież wciąż można sobie „Wyborczą” kupić w dwóch sieciach stacji benzynowych albo w internecie. To jednak zwykłe mydlenie oczu. W rzeczywistości taka sytuacja byłaby rodzajem cenzury. Szczęśliwie nie jesteśmy jeszcze w tym punkcie, a przypuszczam, że numer „GP” z naklejkami sprzeda się rekordowo dobrze. Co jednak nie zmienia faktu, że jeśli bezkrytycznie uznaje się decyzję Empiku za dopuszczalną, trzeba by pogodzić się z opisanymi wyżej, hipotetycznymi konsekwencjami.

To wszystko jednak nie rozwiązuje dylematu, na który – przyznaję – nie mam dobrej odpowiedzi. Z drugiej bowiem strony trudno mi sobie wyobrazić, żeby zmuszać prywatną firmę, odwołującą się do konserwatywnych wartości, do dystrybucji „GW” zawierającej taką serię tekstów. Tak jak nie widzę sposobu, żeby zmusić Empik do dystrybucji gazety z zawartością sprzeczną z wartościami, do których Empik się odwołuje.

Jest tu natomiast jeszcze jedna wątpliwość. Wydawca nie zawiera przecież z firmami dystrybuującymi prasę umowy na sprzedaż każdego z numerów oddzielnie. Odstępując od sprzedaży jednego z wydań „GP”, Empik prawdopodobnie łamie umowę z wydawcą. Tej umowy oczywiście nie znamy, więc nie jest wykluczone, że jest w niej zawarta klauzula, która w wyjątkowych sytuacjach pozwala firmie na odmowę dystrybucji danego wydania. W takiej sytuacji czeka nas zapewne spór sądowy, dotyczący tego, czy Empik miał prawo się do tego paragrafu umowy odwołać w tej konkretnej sytuacji. Możliwe jednak, że takiego zapisu w umowie nie ma, a Empik postanowi oprzeć się na ogólnych normach kodeksu cywilnego. W takiej sytuacji, jeżeli wydawca zdecyduje się pozwać firmę (nie mamy na razie informacji, czy ma taki zamiar) będziemy świadkami bardzo ciekawego sporu prawnego, w którym – miejmy nadzieję – sąd uwzględni obie racje: kwestię prawa dystrybutora do decyzji o tym, jakie gazety chce sprzedawać (biorąc pod uwagę podpisaną wcześniej umowę) oraz kwestię wolności słowa.

Całkiem szczerze przyznaję natomiast, że nie wiem, jakiego wyroku bym oczekiwał. Wbrew pozorom, mamy tu do czynienia z jednym z najtrudniejszych do rozstrzygnięcia dylematów.