Państwo i Prawo
Zwierzę to nie człowiek
Łukasz Warzecha 21.03.2021

Mój twitterowy komentarz na temat wyroku bezwzględnego pozbawienia wolności dla sprawcy wyrzucenia psa z 8. piętra wywołał duże poruszenie, w tym setki głosów oburzenia i obelg – jak to w sieci. W dwóch tekstach zajmę się sprawą. Pierwszy z nich dotyczy bambinizmu w ogóle, a więc patologicznej skłonności współczesnych mieszkańców Zachodu do traktowania zwierząt podobnie jak ludzi. Drugi będzie dotyczył kwestii kar za krzywdzenie zwierząt.

 

Dwa są dzisiaj tematy, które gwarantują, że postępowa część ludzkości wpadnie w stupor bezmyślnego oburzenia: kwestionowanie radykalnej opinii na temat antropogeniczności zmian klimatycznych oraz podważenie istnienia tzw. praw zwierząt ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Bambinizm, czyli infantylne, skrajnie emocjonalne widzenie zwierząt to jedna z chorób dzisiejszych czasów. Jej przyczyny to temat na obszerną analizę. Krótko można wskazać kilka. Po pierwsze – pompowane przez media infantylność i emocjonalność w miejsce logiki i myślenia. Uczłowieczanie zwierząt w kulturze masowej (filmy rysunkowe, fabularne ze zwierzętami jako bohaterami, którzy myślą i mówią, reklamy itd.) – to wszystko wywiera wpływ. Po drugie – łatwość, z jaką zrobienie z siebie obrońcy zwierząt pozwala poczuć się lepszym. To mechanizm, który działa zresztą w wielu sytuacjach. Po trzecie – coraz silniejszy i odnoszący skutek atak na konserwatywne wartości, a więc i tradycyjną hierarchię ważności i bytów. Jeśli ludzka rodzina zostaje zrelatywizowana, a jej tradycyjne pojmowanie uznane za niebezpieczne (jak głosi lewica – w tradycyjnych rodzinach panuje przemoc i opresja wobec kobiet), to jasne jest, że naturalne dla człowieka uczucia, które były dotąd lokowane właśnie w rodzinie będą przez osoby podatne na tę indoktrynację gdzieś przeniesione. Stąd „członkami rodziny” stają się kotki, pieski, myszki, szczurki i ptaszki.

Ważny jest podział na miasto i wieś. Choć w Polsce urbanizacja wciąż nie jest na bardzo wysokim poziomie (trochę ponad 40 proc.), to coraz częstsze są przeprowadzki z miasta na wieś. W ten sposób formalnie mieszkańcami wsi stają się w coraz większej części miejskie pięknoduchy, których kontakt ze zwierzętami ogranicza się do domowego kotka czy pieska, a więc cały świat zwierząt widzą przez pryzmat „milusińskich”. W miastach zaś jest to standardem. Jak przekonały mnie rozmowy między innymi z przeciwnikami myśliwych, ogromna większość takich osób nie ma zielonego pojęcia o regulacji gatunkowej, o regułach świata zwierząt, o roli myśliwych – rządzą nimi jedynie emocje niepoparte żadną wiedzą.

Bambinizm funkcjonuje również na poziomie języka. Określenia zarezerwowane dla ludzi, zaczynają być coraz częściej używane w stosunku do zwierząt. Zwierzęta „umierają”, a nie zdychają; są poddawane „eutanazji”, a nie usypiane; mają „dzieci”, a nie młode (dla poszczególnych gatunków są zresztą często odrębne nazwy potomstwa). Na Twitterze znalazłem – i nie jest to przykład nietypowy – na profilu osoby niezwykle zaangażowanej w sprawy zwierząt, podaną dalej wiadomość od osoby zbierającej pieniądze rzekomo (w tej dziedzinie jest mnóstwo przekrętów) na uratowanie dwóch zwierząt, przeznaczonych na rzeź. Komunikat głosił: „Mama i córeczka mają bilet do rzeźni”. Nie – to nie „mama i córeczka”, ale klacz i źrebię. Tak jak np. „pani łosiowa” to klępa, „pan łoś” to byk, a „dzieci” to cielęta.

Antropomorfizacji zwierząt sprzyja też nieznajomość fachowego języka, w którym część zwierząt ma swoje specyficzne nazwy – tak jak w powyższym przykładzie – ale też specyficzne nazwy mają części ciała, inne niż u ludzi. Np. oczy łosia to świece, a uszy to łyżki. Psy z kolei nie mają „buzi”, tylko kufę. Tych rzeczy powinno się uczyć w szkole, ale cóż – nie ma o tym mowy.

Bambinizm ma swoje poważne konsekwencje. To na tych fatalnych emocjach swoje majątki budują organizacje animalsów. To na nich bazują potencjalni totalitaryści w rodzaju Sylwii Spurek. Skoro zrównujemy zwierzęta z ludźmi, to naturalną tego konsekwencją jest sprzeciw wobec każdej formy wykorzystywania zwierząt. Stąd kampanie przeciwko hodowli bydła, w tym pokazujące relacje między krową a cielakami jak relacje między ludźmi: „mamusia płacze, bo jej dzieci jadą do rzeźni”. Stąd agresja wobec mięsożerców. Stąd bambinistyczny, ale i coraz bardziej fanatyczny sprzeciw wobec polowań i myśliwych, nazywanych „mordercami”. Z uczłowieczającego zwierzęta punktu widzenia to logiczne – skoro zwierzęta się „morduje”, a nie zabija lub strzela, to myśliwi są winni „zabójstwa”.

Naturalną konsekwencją sukcesów bambinizmu jest coraz powszechniejsze używanie pojęcia „prawa zwierząt”. Używają go również rządzący dzisiaj w Polsce socjaliści, ale to akurat nic dziwnego, wziąwszy pod uwagę, że koty pełnią funkcję rodziny dla najważniejszej faktycznie osoby w państwie.

Tymczasem prawa zwierząt to pojęcie wewnętrznie sprzeczne. Warunkiem bycia podmiotem, a nie przedmiotem prawa – czyli korzystania z praw – jest wolna wola rozumiana jako zdolność do świadomego wybierania pomiędzy dobrem a złem, bo tylko wówczas za naruszenie praw można podmiot tychże ukarać. Nie bez powodu osoby uznane za niezdolne do takiego rozróżnienia są części praw pozbawiane, ale też nie są za swoje czyny karane.

Prawa oznaczają również obowiązki, ale żeby je wypełniać, trzeba mieć samoświadomość. Zwierzęta nie są zdolne do wypełniania jakichkolwiek obowiązków z własnej woli, na mocy swojej świadomej decyzji podporządkowania się prawu. Mogą być do tego jedynie wytresowane. Zwierzęta nie mają samoświadomości w ściśle ontologicznym sensie tego słowa (rozumianej jako zdawanie sobie sprawy z własnej odrębności, z osobności własnego „ja” i wszystkich wynikających z tego konsekwencji) ani nie są zdolne do świadomego rozróżniania dobra od zła, co wiąże się ściśle z pierwszą sprawą. W ich świecie te pojęcia zresztą nie obowiązują – jak mamy w kategoriach etycznych ocenić tygrysa, zabijającego antylopę opiekującą się małymi albo kota w „okrutny” sposób bawiącego się konającą myszą? Gdybyśmy uznali zwierzęta za podmiot, a nie przedmiot praw, musielibyśmy nałożyć na ich świat naszą siatkę etyczną, a jest to całkowicie niemożliwe.

Rzecz jasna, mówimy o prawach na poziomie gatunkowym, nie indywidualnym, czyli o prawach, jakie ma każdy przedstawiciel ludzkiego gatunku. Lecz nawet tutaj bywają one ograniczone w następstwie indywidualnej sytuacji. Na przykład nie ma pełni praw osoba uznana za niepoczytalną, zaś dziecko ma ograniczoną zdolność do czynności prawnych, a i to dopiero od 13. roku życia. To nie zmienia faktu, że oczywiście wciąż mówimy o ludziach, a więc jako ludziom przysługują im najważniejsze, podstawowe prawa. Ograniczone są jedynie te niższego rzędu.

Wszystko to nie znaczy, że zwierzęta można dręczyć, nie szanować ich i nimi pomiatać. Tak mógłby twierdzić tylko skrajny populista. Zwierzęta nie mogą być podmiotem praw, ale mogą być ich przedmiotem. Człowiek ma wobec nich obowiązki – zarówno prawne, jak i etyczne. Nie jest jednak prawdziwe powtarzane bardzo często bezrefleksyjnie stwierdzenie, że pomiędzy sposobem traktowania zwierząt a ludzi przez daną osobę istnieje ścisła zależność. Wiele osób, które reagują alergicznie na kwestionowanie istnienia „praw zwierząt”, wykazuje się zarazem ogromną dawką agresji wobec ludzi, którzy się z nimi nie zgadzają. Historycznie rzecz biorąc, stosunek ludzi do zwierząt nie był zaś nigdy tak osobisty i bezzasadnie uczłowieczający jak w XX i XXI wieku. Co wcale nie znaczy przecież, że wcześniej ludzie byli potworami. Stosunek do zwierząt był mieszanką utylitaryzmu – nie krzywdzi się zwierzęcia, które daje korzyści lub przyjemność – i sentymentu: można było zżyć się ze swoim psem, koniem, ptakiem trzymanym w klatce. Nie zmierzało to jednak do uczłowieczania tychże. Wyczyn Kaliguli, robiącego ponoć senatorem swojego ukochanego konia Incitatusa, został odczytany jako skrajne dziwactwo – aczkolwiek miał motywację ściśle polityczną.

Do czego prowadzić może bambinizm, możemy zobaczyć nawet dzisiaj na przykładzie reakcji jego zwolenników na jakikolwiek sprzeciw. Ludzie, którzy w każdym możliwym medium społecznościowym deklarują, jak kochają swoje kotki, pieski, koniki, zarazem kipią autentyczną nienawiścią wobec tych, którzy tej miłości nie podzielają.

W jednym ze swoich krótkich filmów Dennis Prager, założyciel amerykańskiego konserwatywnego think-tanku Prager University, tłumaczy, że w judeochrześcijańskiej tradycji wartość życia ludzkiego – i tylko ludzkiego – jest nieskończenie duża, podczas gdy w tradycji postoświeceniowej można ją porównywać z wartością życia innych istot. Dodać można, że ma to swoje uzasadnienie choćby w jednoznacznym uznaniu przez chrześcijańską teologię, że jedynie człowiek posiada nieśmiertelną duszę. Święty Franciszek, na którego powołują się często po dyletancku obrońcy zwierząt, nie twierdził nigdy niczego innego, natomiast jego szczególny stosunek do zwierząt wynikał z szacunku dla Boskiego stworzenia w ogóle. Nie mogło zresztą być inaczej, bo przecież to człowiek – nie piesek, kotek czy rybka – został stworzony „na obraz i podobieństwo Boże”.

W swoim filmie Prager przywołuje prowadzone na przestrzeni 30 lat badania, w których studentów pytano, czy ratowaliby tonącego własnego psa czy raczej obcego człowieka. Niezmiennie dwie trzecie respondentów wskazywało na psa lub w najlepszym wypadku stwierdzało, że nie wiedzą, co by zrobili. Dla każdego przytomnego, myślącego człowieka fakt, że ktoś mógłby się w tej sytuacji w ogóle wahać między człowiekiem a psem, powinien być wstrząsający.

Bambinizm jest częścią większej całości – wielowymiarowej choroby, toczącej Zachód. W swojej łagodnej postaci wydaje się odwoływać do podzielanych przez wszystkich wartości i jest atrakcyjny również dla osób, które nie są lewicowymi radykałami. Na tym polega prawdziwe zagrożenie: jeżeli raz zaczniemy myśleć o zwierzętach jak o ludziach i zatrzemy granicę między człowiekiem a resztą stworzeń, z czasem pójdą za tym wszystkie fatalne konsekwencje.