Zełenski prezydentem – Gazprom wraca na Ukrainę
Marek Budzisz 19.04.2019

W niedzielę na Ukrainie druga tura wyborów prezydenckich, którą wygra wedle wszystkich prognoz Wołodymir Zełenski. Sztab urzędującego prezydenta pokłada jeszcze nadzieję w dzisiejszej debacie na stadionie olimpijskim między obydwoma kandydatami, która może na wzór słynnego pojedynku Nixon – Kennedy, odwrócić losy wyborów. Od razu trzeba stwierdzić – nie odwróci. Z jednego, ale za to fundamentalnego powodu, który każdy kto oglądał wczorajszy długi wywiad kandydata Zełenskiego dla RBK-Ukraina, dostrzeże. Otóż lider przedwyborczych sondaży mówi potoczyście, ładnie i w sposób budzący zaufanie. Nie tylko dlatego, że jest dobrym aktorem obecnym na scenie już od czasów szkoły podstawowej, ale również z tego względu, że wierzy w to co mówi. Jest w związku z tym szczery, autentyczny i przekonujący. A przy tym jest człowiekiem wypoczętym, czego nie można powiedzieć o Poroszence, który showmanem z pewnością nie jest, na wypoczętego nigdy nie wyglądał a teraz po trudach kampanii jest jeszcze gorzej. I w telewizji, w której 75% treści przenika za pośrednictwem obrazu to raczej on będzie Nixonem a nie jego rywal. Nadzieje, że Zełenski popełni jakiś fundamentalny błąd, jak sądzę, okażą się płonne. Ale zobaczymy, bo najprawdopodobniej Poroszenko będzie chciał zaskoczyć swego rywala. Może „wyciągnie kwity” potwierdzające fakt, bo już wczoraj w ukraińskich mediach pojawiły się takie informacje, że kampania Zełenskiego finansowana była przez Rosję? Zobaczymy.

 

Wracając do wywiadu lidera ukraińskich sondaży wyborczych, to oglądając go miałem wrażenie obcowania z kimś albo niesłychanie naiwnym, albo z bardzo dobrym aktorem. Generalnie Zełenski zaprezentował następującą filozofię swej ewentualnej prezydentury – władza nie powinna posługiwać się normami prawa chcąc osiągnąć jakiś efekt, ale najpierw powinna rozmawiać z ludźmi, konsultować z nimi swe plany i zamiary oraz uwzględniać ich stanowisko. Wręcz należy zbudować elektroniczne platformy, przy pomocy których ludzie będą mogli w każdej istotnej sprawie się wypowiedzieć. A zatem raczej nie należy uchwalać ustawy o statusie języka ukraińskiego ograniczającego publiczną obecność rosyjskiego, ale tak wspierać ukrainizację, że problem sam się rozwiąże. Podobnie z kanałami telewizyjnymi – nie zakazywać, ale zapraszać inwestorów zachodnich, wzmacniać stacje ukraińskie, po to aby wygrały rywalizację z nadającymi propagandową sieczkę kanałami rosyjskimi. Podobnie z rosyjskimi platformami internetowymi czy sieciami społecznościowymi. Nie zakazywać, ale tworzyć własne. I w podobnym duchu chciałby odzyskać Donbas, kiedy Ukraina będzie kwitnącym państwem, a jej gospodarka będzie wzbudzać zazdrość na Wschodzie, to wówczas ludzie z Doniecka i Ługańska sami będą chcieli powrotu do macierzy.

Wywiad pozwala też zrozumieć powody sukcesu Zełenskiego. Powtarzane przezeń wielokrotnie wezwania o konieczności szacunku władzy wobec obywateli, wysłuchiwania ich racji, potrzebie rozmowy z nimi nie mogły nie trafić do wyborców w kraju w którym miała miejsce rewolucja godności.

Tylko, że te wszystkie piękne słowa i deklaracje są najdelikatniej sprawę ujmując, dość odległe od realiów. Nie tylko wewnętrznych, ale również rachunku sił między Rosją a Ukrainą. Rosja ma dziś 15 razy większy PKB i nieporównanie więcej możliwości oddziaływania na sytuacje w Kijowie. Już zresztą to robi. Przy czym warto zwrócić uwagę, że zaczyna używać broni ekonomicznej. Czym pewnie po raz kolejny zaskoczy Zachód. Na trzy dni przed wyborami premier Miedwiediew ogłosił, że Moskwa rozszerza antyukraińskie sankcje. Tym razem wprowadzając embargo na eksport rosyjskiej ropy naftowej oraz węgla. Jak to może uderzyć w system energetyczny naszego wschodniego sąsiada nietrudno przewidzieć. A na stole leży propozycja sformułowana przez Wiktora Medwedczuka, ukraińskiego polityka i przedsiębiorcę, przyjaciela Putina, który przed pierwszą turą wyborów pojechał do Moskwy, gdzie spotkał się z premierem Miedwiediewem oraz szefem Gazpromu Millerem. I wówczas publicznie, bo spotkanie transmitowała jedna z rosyjskich stacji telewizyjnych, padła propozycja przedłużenia ukraińsko – rosyjskiej umowy przewidującej tranzyt gazu, co może dać w efekcie obniżenie ceny gazy na Ukrainie o 30 %, bo Gazprom gotów jest dać duże zniżki. Interes Rosjan jest oczywisty. Już dziś wiadomo, w związku z obstrukcją Danii, że Nord Stream 2 nie powstanie do końca tego roku, a wówczas kończy się obowiązująca rosyjsko – ukraińska umowa tranzytowa. Na stole leżą ponadto miliardowe odszkodowania, jakie Ukraina wyprocesowała od rosyjskiego giganta gazowego i ma zamiar uzyskać następne. Jeżeli umowa tranzytowa nie zostanie przedłużona, to Rosjanie przed nowym sezonem grzewczym w Europie, mogą mieć spore problemy ze stabilnością dostaw, a to oznacza utratę części rynku.

Jak to wszystko ma się do ukraińskich wyborów prezydenckich? Bardzo prosto. Wczoraj Zełenski ujawnił w studio telewizji 1+1 należącej do przebywającego na emigracji oligarchy Kołomojskiego, sztab swoich doradców, którzy jak oświadczył, w razie sukcesu będą pracować w administracji prezydenckiej. I jak się okazało, jego głównym doradcą ekonomicznym jest Oleg Dubina, który w latach 2007 – 2010 był prezesem zarządu Naftohazu, głównej firmy gazowej Ukrainy. I to on właśnie, jak dziś twierdzi, na rozkaz ówczesnej premier Tymoszenko, podpisał wówczas słynny a bardzo dla Kijowa niekorzystny kontrakt z Gazpromem. Tak kontrowersyjny, że jego przeciwnikiem był nawet Janukowycz, a Waszyngton uznał Julię Tymoszenko za polityka skłonnego do podejrzanych układów z Moskwą. I swego zdania do dziś nie zmienił.