Zwycięstwo cichej desperacji
Tomasz Wróblewski 28.10.2015

Bywają wybory, gdzie partie zamieniają się miejscami i życie toczy się dalej. Ale bywa i tak, że zmiana to tylko efekt uboczny głębszego zjawiska społecznego. Czegoś, co przegrani przeoczyli, a wygrani… Wygrani byli w opozycji i wykorzystali społeczną potrzebę zmiany. Ale i to szybko może się zmienić, jeżeli nowa ekipa nie zrozumie istoty przemian. Fali, która wyniosła ich do władzy.

Margaret Thatcher w swoich pamiętnikach opisała długie moskiewskie spotkanie z Michaiłem Gorbaczowem w 1987 r. Gorbaczow zarzucał jej hipokryzję. Mamienie wyborców hasłami o wolności, podczas gdy cała jej polityka miała służyć klasie kapitalistów. „Przyznałam mu rację – tak, chcę stworzyć republikę kapitalistów – wspominała. – Społeczeństwo, w którym każdy czuje się właścicielem, a nie wyrobnikiem”. To nie był wyłącznie przytyk do sowieckiego reżimu. Thatcher przestrzegała również przed degeneracją zachodnich społeczeństw. Nawet jeżeli cieszyły się demokracją, to tkwiły w marazmie – przygniecione interwencjonizmem państwa, „socjalnym otumanieniem” i monopolem uprzywilejowanych korporacji.

„Cicha desperacja” – tak dziewiętnastowieczny filozof i poeta Henry David Thoreau opisał źródło wszelkich przewrotów społecznych. W połowie XIX w., u zarania epoki industrialnej, desperacja oznaczała coś innego, ale opis choroby pozostaje aktualny. „Utrata celu i tożsamości, pęczniejąca frustracja rozsadzająca ramy establishmentu”. W niedzielę pewnie każdy inaczej definiował swoje „źródła desperacji”, ale wszystkie łączyły się z potrzebą odnalezienia nowego celu.

Wbrew temu co mówią i myślą rozżaleni politycy PO, Polacy docenili autostrady, wysoki eksport, wzrost PKB, to, że Polskę ominęła recesja, a nasze pensje powolutku zbliżają się do zachodnich. Ale nie na prezentacje w Excelu się umawialiśmy. Kapitalizm, o jakim mówiła Thatcher, i transformacja, o jakiej rozmawialiśmy przez te wszystkie lata, miały przesuwać ciężar odpowiedzialności z państwa na obywateli. Miały wyzwalać, a nie gasić energię najbardziej przedsiębiorczych i utalentowanych jednostek. Podatki nie miały być narzędziem politycznej inżynierii, ale sposobem na finansowanie podstawowych funkcji państwa, które miało interweniować tylko tam, gdzie nie dało się tego załatać prywatną inicjatywą. Rynek miał być szeroko otwarty na obcy kapitał, ale to nie oznaczało specjalnych przywilejów dla zagranicznych firm – szybszej ścieżki uzyskiwania pozwoleń na budowę, zwolnień podatkowych, łagodnego traktowania przez urząd skarbowy, zgody na zagraniczne transfery.

Na 25 914 działające w Polsce firmy z kapitałem zagranicznym aż 13 196 deklaruje brak zysków. Zagraniczne spółki płacą niższe podatki, ale otrzymują większe dofinansowanie ze środków publicznych, w tym unijnych. W przeliczeniu na jedno miejsce pracy w latach 2010-2013 pomoc sięgała 120 tys. zł. Blisko trzykrotnie więcej niż dla polskich firm. Miliony złotych gaszące marzenia polskich przedsiębiorców na dogonienie zachodnich koncernów.

Wielkie międzynarodowe banki otrzymały wolną rękę i niczym nieograniczony dostęp do polskich klientów. Chwała im za odbudowę rynku finansowego i nowoczesnych modeli zarządzania czy obsługi klientów, ale nigdy nie umawialiśmy się na bezkarne stosowanie niedozwolonych klauzul. Na polisolokaty, kredyty frankowe naćkane abuzywnymi klauzulami ani na zawyżanie kosztów usług bankowych.

Całymi latami za dobrą monetę braliśmy tłumaczenie, że banki muszą odzyskać swoje inwestycje i wciąż dopłacają do Polski. Ale tych tracących w Polsce pieniądze robiło się coraz więcej. Do banków dołączyły supermarkety, firmy ubezpieczeniowe, instytucje pożyczkowe. A my wciąż czekaliśmy, łudząc się, że wciąż jeszcze płacimy frycowe państwa na dorobku. Mijały lata, inwestorzy rośli na potęgę, a my wciąż płacimy to frycowe. Nasza gospodarka zamiast coraz bardziej samowystarczalna staje się coraz bardziej zależna. Naszą przewagą są wciąż niskie koszty mało przetworzonej pracy, gdzie największymi pośrednikami, zleceniodawcami i dystrybutorami z marżą ekstra są zagraniczne koncerny. Ale co tam, rośliśmy w siłę, wyspa była zielona i UE płaciła ogromne pieniądze. Zagryzaliśmy zęby i jakby to napisał Thoreau – godnie znosiliśmy naszą desperację.

Do czasu. Pokolenie wchodzące właśnie na rynek pracy, o ile zdobędzie zajęcie, będzie pierwszym od 1989 r., którego poziom życia będzie gorszy od tego, na jakim żyli ich rodzice. Podobnie jak start na rynku pracy. Kiedy marzenia zdychają, ludzie zaczynają zadawać pytania. Jeżeli zamiast odpowiedzi słyszą kpiny, wypominanie malkontenctwa i jeszcze więcej wykresów czy tabel z Excela, to w pierwszej chwili zamykają się w sobie. Biorą to osobiście, zastanawiają się, że to może tylko oni nie nadążają za duchem czasu. Kiedy robią się ich tysiące, frustracja ustępuje agresji. W internecie znajdują takich jak oni sami, a potem dają upust swojej desperacji na Facebooku czy Twitterze. Czasem jest to bezmyślne, czasem wulgarne, ale wbrew lewicowym publicystom na pewno autentyczne i spontaniczne.

To są rodzice sześciolatków dotknięci pogardliwym traktowaniem ich obaw o warunki panujące w szkole. To są wszyscy ci, którym wmawiano w brzuch republikę wyznaniową, bo nie godzili się na zapisy o płci kulturowej. Wszyscy, których petycje czy projekty obywatelskie automatycznie wrzucano do niszczarek. Oburzeni na niechlujne zasady tworzenia prawa, przeprowadzania przetargów, konkursów w spółkach Skarbu Państwa. Przedsiębiorcy zbankrutowani bezkarnością i arbitralnością decyzji urzędniczych, bezsilni wobec nieporadności wymiaru sprawiedliwości.

Kiedy ta nonszalancja elit i drenowanie finansów publicznych zaczęły przekraczać możliwości budżetu, rządzący bez zmrużenia oka skonfiskowali pieniądze z prywatnych funduszy emerytalnych. Policjantom nakazali wystawianie więcej mandatów, urzędnikom skarbowym łupienie przedsiębiorców, interpretowanie prawa na niekorzyść podatników. A kiedy zabrakło na kupowanie spokoju w kopalniach, zadłużone zakłady zaczęto włączać do zyskownych elektrowni. (Na str. 28 piszemy o kosztach zaniedbań, które odziedziczy nowy rząd).

Na koniec arogancja i bezceremonialny interwencjonizm zaczęły wreszcie doskwierać tym, którzy wynieśli PO do władzy. Wynagrodzenia klasy średniej – około 3 mln dobrze zarabiającej, najlepiej wykształconej i opiniotwórczej części społeczeństwa – zaczęły rosnąć wolniej niż PKB. Rządzący z dumą wskazywali na malejące w Polsce rozpiętości w zarobkach (współczynnik Giniego jest już poniżej 30). Rzecz w tym, że spłaszczanie różnic to zasługa interwencjonizmu, coraz większych barier nakładanych na przedsiębiorców, ucieczki specjalistów i ich dobrze płatnych miejsc pracy za granicę. Rosły płace minimalne, ale nie za sprawą naturalnych procesów rynkowych, które równomiernie rozkładałyby ten dobrobyt, ale za sprawą podwyżek wymuszanych przez rząd i związki zawodowe. Wszystko kosztem klasy posiadaczy.

Polska wciąż ma jeden z najwyższych odsetek właścicieli mieszkań (69 proc.) w Europie, ale podczas gdy cztery lata temu przeciętny wiek, w którym Polacykupowali pierwsze mieszkanie, wynosił 30 lat, dziś są to już 34 lata. W Wielkiej Brytanii w tym samym czasie średnia wieku „posiadacza” z 27 spadła do 25 lat. Mało tego, młodzi Polacy znaleźli się w grupie krajów, w której najwięcej respondentów deklaruje trudności w spłacie kredytu (44 proc.). Niepokój i kłopoty finansowe są oczywiście immanentną częścią wzrostu dobrobytu i apetytów na lepsze życie. Ale co się dzieje, kiedy niepewność nie ustępuje, a marzenia coraz rzadziej się ziszczają? To właśnie moment, kiedy społeczeństwo przeistacza się z właścicieli w posiadanych. Uwiązani kredytami, których nie mogą spłacić, płacami, które nie pozwalają wybić się ponad przeciętność, pomiatani przez urzędników i bezsilni wobec bezradnych sądów powoli tracą ochotę do tworzenia i do dalszej walki. Desperacja wymyka się prostym zestawieniom statystycznym. To ona, a nie hejt czy wydumane malkontenctwo, wymusiła te zmiany. Na pozór trudna do przeliczenia w Excelu i prezentacji w Power Poincie arogancja – powodująca uczucie izolacji, marginalizacji, lekceważenia. Wcześniej czy później pojawia się też w realnych liczbach.

Chcemy wierzyć, że tych wyborów nie wygrała rządza odwetu. Tryumfalizm nie wprowadzi się do ministerstw, a przede wszystkim do spółek Skarbu Państwa. Chęć naprawiania nie oznaczać będzie mnóstwa nowych regulacji i ograniczeń. Uszczelnianie systemu podatkowego nie będzie oznaczało jeszcze większej uznaniowości urzędów skarbowych i katastrofy drobnych przedsiębiorców już dziś nienadążających za stertami dokumentów i formularzy do wypełnienia. Lewicowa pokusa do układania ludziom życia i wychowywania cudzych dzieci nie zostanie zastąpiona innym doktrynerstwem. Patriotyzm przestanie być ośmieszany i stanie się naturalnym odruchem serca, ale nie częścią natrętnej propagandy historycznej. Państwo stanie się arbitrem, a nie konkurentem dla polskich firm. Nie utracimy nic z naszej wolności. Nawet jeżeli krytyka będzie głupia i rządzącym wyda się nieuczciwa. W innym razie najlepszy program i najlepszymi ludźmi obsadzony rząd za chwilę na dobre ugrzęźnie w pułapce cichej desperacji.

***
Tekst ukazał się we WPROST


Fot. Polska Agencja Prasowa, Paweł Supernak