Zobaczyć kod Matrixa
Łukasz Warzecha 13.04.2020

Jak wytłumaczyć porażającą obojętność ogromnej części Polaków – w tym tych, którzy kształtują opinię publiczną – na gospodarcze tsunami, które nieuchronnie nadchodzi? Jak wytłumaczyć sobie, że ogromna ich część powtarza mantrę o tym, że państwo ma pozostawać w zamrożeniu nie wiadomo, jak długo („jak długo będzie trzeba”), nie pojmując, że każdy kolejny tydzień takiego stanu to znikające z polskiego PKB miliardy? Pomijając oczywiście tych, którzy nadają z partyjnego obowiązku czy służalczości.

 

Można policzyć, ile te straty wynoszą. Minister finansów szacuje, że każdy miesiąc zamknięcia państwa to spadek wzrostu PKB o 2 proc. Dwa miesiące wystarczą zatem, żebyśmy od skromnego wzrostu przeszli wprost w recesję, czyli kurczenie się gospodarki. Po raz pierwszy od 1989 roku. Proszę sobie to uświadomić: 31 lat mają dzisiaj ludzie, którzy nie znają życia w warunkach innych niż nieustający wzrost.

Przyjmijmy dla uproszczenia przybliżenie, że wartość rocznego PKB Polski to 2 biliony złotych. Oznacza to, że każdy dzień daje średnio niemal 5,5 mld złotych. Oczywiście gospodarka nie stoi całkowicie, ale wyobraźmy sobie (to umiarkowane założenie), że jeden dzień hibernacji to 3 miliardy złotych strat! W już zapewne nieaktualnym budżecie na 2020 rok planowano 109 miliardów zł na służbę zdrowia. Jeżeli założymy dzienną stratę na poziomie 3 mld, wystarczy 36 dni przestoju państwa, żeby pożreć cały roczny budżet służby zdrowia. Do zera. Jesteśmy już prawie w tym punkcie.

To oczywiście wszystko zgrubne szacunki i przybliżenia, ale powinny zobrazować, z czym mamy do czynienia. To właśnie próbuję od ponad miesiąca tłumaczyć tym, którzy powtarzają: „życie jest ważniejsze od pieniędzy”. Jeśli nie będzie pieniędzy, nie będzie i życia. Nie będzie ludzi za co leczyć i ratować. Dlaczego tak wielka liczba ludzi nie rozumie tej prostej zależności?

Pamiętają Państwo „Matrixa” braci (dziś już sióstr) Wachowski? Jeden z najlepszych filmów wszech czasów moim zdaniem. W jednej z końcowych scen Neo, będąc w Matrixie, przestaje już widzieć kreowaną przez komputer fałszywą rzeczywistość, a zamiast tego dostrzega jej wewnętrzną strukturę: kod. Tak trochę jest z posiadaniem tego, co nazywam wyobraźnią ekonomiczną. Żeby rozumieć, co się dzieje, trzeba widzieć dookoła siebie kod. Tę zdolność nabywają z natury rzeczy ludzie przedsiębiorczy, prowadzący własne firmy albo zarządzający dużymi strukturami – choć ich wyobraźnia ekonomiczna bywa dość ograniczona, gdy idzie o jej spektrum i nie zawsze obejmuje całość mechanizmu gospodarczego. Znam jednak ludzi, którzy wprawdzie biznesów nie prowadzą, ale niejako z obowiązku i z zawodu powinni ów kod widzieć – a tymczasem kompletnie go nie dostrzegają.

Żeby było jasne: nie uważam się za Neo polskiej publicystyki ekonomicznej. Miałem jednak dopiero co moment swego rodzaju olśnienia. W święta jechałem do Łodzi (zgodnie z prawem – rozporządzenie RM z dnia 10 kwietnia, par. 5., punkt 2.) i zatrzymałem się na stacji benzynowej przy A2. Stacja była oczywiście pusta, podobnie zresztą jak autostrada. Wyglądało to jak kadry z „Mad Maxa”. Wszedłem do środka. Kącik restauracyjny był wygrodzony i zamknięty – wiadomo, że stacjonarna gastronomia nie może działać. Natychmiast dotarło do mnie, co to oznacza nie tylko dla tej konkretnej stacji, ale dla całego sektora. To niby oczywiste zależności, ale wielu ich nie dostrzega. Musiał to tłumaczyć Frédéric Bastiat w swojej słynnej opowieści o zbitej szybie – najwyraźniej niezrozumienie tych mechanizmów jest na przestrzeni dziejów sprawą stałą.

Ten zamknięty kącik restauracyjny oznacza, że odbiorcę stracili producenci mięsa, pieczywa i innych składników potraw. Tym samym ucierpieli rolnicy, uprawiający zboża, warzywa, hodujący bydło. Tym samym zlecenia straciła firma transportowa, która tę stację zaopatrywała. Stracili je producenci jednorazowych talerzy i sztućców. Zleceń nie ma firma, która konserwuje sprzęt kuchenny czy wyciskarki do soków. Oberwała firma sprzątająca. Jeden zamknięty kącik gastronomiczny na jednej stacji to przynajmniej kilkanaście osób bez pracy lub z obniżonymi wynagrodzeniami i kilka firm o znacząco zmniejszonych przychodach. A to oznacza, że firmy oraz pracownicy zapłacą mniejsze podatki i mniej wydadzą; skoro zaś mniej wydadzą, to do budżetu trafi mniej z podatku VAT. Część z nich straci pracę, więc zamiast do budżetu dokładać, zaczną z niego pobierać świadczenia. A teraz tę jedną stację proszę sobie pomnożyć przez dziesiątki tysięcy różnego rodzaju punktów gastronomicznych w Polsce. A to tylko jedna branża zamknięta przez rząd.

Jeśli zamiast bezmyślnego powtarzania frazesów typu „przetrwamy”, „trzymajmy się razem”, „będzie dobrze” (od których robi mi się już niedobrze) widzimy wokół siebie ekonomiczny kod – tak jak Neo widział kod Matrixa – mamy pełną świadomość skali katastrofy. Ona jest tuż za rogiem, choć na razie wiele osób jeszcze jej nie odczuwa. Zaczną, gdy rząd z konieczności zacznie znosić restrykcje, więc będzie można wrócić do w miarę normalnej aktywności, łączącej się też z większymi wydatkami (dziś wyraźnie ograniczonymi, bo poza internetem i sklepami spożywczymi nie bardzo jest gdzie pieniądze wydawać) – a zbiegnie się to w czasie z ich osobistym krachem finansowym. Niektórzy zaczną rozumieć, co się dzieje, dopiero, gdy sami oberwą potężnie po głowie.

Potem nastąpi dalsza faza – nie wiadomo, jak ona będzie dokładnie wyglądać. Na pewno jej elementem będą pustki w budżecie państwa i drastyczne cięcia wydatków. W desperacji władza może sięgnąć choćby po nasze oszczędności, gromadzone od lat na kontach. A przecież ludzie nie będą mieć teraz skłonności do wydawania – wręcz przeciwnie.

Dla wielu dopiero to będzie impulsem wyrywającym ich z Matrixa, w którym teraz tkwią, klepiąc na okrągło, że „życie jest ważniejsze niż kasa”. Dopiero wtedy pojmą, że to całkowicie fałszywa alternatywa. Ale wtedy i tak już nic z tego nie wyniknie.