Zrównoważony budżet
Łukasz Warzecha 28.08.2019

Na dźwięk sformułowania „zrównoważony budżet” zareagowałem, pisząc na Twitterze, że wprawdzie uwierzę, jak zobaczę, ale że to zasadniczo dobra wiadomość. Była to jednak reakcja nieco automatyczna, wynikająca z tęsknoty za racjonalnym gospodarowaniem pieniędzmi przez państwo. Być może trochę zbyt entuzjastyczna. Może nawet mocno zbyt entuzjastyczna.

 

Poza tymi, którym z zasady nie podoba się nic, co ogłasza rząd PiS (pojawiły się już memy z Mają Ostaszewską w słynnej pozie z kartką i napisem na niej „#Muremzadeficytem”) i którzy krytykują wszystko jak psy Pawłowa, reakcje są też niejednoznaczne. Nawet w obrębie naszego WEI-owsko-ZPP-owskiego środowiska: Cezary Kaźmierczak chwali, Robert Gwiazdowski raczej kpi. Jak to z tym jest?

Zacząć trzeba od dwóch kwestii.

Kwestia pierwsza: zrównoważony budżet, czyli taki, w którym nie wydaje się więcej niż wpływa do budżetu (a więc nie powiększa się też, przynajmniej w założeniu, zadłużenia, choć są na to triki), jest co do zasady dobrą rzeczą. Co do zasady, bo diabeł tkwi w szczegółach, o czym dalej.

Kwestia druga: ten rząd jest w stanie podporządkować chwilowemu zapotrzebowaniu piarowemu nie tylko przekazywane przez siebie informacje (co jest standardem ponadpartyjnym), ale – co stanowi cechę charakterystyczną tej władzy – także swoje działania. W tym wypadku konferencja premiera i ministra finansów przynoszą PiS podwójną korzyść. Po pierwsze – przyćmiewają nieco sprawę zorganizowanych akcji internetowych koordynowanych z Ministerstwa Sprawiedliwości. Po drugie – wytrącają opozycji z ręki argument o nadmiernym drenowaniu budżetu, przynajmniej na poziomie prostego przekazu, docierającego do opinii publicznej (której wiedza ekonomiczna jest, mówiąc szczerze, chyba jeszcze niższa niż świadomość prawna). Trzeba zatem analizować tę sytuację, biorąc pod uwagę, że być może budżet nie byłby zaplanowany jako zrównoważony, gdyby nie było wizerunkowego zapotrzebowania na taki właśnie bilans.

Zrównoważenie budżetu można osiągnąć przez dwa działania: ograniczanie wydatków lub powiększanie wpływów. Można też oba te działania prowadzić równocześnie. Każde z nich może mieć w dodatku inną naturę. Ograniczanie wydatków może oznaczać cięcia tam, gdzie państwo akurat swojej aktywności ograniczać nie powinno (np. na kluczowe działy administracji, zajmujące się najważniejszymi dla obywateli sprawami), ale może też oznaczać ograniczenia racjonalne: pozbywanie się zbędnych urzędów i urzędników czy cięcia tych programów socjalnych, które promują bezradność lub prowadzą do patologii. Z kolei zwiększanie wpływów może następować poprzez np. obniżkę podatków i ich uproszczenie (wiele było przykładów zwiększających się wówczas wpływów – choćby Rumunia) lub poprzez zwiększenie ściągalności za sprawą wyeliminowania patologii i walki z przestępczością podatkową. Ale może też być osiągane poprzez podwyższanie danin lub kreowanie nowych albo poprzez walkę nie z przestępcami, ale dociskanie i dręczenie przez fiskusa obywateli, którzy korzystając z możliwości, jakie stwarza im obowiązujące prawo (nie istnieje bowiem coś takiego jak „omijanie prawa” – o czym pisałem na blogu WEI), próbują zmniejszyć obciążenia nakładane na nich przez państwo.

Jakkolwiek zatem zrównoważenie budżetu jest co do zasady chwalebne, przed pochwaleniem należałoby sprawdzić, na jakiej zasadzie się ono dokonuje. Najlepiej, jeśli z jednej strony tnie się wydatki (chyba że są one już ścięte do racjonalnego poziomu, ale to nie jest zdecydowanie polski przypadek – wręcz przeciwnie), a z drugiej, po stronie wpływów – działa się jedynie pierwszym rodzajem z opisanych przez mnie metod. Najlepiej oczywiście z punktu widzenia wolnościowca i liberała (bynajmniej nie mitycznego „korwinisty” czy nawet libertarianina), który uważa, że to człowiek sam najlepiej rozporządza własnymi pieniędzmi, a do wspólnej kasy powinien się dokładać tylko w stopniu niezbędnym dla realizacji przez państwo jego kluczowych zadań. Ich lista może być – w zależności od tradycji politycznej i sytuacji – nieco dłuższa lub krótsza (może obejmować lub nie choćby wspieranie narodowej kultury), ale na pewno nie powinna obejmować „kupowania” sobie wyborców przez rządzących poprzez agresywną redystrybucję, podpartą równościowymi hasłami.

Jak zatem wyglądają z tej perspektywy plany budżetowe rządu na 2020 rok?

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że budżet opiera się na prognozach. Prognozy jak to prognozy – mogą się spełnić, a mogą nie spełnić.

Ograniczania wydatków nie zaplanowano. Wręcz przeciwnie.

Mamy zapowiedź stałego wypłacania dodatkowej emerytury. Jeśli miałoby to być stałe świadczenie, to w gruncie rzeczy równie dobrze można by przeprowadzić waloryzację comiesięcznej wypłaty o wielkość 13. emerytury podzieloną przez 12. Tyle że wtedy wyszłoby 74 złote na miesiąc, a to znacznie mniej efektowne i przynoszące władzy znacznie mniejszą korzyść piarową niż jednorazowe 888 złotych od dobrej władzy dla biednych emerytów. Którzy jak byli biedni, tak biedni pozostaną, bo przecież nawet dla tych najuboższych 888 złotych dodatkowo raz w roku nie rozwiązuje żadnych trwałych problemów bytowych.

Od połowy tego roku działa 500 Plus na każde dziecko. I znów – można by to łatwo, wobec rozwoju technologicznego – zmienić w prostą ulgę podatkową (która, przypominam, może też mieć postać zwrotu nadpłaty), która przecież już kiedyś funkcjonowała, ale to nie tak piarowo skuteczne jak kasa wpływająca na konto.

Do tego absurdalna łapówka wyborcza Wyprawka Plus w wysokości 300 złotych, pieniądze dla rolników, grzęznący program wyręczania przez państwo prywatnych firm w postaci Mieszkania Plus, no i oczywiście zapowiedziany wzrost wydatków na służbę zdrowia do 109 miliardów złotych, czyli sumy ponad dwukrotnie wyższej niż na obronność. Ta ostatnia zapowiedź nie łączy się w żaden sposób z zapowiedzią nowych koncepcji czy pomysłów, co ze służbą zdrowia zrobić. Tymczasem trwa w niej permanentny, pełzający kryzys, z nadal dramatycznie długimi czasami oczekiwania do specjalistów, na zabiegi, na badania i z emigrującymi na potęgę lekarzami. Wrzucić w służbę zdrowia można każde pieniądze – bez efektu, jeśli nie ma się pomysłu na zasadniczą zmianę. A tu pomysłu nie widać.

Co mamy po stronie wpływów? Rząd chwali się obniżką podatków. Oprócz wcześniej obniżonego CIT-u (z czego korzysta garstka przedsiębiorców) mamy zerowy PIT dla osób poniżej 26. roku życia – rozwiązanie w mojej ocenie fatalne. Dotyczące jedynie pracujących etatowo, nie obejmujące najbardziej przedsiębiorczych młodych Polaków, prowadzących działalność gospodarczą ani tych, którzy pracują na umowy o dzieło (ostatecznie włączono umowy zlecenia, zawierane z firmami). Zerowy PIT w takiej postaci jest najbardziej demotywującym instrumentem, jaki można sobie wyobrazić. Premiuje bowiem tych, którzy szybko kończą naukę i znajdują pracę na etacie. To wyklucza większość studentów (w czasie studiów trudno o etat). Kończąc studia w standardowym wieku, dostajemy tylko rok podatkowego eldorado, a jeśli ktoś jest ambitny i zdolny i robi dwa fakultety, kończąc studia w wieku 26 lat – w ogóle się nie załapie. Inaczej mówiąc, rząd stwierdza: nie opłaca ci się uczyć, studiować, zakładać firmy. Najlepiej skończ naukę na szkole średniej i zasuwaj na etacie, wtedy cię nagrodzimy. Muszę przyznać, że to aroganckie przesłanie, wyraźnie lekceważące ambitniejszych Polaków, jest dla mnie zagadką. Nie wiem, czy projektanci tego rozwiązania rozumieli, jaki będzie jego wydźwięk. Wolę myśleć, że nie.

Zresztą nagroda dla tych, którzy szybko pójdą do pracy, też nie jest bezwarunkowa: rząd zwalnia wprawdzie z PIT, ale już nie ze składki na ZUS.

Jest też obniżka pierwszej stawki podatkowej z 18 na 17 procent. Niby fajnie, ale to znów zabieg głównie piarowy. Roczny zysk nie sięgnie nawet 1000 złotych, czyli będzie sporo mniejszy niż 100 złotych miesięcznie. Mamy jeszcze podwyżkę, faktycznie znaczącą, kosztów uzyskania przychodu, ale to znów dotyczy tylko etatowców, no i pamiętajmy, że jest to suma, którą odejmujemy od przychodu, a więc nie pomniejszamy o nią wprost naszego podatku.

Tymczasem rząd nie ruszył dwóch naprawdę istotnych kwestii. Po pierwsze – wciąż niespełniona pozostaje obietnica podwyższenia dla wszystkich kwoty wolnej od podatku. Przypomnę, że miało to nastąpić w ciągu pierwszych stu dni działania rządu Beaty Szydło i zostało przez nią jednoznacznie zapowiedziane w exposé. U kresu tej kadencji można już chyba całkiem otwarcie powiedzieć, że to złamana obietnica. Po drugie – co jeszcze ważniejsze i dotyczyłoby wszystkich podatników, a nie tylko wybranych grup, które PiS chce dopieścić – nie tknięto nie rewaloryzowanych od dziesięciu lat progów podatkowych! W gruncie rzeczy to ukryta podwyżka podatków, bo wynagrodzenia wzrastają, a progi ani drgną.

Po stronie dochodów budżetu będziemy mieli przede wszystkim absurdalną i niczym nie uzasadnioną „opłatę manipulacyjną” związane z likwidacją OFE, a wynoszącą 15 proc. transferowanej na IKE sumy. Nie spotkałem się nigdzie z uzasadnieniem tych 15 proc., trudno to zatem uznać za coś innego niż bezczelny rozbój na obywatelach.

Zniesiony też zostanie limit 30-krotności przy składkach na ZUS, którego uzasadnienie było bardzo racjonalne – z większymi składkami nie wiąże się proporcjonalnie wyższe świadczenie (o ile w ogóle jakieś będzie). Rząd zdecydował się na to mimo wielokrotnych ostrzeżeń, że będzie to kolejny impuls dla najzdolniejszych i najlepiej wykwalifikowanych, aby emigrować. Dodatkowo wzrosną stawki ZUS dla przedsiębiorców.

Oczywiście jest też mowa o dalszym wzroście wpływów z VAT, co ma wynikać i z przyzwoitego rozwoju gospodarczego, i z uszczelniania systemu. Jeśli chodzi o to pierwsze, założenia założeniami, a rzeczywistość rzeczywistością. Nie jesteśmy panami światowej koniunktury. Nie wiemy, co się stanie. Coraz więcej jest sygnałów, wskazujących na nadciągającą recesję, która może być łagodna, ale może być też głęboka. Z kolei przynoszący VAT wewnętrzny popyt jest od paru lat napędzany mechanizmem, który opisywałem jako wyciąganie się barona Münchhausena za własne włosy z bagna: transfery w postaci głównie 500 Plus trafiają do ludzi, którzy wydają je na konsumpcję. Wystarczy jednak, aby ci sami ludzie postanowili, że wolą zacząć oszczędzać, bo ich najpilniejsze potrzeby zostały już zaspokojone, a popyt spadnie. To może się zdarzyć mimo niskich stóp procentowych (które zresztą mogą zostać przez RPP podwyższone z powodu rosnącej inflacji). Gospodarki nie napędzi się trwale transferami socjalnymi. Gdy zaś idzie o uszczelnianie systemu, działa tu prawo będące odpowiednikiem tak często przywoływanej przez lewicę zasady malejącej użyteczności krańcowej: im bardziej rząd system uszczelnia, tym mniejsze są z tego dodatkowe korzyści, bo system staje się przecież coraz szczelniejszy. Istnieje natomiast poważne niebezpieczeństwo, że gdy faktyczne uszczelnianie przestanie wystarczać, zaczną się regularne fiskalne prześladowania.

Takie drobiazgi jak opłata emisyjna, opłata jakościowa, podatek handlowy, który zostanie oczywiście przerzucony na klientów sklepów i wiele innych „drobiazgów” pomijam, bo byłaby to zbyt długa lista.

W sumie zatem rzecz nie wygląda tak różowo, jak można było w pierwszym momencie pomyśleć. Oczywiście lepszy jest budżet zrównoważony niż nie; lepiej jest, gdy relacja długu publicznego do PKB maleje niż gdy się zwiększa. Tyle że wszystko to jest oparte na swego rodzaju manipulacji i sprawia wrażenie domu z wioski potiomkinowskiej: ładna fasada namalowana na płachcie z kartonu, a z tyłu kurna chata. Więcej w tym propagandy niż nagłego nawrócenia na fiskalny konserwatyzm i rozsądek.