Autor: Tomasz Wróblewski

Wróblewski: Wolność jest dla właścicieli mediów

Prezes Warsaw Enterprise Institute Tomasz Wróblewski ocenił, że pozew Donalda Trumpa przeciwko największym mediom społecznościowym ma bardzo solidne podstawy. – Donald Trump bardzo rzeczowo i bardzo

Esej „Długa droga w nieznane”

„Dzieje ludzkości, co do zasady, są wypadkową ludzkich wyborów. Od czasu do czasu nasze wybory podyktowane są jednak siłą wyższą. Kataklizmy, zarazy, wojny, niewyobrażalne ludzkie

Esej „Oblany test eurokracji”

„Gdy Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, nie mówiąc o Izraelu, zaczynają „nowe”, postpandemiczne życie, Europa pogrąża się w trzeciej fali zarazy i wewnętrznych awanturach. Historia zmagań

Historia to nie uczenie się dat – Tomasz Wróblewski dla Akademii Zarządzania i Rozwoju

Czym różnią się studia w Polsce od studiów w USA? – Nie wiem, jak wyglądają dzisiaj studia historyczne w Polsce, ale pamiętam dość dużą różnicę w czasach, kiedy ja studiowałem, w latach 80. Nie uczyliśmy się w Ameryce dat, uczyliśmy się rozumieć etapy w historii – poprzez kulturę, cywilizację, ekonomię, oczywiście trochę też przez politykę.

Bye Bye Demokracja. Wolność w Remoncie #122

Szturm na Capitol to początek, a nie kulminacja globalnego chaosu. 2021 to będzie rok demokracji w konwulsjach prób, błędów i demokratycznych eksperymentów.

Cztery lata Trumpa – analiza Tomasza Wróblewskiego

Pozostaje nam liczyć, że im gorętsza jest dziś ta debata, tym większa szansa, że system się wkrótce dotrze. Ameryka odnajdzie równowagę wewnętrzną, zanim przyjdzie jej konfrontować się ze światem zewnętrznym.

Teraźniejszość, której nie znamy

Dolar – im głośniej o śmierci tym staje się silniejszy. Ameryka znowu bankomatem całego świata.   Słabością każdej prognozy jest przyszłość, której nie znamy. W

Do naszych drogich, bardzo drogich polityków

Potrzebny nam plan, bardzo mądry plan i potrzebujemy go na już. Wierzę, że rządzący, w swoim przekonaniu, bardzo się starają, pewnie bardziej niż zwykle, ale

Chiński wirus

Nic tak nie irytuje komunistycznych przywódców Chin jak mówienie o chińskim wirusie. Komunistyczna Partia Chin KPCh, ciężko jednak na to zapracowała. W najgorszym stylu totalitarnego

Dialog na donosy

Ci, którzy dają złe imię kapitalizmowi, to ci, którzy wynosząc go na piedestał, sami depczą jego ideały. I któż mógłby uczynić to podlej niż organizacje

Trump może nie ma serca, ale ma rację

Trudno się dziwić historycznej wrażliwości Polaków na zdradę sojusznika, czym zresztą tłumaczę tak ostre oceny decyzji Trumpa o wycofaniu wojsk z syryjsko-amerykańskiego pogranicza i skazania

Krew i pot Borysa Johnsona

10 maja 1940 Winston Churchill wprowadził się na Downing Street 10. Został premierem w dniu, kiedy upokorzona armia jego królewskiej mości musiała uciekać spod Dunkierki

Co jest w czapeczce Trumpa?

Chadzam czasem po Warszawie w czapeczce Keep America Great – slogan na kampanie wyborczą Trumpa w 2020. Czapka jak czapka, ale powiem wam, że tu w okolicach

Dlaczego Niemiec nie będzie szefem KE?

Pierwszy raz od 1989 roku, kontrolowana przez Niemcy, Europejska Partia Ludowa (EPP) traci władztwo nad Europą.   Oficjalnie proces jest przejrzysty i w pełni demokratyczny.

Jak UE przegrała z Trumpem irańską wojnę?

Do i tak już napiętej sytuacji w Zatoce Omańskiej, Iran dorzucił w poniedziałek jeszcze trochę koksu. A dokładniej zapowiedział intensyfikację prac przy wzbogacaniu uranu. Ze

Po co to było Trumpowi?

Nawet jak na nowe trumpowskie standardy, to wizyta prezydenta Dudy była pewnym ewenementem. Wydłużona konferencja prasowa, długa mowa obcego przywódcy o jego własnych wewnętrznych rozgrywkach,

Płaca minimalna – pułapka średniaka

Znowu wzrośnie nam płaca minimalna. Rząd chce podnieść ją o 200 złotych do 2450 zł brutto, wynagrodzenie godzinowe ma wzrosnąć do 16 zł. Im bardziej

Opozycja nie chce wygrać wyborów

Grzegorz Schetyna ma racje, że gdzieś jest program, który pozwoliłby mu wygrać wybory z PiS. I nawet nie musiałby go specjalnie szukać. Wystarczy zwykły kalkulator.

A tymczasem w Brukseli…

Wiwisekcja wyborczych wyników pewnie jeszcze chwilę potrwa. Wielkomiejska pogarda Europejskich partii ściera się na Facebooku z proletariacką dumą socjalnej prawicy o prawo do odtrąbienia moralnego

Tajna Księga rządu o 447

Przedziwną strategię przyjął rząd w sporze o restytucje żydowskiego mienia bez-spadkowego. Nie wiem czy to strach przed antysemicką krytyką, czy zwykła przedwyborcza panika, ale błędem było

Wojna – czy tylko handlowa?

Buta Ameryki i honor Chin, dają piekielną mieszankę – wyborną okazję do wojny, z której nikt nie wie jak się wycofać. W starciu gigantów ucierpi pewnie z pół świata, obrywając rykoszetem.

Wolność słowa jest jedna

Twórca WikiLeaks, Juliana Assange siedzi w brytyjskim więzieniu. Wkrótce pewnie będzie deportowany do Ameryki. Tam usłyszy zarzuty o działanie w spisku i namawianie do włamania

NATOexit

Elity polityczne zajęte wzajemnym podkładaniem sobie liter w odwróconym alfabecie LGBTQ+ przeoczyły wygaszanie NATO. Nie żeby przeoczyli pogrzeb, ale kolejny sygnał, że najważniejsza instytucja dla

LGBTQ + lewicowa ekstrema = Transgenderyzm

To nie związki partnerskie wywołują napięcia społeczne, ale lewicowa agresja i upolitycznienie ruchu LGBTQ+ .    Odsetek osób akceptujących w Polsce związki partnerskie osób tej

Brexit – katastrofiści mają problem

Z ekonomią zawsze jest ten sam problem – na koniec liczby odkłamią każde polityczne chciejstwo. Okazuje się, że Wielka Brytania od dwóch lat skazywana na

Ja skrajny prawicowiec

Czy ktoś wie czym różni się skrajna prawica od prawicy i dlaczego w medialnej przyrodzie mamy więcej skrajnej prawicy od skrajnej lewicy? Albo inaczej, pokażcie

Piketty to jednak fake news

To, co mnie urzeka w lewicowych teoriach, to to jak szybko udaje się je obalić. Ostatnia z neo-marksistowskich biblii – dzieło francuskiego filozofa Thomasa Piketty

Damaszek bliżej niż sądzisz

Damaszek jest bliżej niż sądzimy. Prezydent Trump, w swoim unikalnym stylu ogłosił na Twitterze wycofanie wszystkich, 7 tysięcy amerykańskich żołnierzy, z Syrii. Inne źródła podają,

Strach wisi w powietrzu

Europa doczekała się swojej proletariackiej rewolucji. Zachód płaci najwyższą cenę za lata arogancji politycznej, socjalnej dezynwoltury i bezmyślnej wielkoduszności społecznej.   Paryż, Bruksela stoją w

Zagubiony liberalizm

Poniższy tekst powstał z moich notatek do wykładu podczas Weekendu Kapitalizmu, w Warszawie, 24 listopada 2018 r. Jeszcze raz dziękuję organizatorom za możliwość zaprezentowania moich

Nowy Kongres a Polska

Zmiany w amerykańskim Kongresie mogą znowu odsunąć w czasie zniesienie wiz dla Polaków. Żadnych poważniejszych jednak przesunięć w naszych czy europejskich relacjach z Ameryką nie

Amerykańskie sankcje robią swoje

Chiny to nie pierwsze imperium, które może i fajnie wygląda w geopolitycznych dywagacjach o przyszłości świata, ale kiedy przychodzi do starcia z tradycyjną gospodarką rynkowa,

Duda przestrzelił

Niedosyt po wizycie prezydenta Dudy w Waszyngtonie wynika z rozhuśtanych oczekiwań, niż ze złej woli Donalda Trumpa. W polityce jak w handlu – nawet najlepiej

Polityka uderza jak bumerang

Tygodnik Polityka opublikował druzgocące informacje na temat rosyjskiego udziału w aferze podsłuchowej. Problem tylko w tym, że tak bardzo jak autorzy chcieliby, żeby całą odpowiedzialność

Wojna o pomniki

Oficjalne biografie rzadko trzymają się wiernie faktów i opowiadają historie ludzi. Częściej odpowiadają na polityczne zapotrzebowanie współczesnych. W tym tygodniu byłem świadkiem wyżynania piłami posągu

Uwaga rolnicy rząd idzie po was z pomocą

Po spektakularnych sukcesach wspierania polskich przedsiębiorstw, z których część sprzedała się państwu, a inne obcym inwestorom, teraz przyszła kolej na rolników. Rządowy Holding Spożywczy. Panaceum

Trump oddał Nord Stream 2

Historia uczy nas, że nagłe i tajemnicze spotkania na szczycie potrafią zmienić dzieje świata. O rezultatach dowiadujemy się po lata i z naszej historii wiemy,

Szczyt NATO felerny dla Polski

Cały świat komentuje faux pas Trumpa, ale to nie Ameryka tylko Polska zaliczyła największą wpadkę na szczycie NATO.   To nie jest pierwszy raz kiedy

Szczyt NATO o dzień za późno

Gdyby nie to, że już istnieje, w obecnym świecie NATO nie miałoby prawa powstać. 29 przywódców państw członkowskich zjedzie w tym tygodniu do Brukseli nie

Zachód podzieli losy Wschodu

Pierwszy raz od 43 lat przywódcy najwyżej rozwiniętych państw G7 rozjechali się do domu bez porozumienia. Czy Zachód jest o krok od systemowego rozpadu porównywalnego

Amerykańskie obietnice

O podstępnej naturze Kim Dzong Una i agresywnych zamiarach Północnej Korei niewiele więcej można już pewnie powiedzieć i napisać. Stąd też wszystkie rozważania na temat

Demokratyczny Apartheid

Donald Trump przez dwa lata rozmontował większość etatystycznych i globalnych projektów tego tysiąclecia. Obok masowych protestów opozycji, często towarzyszył mu bunt we własnej partii. Buntowali się kongresmeni, ulica, ale i doświadczeni dyplomaci czy eksperci. Nie inaczej było z zerwaniem umowy nuklearnej z Iranem, którą niektórzy uznali za początek trzeciej wojny światowej.

Co dalej z odszkodowaniami dla ofiar Holocaustu

Zgiełk publicystyczno-polityczny wokół ustawy Kongresu o odszkodowaniach dla ofiar Holocaustu i ich rodzin mocno utrudnia poważną analizę problemu. A problem jest i zostanie z nami przez dobrych kilka lat.

Po co rząd płaci za stare obrazy?

No i cóż ty najlepszego nam zrobiłaś droga nasza arystokracjo. Dumni byliśmy i kochaliśmy Radziwiłłów, Sobańskich, Czartoryskich, Lubomirskich jak Ameryka kocha swoją Myszkę Miki. Biedną jak mysz i śmieszną w swoich aspiracjach. Nasi ziemianie bez ziemi, książęta bez zamków, księżne bez alkowy, leczyliście nasze kompleksy i sny o narodowej świetności, sami pozostając beznadziejnie groteskowi.

Wojna handlowa jak góra lodowa

Im bardziej wypatrujemy kogoś kto położy kres szaleństwu wojny celnej, tym szybciej pojawia się ktoś kto dorzuca do pieca. Skoro nikt nie chce się zatrzymać, to gdzie jest granica po której nic już tego nie zatrzyma?

Rosja za sześć lat

Tak naprawdę to nie mam ochoty pisać o Rosji tylko o reszcie świata. To jak Putin chciałby zmienić Rosję już wiemy po 18 latach jego rządów i historii wcześniejszych władców. Carów, Sekretarzy i doświadczeniach okrutnego dziedzictwa najróżniejszych form zniewalania narodów od Morza Ochockiego po Morze Północne. Krótkie przerwy, namiastki wolności, nigdy nie były tu zasługą mądrych władców ani masowych zrywów narodowych. To raczej efekt uboczny, kolejnych bankrutujących reżimów. Carskich, czy sowieckich.

Newsaniewart

Medialny infantylizm od lat mnie już nie rusza. Rozumiem skąpe środki, pospiech, brak doświadczenia – trudno, jest jak jest. Nie ma co się obrażać, wystarczy pozbyć się telewizora i kilku nierozumnych tytułów prasowych.

W obronie Fake Newsa

W burzy wokół Onetu i notki dyplomatycznej, nie poruszyła mnie ani notka, ani Onet. Pewnie za dużo już w życiu widziałem katastroficznych przepowiedni, żeby myśleć o tej poważnie. Ale było coś, co mnie w tym ferworze poruszyło – wojna z „Fake Newsem”.

Prawda historyczna to za mało

Problem wizerunkowy Polski nie jest kwestią siły argumentów, prezentacji naszych racji, a już na pewno nie prawdy historycznej. Rzecz w infantylnym myśleniu o polityce. Mechanicznym przekładaniu relacji międzyludzkich na relacje między narodami. Tak jak pretensjonalne jest powtarzanie objawionych prawd, że pieniądze rządzą światem, tak naiwne jest przekonanie, że Polska odzyska należny jej szacunek jeżeli tylko pokaże swoje dumne i prawdziwe oblicze.

Prezesa kochać nie trzeba

Okazuje się, że bardziej niż interwencjonizmu i rozpasania państwa, nie lubimy prezesów, którzy o państwowe dbają jak o swoje. Mowa oczywiście o zmianach w zarządzie Orlenu i trosce, jaką media otoczyły pracowników spółki, na których czeka kuracja odchudzająca nowego prezesa.

Zanim siądziemy do stołu z Izraelem

Oczywiście, że wolę zrozumiałe decyzje, jasno komunikujące światu stanowisko rządu i Polski. Ale jeszcze bardziej lubię decyzje oparte na dogłębnej analizie słów, intencji i konsekwencji. Tego procesu intelektualnego zabrakło w przypadku nowelizacji ustawy o IPN (artykuł 55a). A jeżeli był u kogoś w tyle głowy to z całą pewnością rozmijał się z oczekiwaniami jakie wiązało z ustawą większość społeczeństwa.

Clinton i jej spisek stulecia

Przez rok słuchaliśmy opowieści o Trumpie na smyczy Putina, o człowieku niszczącym demokrację. O szaleńcu, który za chwilę sprowadzi na świat faszyzm. Nie pierwszy i pewnie nie po raz ostatni przekonujemy się, że piękne słowa lewicy i ich przestrogi przed prawicą czychającą na nasze wolności, to tylko zasłona dymna dla ich własnych zapędów totalitarnych.

Konflikt, na który nas nie stać

Jeżeli ktoś liczył na jeszcze jeden tekst użalający się nad niesprawiedliwością i hipokryzją jaka spotkała Polaków, to to nie jest ten tekst. Jeżeli ktoś sądził, że to kolejna próba dowodzenia, że zapisy nowelizacji ustawy o IPN nie krzywdzą Izraela, Żydów, naukowców i dotyczą tylko kłamców historycznych, to to też nie jest ten tekst. To tekst o uznaniu rzeczywistości jaka jest i podjęciu twardych działań.

Nie proście bo się doczekacie

Mieliśmy już więcej nie pisać o naziołkach i komołkach. Przebierańcach układających swastyki z wafelków ani o chichotliwych blondynkach z dziurami w spodniach i Che Guevarą na piersiach. Ale rzecz zaczyna być poważna i wychodzić poza infantylny dyskurs rozhisteryzowanych publicystów. Otóż nowy Minister Spraw Wewnętrznych Joachim Brudziński odpowiadając na oburzenie lewicy zbiórką pieniędzy na Janusza Walusia, obiecał zmienić dotychczasowe przepisy i znieść dotychczasowe, liberalne prawo organizowania publicznych zbiórek pieniędzy. Nie znamy szczegółów nowej regulacji, ale znamy życie i wiemy gdzie zwykle polityków świerzbi ręka. Dotychczas każdy kto chciał prowadzić zbiórkę pieniędzy na dowolny cel musiał jedynie zarejestrować swój cel i opisać program planowanej zbiórki. Teraz w najlepszym razie minister będzie zastrzegał sobie prawo do zablokowania zbiórki powołując się na jakieś tam interesy państwa, a w najgorszym każdorazowo trzeba będzie prosić ministra o zgodę.

Przed wizytą Tillersona

Jeżeli dobrze pamiętam ten stary żydowski szmonces, to na pytanie Aarona – „Jak się miewa twoja żona ?” Naftali odpowiedział – „Zależy z kim ją porównać”. To samo Rex Tillerson może odpowiedzieć na pytanie o stan polskiej Demokracji.

Dobre wieści z Berlina

Niemcy są bliskie powołania rządu. Trzy miesiące po wyborach Angela Merkel złamała się. Żeby utrzymać władzę i nie dopuścić do kolejnych wyborów, poszła na daleko idące ustępstwa względem lewicowej SPD. Nowa koalicja CDU/CSU z SPD zapewni stabilizację polityczną za cenę lewicowego skrętu w gospodarce.

Jakim prawem rośnie ta gospodarka?

Mamy niczym nieuzasadniony boom. Jakby gospodarka nie zauważała Korei Północnej, prawicy w Austrii, dyktatury w Polsce, zdrajcy, seksisty Trumpa i międzynarodówki populistów.

PO i jej gospodyni domowa

Nie robię w reklamie. Nie wiem jak, co i komu się to opłaca, ale już zupełnie nie rozumiem konceptu ostatniego świątecznego spotu Platformy Obywatelskiej. Po co robić reklamę rządowi i przypominać ludziom jak bardzo im się poprawiło skoro jest się w „głębokiej” opozycji? Mogę się tylko domyślać, że ktoś w partii rzucił hasło, niech ludzie zobaczą PiSowską drożyznę. I tak powstał filmik, który z charakterystycznym inteligenckim przekąsem miał pokazać brutalną rzeczywistość schowaną za propagandą sukcesu. Obedrzeć ze złudzeń rządowe wykresy i rosnące wskaźniki. Co z tego, że PKB, PKB per capita, PMI pną się w górę, że rosną zamówienia przemysłowe i zatrudnienie w firmach powyżej 9 osób, skoro zwykły człowiek cierpi na Święta.

Druga Wielka Wojna Zastępcza

Dostawy amerykańskiej broni na Ukrainę mogą gwałtownie odmrozić „zamrożony donbaski front”. Czy Polska jest gotowa na szybszy obrót spraw za naszą wschodnią granicą?

Chicken game z Brukselą

Komisja Europejska podjęła intrygującą grę. Nie dlatego, że pierwszy raz uruchomiła Artykuł 7, ale dlatego, że uruchomiła coś co nie wiadomo jak ma się skończyć. Zarówno w przypadku przegranej jak i wygranej – upokorzenia polskiego rządu. Dwa rozpędzone samochody na wyjących silnikach pędzą na czołowe zwarcie. Amerykańskie nastolatki nazywają to chicken game – kto okaże się kurczakiem, stchórzy i wjedzie w rów. Wielki blef, w którym każda ze stron przekonana jest, że ta druga w ostatniej chwili zjedzie z drogi.

Uwaga Kapitalizm nadciąga

Kongres przegłosuje w tym tygodniu największą w historii Ameryki redukcję podatków. Po latach etatyzmu i interwencjonizmu, w wielkim stylu, powraca do gry tradycyjna, prorynkowa i prorozwojowa Ameryka. Dla reszty świata, w tym Polski, to czerwone światło – kto nie podejmie teraz koniecznych reform, zostanie daleko w tyle.

W obronie wrednych mediów

Dla tych co wróżą koniec wolnych mediów, ani dla tych, którzy liczą na upadek antyrządowych telewizji, nie mam dobrych wieści. Nic z tego się nie ziści. Jeżeli ktoś tu naprawdę powinien się bać to tylko obóz rządzący. Nieprzyjazne media są tak naprawdę jedynym bezpiecznikiem jaki każda władza ma wmontowany w swój mocno zawodny system. Bez niego rząd skazany jest na demoralizację i niechlubny koniec. Los swoich poprzedników. I to szybszy niż im to wróżą nawet najgorsi wrogowie.

Gwałt i ideologia

To może tylko zbieg okoliczności, że lawina amerykańskich seks skandali zbiega się w czasie z doniesieniami o aktach przemocy wobec kobiet w Gazecie Wyborczej i Krytyce Politycznej. Nie tłumaczyłbym też plagi molestowania samą tylko  lewicowa proweniencja polskich publicystów i amerykańskich gwiazd. To nie ideologia, to raczej syndrom demoralizacji charakterystyczny dla osób uzbrojonych w pełnię, przez lata, niczym niekontestowanej władzy. Zawodowej, politycznej czy środowiskowej. 

Kryzys rządowy w Niemczech – znowu przypadek

Przez ostatnie dwanaście lat Angela Merkel była uznanym antidotum na wszystkie choroby Europy. Jej talent polityczny, spokój wewnętrzny i zdrowy rozsądek miały być odpowiedzią na kolejne wstrząsy, kryzysy i zwątpienia, których źródeł, euro-elity zawsze upatrywały na zewnątrz. Niemiecka lokomotywa gospodarcza, silna reformami Shroedera, wyciągała kolejne państwa z recesji, a samych Niemców napawała dumą ze swojej kanclerz. Nic dziwnego, że politolodzy dawali Merkel pewną wygraną w sierpniowych wyborach.

Trzymajcie politruków z dala od gmin

Dalej w atmosferze patriotycznego uniesienia porozmawiajmy chwilę o ponadpartyjności samorządów. O fatalnej ustawie, którą PiS chce zdusić raczkujący system kontroli polityków.

Krzyż, laicyzm i wszystko od nowa

Batalia o krzyż na pomniku Jana Pawła II w Ploërmel dotyka istoty sporu o współczesną Europę. A tak naprawdę historii całej Zachodniej cywilizacji. Daleko większego niż nasze przywiązanie do symboli chrześcijańskich czy francuskie rozumienie rozdzielność państwa od Kościoła. Rzecz dotyczy sporu między fundamentalnymi prawami człowieka a państwem uzurpującym sobie prawo reglamentacji wolności osobistych.

1917–2017 zanim zaczniecie świętować

Zacznijmy od tego, że żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie obchodzi okrągłej, ani jakiejkolwiek rocznicy Bolszewickiej Rewolucji. To nie znaczy, że o samej tragedii powinniśmy zapomnieć. Przeciwnie, to, co sto lat temu przytrafiło się rosyjskiemu narodowi a potem się rozlało na pół świata, powinno być przypominane, analizowane i nauczane po wsze czasy. Ku przestrodze każdemu, komu kiedykolwiek przyjdzie do głowy, że istnieje jakaś droga na skróty do dobrobytu i powszechnej szczęśliwości. Cudowna ideologia, negująca naturalne prawa rządzące człowiekiem i rynkiem, będąca odpowiedzią na wszystkie nasze problemu.  Każdemu kto uwierzy, że w wojnie ras, klas czy na ten przykład destrukcji tożsamości narodowej i tradycji chrześcijańskiej, mogą być wygrani i przegrani.

Seks-skandal i wolny rynek prasy

Na co dzień w WEI nie zajmujemy się skandalami i życiem erotycznym gwiazd. Nawet jeżeli dotyczą najpotężniejszego producenta filmowego na świecie Harveya Weinsteina i kilku Oskarowych aktorek. W całym tym bagnie zafascynował mnie jednak całkowicie pomijany wątek hipokryzji i bezsilności tradycyjnych mediów. Po części odpowiedź na pytanie co sprawiło, że i nasz i amerykański świat w takim tempie obdzierany jest ze swoich świętych, nietykalnych elit.

Europa półksiężyca

  Za 30 lat muzułmanie będą stanowili większość w państwach starej Unii. Dechrystianizacja i auto-dezintegracja zachodniej cywilizacji szeroko otwiera drzwi dla radykalnej wersji islamu. Czy

Jak się zarabia na eko-histerii

Marne nasze widoki na energetyczne  zrozumienie  Brukseli. Nawet jeżeli Emmanuel Macron nie przeforsuje swojego radykalnego podatku Co2, to i tak grożą nam zawrotne wzrosty cen energii. Można zżymać a można też szukać miękkiego podbrzusza w twardej polityce klimatycznej Unii.

Nowa aura w Berlinie

Ci, z nas którzy dziś cieszą się z nowej aury w Berlinie z pewnością nie uważali na lekcjach historii.

Łapówka? Nie, to unijny realizm

Broń przydaje się na wojnie, ale zakupy broni kupują sojusze na czas pokoju.  Polska, jak pisaliśmy w ostatnim raporcie WEI – „ma najgorsze relacje z UE od 2004 roku i to w najgorszym dla siebie momencie” https://wei.org.pl/aktualnosci/run,wei-apeluje-o-klarowny-program-naprawy-relacji-z-unia-europejska,page,1,article,2784.html W czasie kiedy formatuje się nowa architektura Europy, my otwieramy front za frontem z Brukselą. Nawet w kwestiach gdzie mamy rację i przysługują nam prawa, nie potrafimy wywalczyć swojego, pozbawieni wpływowych obrońców w samej Unii. Nie wiem czy MSZ prowadzi ranking państw szczególnie zacietrzewionych i nam nieprzychylnych, ale gdyby taki istniał, to Francja znalazłby się na podium. I o to pojawia się okazja, może nie tyle pozyskania przyjaciela, ale przynajmniej zneutralizowania wroga. Mowa o zakupie francuskich okrętów podwodnych.

Europa po staremu

O naiwni my, co sądziliśmy, że Brexit będzie lekcją pokory dla Europy. Wierzyliśmy, że trauma pierwszej secesji Zjednoczonej Europy stworzy przestrzeń dla narodowego pluralizmu i

Macron gra o wszystko a my…?

To nie arogancja prezydenta Francji jest dla nas groźna, tylko cel jaki sobie stawia. Emmanuel Macron wybrał się w podróż po Europie Środkowej z krucjatą

Koń a sprawa Polska

Słyszę, że koniarze szykują konkurencyjną  aukcje do Pride of Poland. Na początek w Krakowie, później kto wie może, będzie wysyp pomniejszych aukcji –   zespół wespół

O co chodzi w ostatniej awanturze Trumpa

W  zeszłym tygodniu w Charlottesville w stanie Wirginia doszło do zamieszek po tym jak grupa obrońców białej rasy protestowała przeciwko rozbiórce pomnika generała Roberta Lee, dowódcy wojsk Konfederatów w wojnie secesyjnej.  Zwolenników supremacji zaatakowała rzesza lewicowych działaczy uzbrojonych w kije bajsbolow. Dla nich generał Lee pozostaje symbolem niewolnictwa.

Opozycja i jej ukochany fałsz logiczny

Z anty rządowej narracji niespodziewanie wyleciał nam faszyzm i stalinizm. Nie wiem czy opozycja uznała, że PiSowskie obozy śmierci i palenie książek na stosach już nam nie grozi, czy po prostu przyszedł czas na urozmaicenie tej  propagandowej monotonii. Tak czy owak, zrodził się  Polexit. Straszenie wyjściem Polski z Europy. Żaden szanujący się lewicowy program publicystyczny nie obędzie się dziś bez wymiany zdań na temat wychodzenia Polski z Unii Europejskiej.  Twardym i świeżym dowodem Polexitu ma być  wycinka drzew wokół Puszczy Białowieskiej i  zróżnicowanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn.

Droga do Wenezueli

W miarę jak Wenezuela płynnie przechodzi od socjalizmu do zbrojnej dyktatury, lewicowi publicyści zachodzą w głowę –  co tym razem poszło nie tak? Czytam rozważania

Polityka zagraniczna potrzebuje swojego 500 plus

Naszą politykę zagraniczną wyznaczają dziś bieżące potrzeby partyjnej narracji, a nie dalekosiężne interesy narodowe. Zamiast wizji wyrosłych z wartości i pogłębionych analiz, mamy politykę bon motów rzucanych na potrzeby wewnętrznych sporów. W polityce zagranicznej nie udało się stworzyć odpowiednika Planu Zrównoważonego Rozwoju, czy 500 plus, w polityce społecznej.  

Trudne rozmowy z Zachodnimi mediami

Bloomberg to twardy gracz na rynku mediów gospodarczych. Bywa, że stąpa po kruchym lodzie analizując i prognozując zachowania rynków. Chcąc – nie chcąc – wpływa

Zatrzymać czas

Niełatwo jest tworzyć prawa kiedy umysłami rządzą emocje. Wzburzona ulica z jednej strony i zaciekłość rządzących z drugiej. Niezależnie od intencji jakie przyświecały reformie sądownictwa to, co wykluło się z parlamentarnej jatki, w żaden sposób nie daje nadziei na sprawniejsze i bardziej wiarygodne sądownictwo. Jest jeszcze czas. Prezydent swoim wetem może na trochę wyciszyć te emocje i zacząć pisać prawo od nowa. 

Lobbyści w obronie Rosji

Zaczęło się od krótkiego technicznego tekstu w dzienniku dla kongresmenów „The Hill” – „Jak Ameryka może utracić swoją dominację w świecie przez sankcje energetyczne dla Rosyjskich firm?”. Po nim poszła cała seria, z Wall Street Journal włącznie. Jedni o psuciu relacji z Europą, inni o konsekwencjach gospodarczych, które wypchną Amerykę z Azji Środkowej, gdzie nie da się ominąć relacji z Gazpromem, a jeszcze inni o oddawaniu pola Chinom. Projekt ustawy rozciągający sankcje ekonomiczne dalej na rosyjskie firmy energetyczne, został przyjęty równo miesiąc temu przez Senat. I to jak większością 98 głosów przeciwko dwóm. Ponadpartyjne poparcie, wydawało się tak silne, że przegłosowanie sankcji w niższej izbie miało być tylko formalnością. Tym bardziej, że cieszyło się poparciem prezydenta.

Ten lipiec źle nam się kojarzy

To może tylko zbieg okoliczności, ale  nową ustawę o Sądzie Najwyższym Sejm będzie procedował równo 65 lat po konstytucji 22 lipca 1952. Fatalne skojarzenie. Wtedy

Europa po dwóch latach kryzysu migracyjnego

Gehenna Europy obleganej przez setki tysięcy, jak nie miliony imigrantów ze wschodu i południa, zdążyła obrosnąć własnymi legendami. Zarówno tymi opisującymi cierpienie uchodźców i dowodami egoizmu narodów europejskich, jak i przykładami bestialstwa dzikich ludów palących, grabiących, gwałcących i rozdeptujących zachodnią cywilizację. W lipcu mijają równo dwa lata od pierwszej wielkiej fali ludów przedzierających się z Syrii, przez Turcję, Grecję, Bałkany, Węgry dalej do Niemiec i na północ Europy.

Kiedy Putin i Trump wrócą do domu

Media od rana wezmą się za łby. Lewicowi eksperci będą dowodzić, że spotkanie w cztery oczy należało do Putina. Konserwatywny Trump okazał się słaby, miał związane ręce historiami o  ruskich powiązaniach i nie potrafił wymóc na Putinie przepraszam za zhakowanie amerykańskich wyborów. Obiecany rozejm w Syrii zostanie wyśmiany, jako pozbawiony gwarancji i wiarygodnego monitoringu. Jednym słowem znowu dał się wykiwać. Może.  Ale w przyszłym tygodniu będzie nowy tydzień. Agencja amerykańskiej Informacji Energetycznej ogłosi, że wydobycie amerykańskiej ropy znowu wzrosło, tak jak przez ostatni miesiąc średnio o 100 tysięcy baryłek dzienni, bijąc historyczne rekordy. Największy tankowiec świata Anna, właśnie skończył w piątek tankowanie, po raz pierwszy ropy łupkowej na eksport. I dalej z Corpus Christi popłynie odbierać Rosji kolejnych klientów. Za chwilę  Polska, Irlandia, Portugalia zaczną na stałe zaopatrywać się w amerykański gaz i ropę, a już dziś  gaz i ropę, na potęgę  kupują Chiny. Nic dziwnego, że zwlekają z budową wielkiej syberyjskiej rury, czekając na nowe ustępstwa Putina.  

Teraz Trump-Putin

Trump wyleciał z Warszawy i świat już żyje spotkaniem z Putinem. Stosunki z Rosją są dziś najgorsze od Zimnej Wojny i mała szansa żeby coś

Waszyngton–Berlin-Warszawa – beznadziejna sprawa

Przy okazji wizyty Trumpa pojawiło się sporo głosów przestrogi przed antagonizowaniem Niemców. Trochę z historycznej roztropności, trochę ze zwykłego pragmatyzmu, politolodzy bronili  idealistycznej wizji Polski

Trump w Warszawie a Xi na Kremlu

W partyjnej zapalczywości, naszym komentatorom, amerykanistom, politologom – tym  z lewej i z prawej, umknie pewnie inne czwartkowe spotkanie. W tym samym dniu i czasie, kiedy Trump będzie przemawiał na placu Krasińskich w Warszawie, na Kremlu Putina odwiedzi  przywódca Chin Xi. Zatrzyma się w drodze na szczyt G-20. Będzie pierwszym w historii chińskim przywódcą, który przylatuje do Rosji jak do kraju zależnego. W przenośni i dosłownie.

Minister bije pianę

Od czasu kiedy Minister Zdrowia stwierdził, że w Polsce mamy za dużo aptek, z uwagą śledzę jego ekonomiczne wyczucie i zmysł przedsiębiorczy Tym razem minister Radziwiłł, w samym szczycie upałów. doszedł do wniosku,  że piwo jest za tanie i obiecał wyższą akcyzę.

Dlaczego Merkel nie dogada się z Trumpem?

To nie jest pierwszy w historii zgrzyt na linii Berlin Waszyngton, ale z pewnością najpoważniejszy od końca II Wojny Światowej. Awantury o niemieckie nadwyżki w handlu ze Stanami Zjednoczonymi nie da się zasypać dyplomacją, tak jak nie da się pogodzić tych dwóch modeli ekonomicznych w obrębie jednego Zachodniego Świata. A przynajmniej nie tak skonstruowanego jak dziś.

G-7 uznaje prawo narodów do własnych granic

Do trzeciej nad ranem w niedziele trwały negocjacje G7. Anemiczny komunikat końcowy, trzy razy krótszy od tego przed rokiem, więcej mówi o Zachodniej wspólnocie niż słowa tam zapisane. W części poświęconej uchodźcom mamy podział na uchodźców i migrującą ludność i po raz pierwszy tak mocno wybrzmiało ostatnie zdanie – narody mają prawo do ochrony swoich granic. Coś, co od czasów Kongresu Wiedeńskiego wydawało się być trywialną prawdą, tym razem może być najgłębszą myślą od początku wybuchu kryzysu migracyjnego.

Europa potrzebuje Trumpa jak nigdy

Trump nie był pierwszym który bił na alarm, że Europa musi więcej wydawać na zbrojenia jeżeli ceni sobie swoją wolność.  Ale trzeba było tego nieokrzesanego brutala i nieprzewidywalnego noworysza, żeby Europa usłyszała. Trump nie prosił, nie przekonywał, tylko oznajmił, że NATO straciło sens. Nie żeby wróg zniknął, przeciwnie. Rosyjski apetyt rósł z każdą kolejną redukcją zbrojeń w Europie. Zniknęła tylko wola walki. Trump nie mniej nie więcej tylko oznajmił – walcie się. Nie płacicie, to ja wychodzę.

Reżim to reżim

Uczony odwiedził WEI. Amerykanin. Specjalizacji unikalnej – współczesne dyktatury. Dostojna uczelnia, doktor. Publikuje i czyta wszystko, co Zachód pisze o Kimie, Erdoganie, Maduro, Castro, Putinie i oczywiście Kaczyńskim oraz Orbanie. Nie wiem po co do nas przyszedł, bo wcześniej posiadł już wszystkie nauki. Był w Fundacji Batorego, w Krytyce Politycznej, w Gazecie Wyborczej i z samym Rzeplińskim miał chwilę.

Z czym do NATO

Może wreszcie rząd złapie oddech, może ktoś nas pochwali, może przełamiemy złą passę w polityce zagranicznej. Może. Czwartkowy szczyt NATO jest  pierwszym od miesięcy miedzynarodowym zlotem dyplomatycznym, gdzie nie będziemy desygnowanym chłopcem do bicia. Przeciwnie, deklarowane wydatki na zbrojenia plasują Polskę w elitarnej grupie prymusów. Pytanie czy utrzymamy się w pierwszej lidze, czy jesteśmy gotowi na nowe NATO, które w zarysach zobaczymy już pewnie w tym tygodniu.

Obezwladniająca moc absurdu

Z rosnącym zażenowaniem czytam kolejne oświadczenia światowych gremiów zrównujące Polskę z prowincjonalnymi dyktaturami. Powierzchowne, oderwane od rzeczywistości. Upolitycznione, najczęściej pisane w obronie wąskich grup nacisku

Marsz Francjo na prawo. Wreszcie

Kolejne wybory i kolejne potwierdzenie teorii, że Europa nie przeżywa żadnej rewolucji, ani tym bardziej katastrofy. Mamy do czynienia z prawicową korektą poglądów politycznych. Spóźniona, ale jest. Obserwujemy stopniowe przesuwanie się sceny politycznej z lewicowych, a w niektórych przypadkach skrajnie lewicowych, pozycji z powrotem w stronę centrum. Pierwszą rundę wyborów we Francji, wygrał kandydat umiarkowanej prawicy Emmanuel Macron. Wreszcie prawicy. Macron. 39 latek bez doświadczenia w kampaniach wyborczych pokonał skorumpowany socjalistyczny establishment i skrajną prawice kontrolowaną przez Moskwę.

Cena sprawiedliwości

Zauważyliście Państwo, że nic tak nie oburza piewców sprawiedliwości społecznej jak ustawa znosząca niesprawiedliwości społeczne. Za każdym razem kiedy ktoś obniża podatki, likwiduje jakiś absurdalny przepis dodający ludziom pracy i zbędnej fatygi, albo dodaje 500 złotych rodzicom zmagającym się z utrzymaniem i godnym wychowaniem dziecka, natychmiast mamy odpór lewicowej troski – ale dlaczego bogate matki też dostały 500? Czy ci bogaci za swoje ulgi podatkowe nie kupią sobie aby cygara i jachtu do rozpusty? No to teraz przed ludźmi wielkiej troski o staje arcy-dylemat  – rząd przyjął projekt ulgi ZUSowskiej. Mikro-przedsiębiorcy nie zapłacą ZUS przez pół roku a potem będą płacić proporcjonalnie do swoich zarobków. Oburzające jak to teraz ci zarabiający poniżej 5000 tysięcy zmarnotrawią te 1200 złotych naszego  ZUSu? Co też zrobią z tym majątkiem?

Gdzie UE będzie za 60 lat

Podpisy złożone, gale, baloniki, defilady – Europa hucznie wyprawiła swoje 60 urodziny. A i było co. Ze skromnych początków 1957 roku, Unia przeobraziła nam się w biurokratycznego goliata kontrolującego, a przynajmniej usiłującego kontrolować, każdy aspekt naszego życia. Reguluje to co jemy, co palimy, pijemy, jak prowadzimy  biznes, kogo zatrudniamy, jak mu płacimy, jak wychowujemy dzieci, jak kontrolujemy swoje emocje i jakich słów używamy. Wciąż, jak 60 lat temu, na transparentach ma wypisane – za demokrację i kulturową różnorodność. Z tą różnicą, że demokracja  przez te wszystkie lata musiała ustąpić trochę miejsca rygorom liberalizmu a różnorodność musiała się ograniczyć do obyczajowości i rezygnując z wszystkiego co stanowiło o unikalności każdego z państw członkowskich, ich konkurencyjności i niepowtarzalności.

Bank Światowy chce nam wcisnąć socjalizm

Klawo się czyta peany Banku Światowego na temat Polski. Kraju co tak przeskakuje po kilka stopni na światowej drabinie dobrobytu. Po całej tej brei wylanej w ostatnich miesiącach na nas, naprawdę serce rośnie. Proszę – ktoś nas docenia. I tak było przyjemnie, aż nie doszedłem do części poświęconej rekomendacjom na przyszłość. Co zrobić żeby było jeszcze lepiej?

PiS otworzył sobie nowy front

Czort wie co z tego się jeszcze wykluje. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że PiS wyczarował sobie jeszcze jeden front walki. Prezydenci i radni, reprezentujący 9 województw ogłosili 14 marca na konferencji w Warszawie  powstanie ogólnopolskiego Ruchu Samorządowego „Bezpartyjni” . Samorządowcy, trochę speszeni, jakiś czas krążyli, jak wokół słonia , wokół projektu nowej ordynacji wyborów do samorządów i zasad dwukadencyjności, która miałaby obowiązywać od zaraz. Ustawa wymiotłaby tysiące słabych, czy uzależnionych od lokalnych sitw, polityków, ale też przykładnych burmistrzów, radnych zasłużonych dla swoich regionów. W kwestii dwukadencyjności prezydent Zielonej Góry Janusz Kubicki odparował, jakby tylko czekał na to pytanie: „Jesteśmy za dwukadencyjnością powszechną. Do samorządów, ale też do Sejmu i Senatu. Niech PiS przegłosuje taką ustawę a potem ogłosi wszystkim nowe wybory”. Ot taka figura retoryczna, pokazująca jednak, że rząd czeka ostra przeprawa z samorządowcami. Poważniejszym problemem dla PiS może być rozbudzenie niedźwiedzia – narodziny nowej, tym razem zrównoważonej umysłowo i skutecznej w działaniu. To nie jest towarzystwo, które złapie za trąbki, fikuśne okulary i zacznie układać skecze o Kaczyńskim albo obnosić się z napisem „mam cipkę”. Równoległe konferencje zapowiadają prezydenci miast, lokalne samorządy w każdym z dziewięciu województw a do nich dołączają kolejni i kolejni.

Jak długo Tusk będzie chodził w glorii i chwale

To jak długo będzie żyła brukselska klęska rządu, zależy wyłącznie od rządu. Nie od tego czy w mediach uda się zagadać temat, narzucić przyjazną narrację, odwrócić uwagę, przerzucić odpowiedzialność, ale od pomysłu na skuteczną strategię. Nie przeciwko tylko na rzecz. Nie  przeciwko opozycji, sędziom, nauczycielom, aptekarzom, ale ofensywę  na rzecz dobrobytu.

Jeszcze słowo o unijnym centralizmie

Mało co tak irytuje  euro-elity jak odwoływanie się do głosu wyborców. Unia Europejska ma własne pojęcie o demokracji i przejrzystości. Dyskusje prowadzi się tu w

W wojnie o Tuska Brukseli nie chodzi o Tuska

W całej tej karuzeli poparć i wyparć kandydatów na prezydenta Rady Europejskej umyka nam istota problemu:  Prezydent Rady Europejskiej. Prezydent, który nie jest żadnym prezydentem, a jego kandydatura nie jest żadną kandydaturą. Tam nie ma żadnych wyborów. Kandydat jest desygnowany w zawiłym procesie zakulisowych kompromisów i nacisków. Gdyby Papieża wybierano w tak mętnych okolicznościach, to lewica okrzyczałaby Kościół Katolicki organizacją mafijną.

Efekt Szyszki

Cały weekend wsłuchiwałem się w ryk pił w okolicy.  Jak w  symfonię – „Zwycięstwo” Beethovena,  tyle, że nie Wellingtona, tylko właścicieli ziemi nad urzędnikami. Za  kilkanaście miesięcy na puste place wróci życie. Nie jakichś samosiejek, tylko rodzinnych domów, mieszkań, całych osiedli. A za dwadzieścia lat historycy będą mówili o budowlanym Efekcie Szyszki.

Człowiek, który odmienił twarz kapitalizmu

On pierwszy dostrzegł romantyzm tam gdzie inni widzieli tylko zimny materializm. On pierwszy pisał o pazernej podłości, tam gdzie wszyscy wypatrywali romantyzmu i sprawiedliwości. Michael Novak – jeden z najwybitniejszych umysłów amerykańskiego konserwatyzmu, jak nikt przed nim ani po nim, potrafił nazwać różnicę między kapitalizmem a socjalizmem. Między systemem zrodzonym z natury człowieka i dla człowieka  a systemem narzuconym podstępem fałszywej troski.

Jak powinniśmy reagować na wydarzenia w Waszyngtonie

Waszyngton stoi w ogniu co najmniej trzech skandali. Ze wszystkich wojen jakie toczą się dziś w Białym Domu, dla nas najważniejsza jest ta w sąsiednim budynku – Old Executive Building, skąd kierowana i gdzie wypracowywana jest amerykańska strategia wobec Rosji. W miarę jak opada kurz po odejściu szefa doradców Trumpa, widzimy, że chaos pozostanie stałym elementem gry politycznej w Ameryce.  Wyzwanie jakie staje dziś przed Polską można porównać tylko do zabiegów o przyjęcie nas do NATO, a kto wie, czy nie do wielkiej naszej porażki i próby wpływania na rząd Franklina D. Roosvelta przed spotkaniem w Jałcie.

SOR jak Hejnał Mariacki

Polska ma dość irytującą tradycję wielkich strategii w niewielkim stopniem realizacji. Obszerne dokumenty, odważnie sięgające po angielskojęzyczne terminy i wymyślne hasła, które zwykle żyją dłużej w ludzkiej pamięci niż reformy, które obiecywały.

W poszukiwaniu podmiotowości

Słabo czytam język dyplomatycznej oględności. Stąd pewnie poczucie niedosytu po expose ministra Waszyczykowskiego, w którym nie znalazłem prostej konstatacji, że łatwiej nam już w Europie

Programowe niezrównoważenie

Rząd odesłał program „Zrównoważonego Rozwoju” do poprawek. Nie mam pojęcia co takiego wicepremier Morawiecki ma uzupełnić, ale życzyłbym sobie, żeby z równą gorliwością i przywiązaniem do szczegółów rząd podchodził do dziesiątek innych programów i projektów, które rozpatruje i z których trzeba było się wycofywać, albo co gorsza, z których nie wycofano się na czas. Jak choćby kary więzienia za błąd przy wystawianiu faktury, zwielokrotnienie i przywrócenie kontroli skarbowych bez ostrzeżenia, nowe regulacje komornicze, demontaż energetyki wiatrowej, zamrożenie obrotu ziemią, próba pogrążenia polskich aptekarzy i tak mógłbym jeszcze długo o projektach, włącznie z ostatnim pomysłem województwa warszawskiego czy braku refleksji nad niektórymi zapisami 500 plus, rozregulowującymi rynek pracy.

Historia zawraca cichcem

W historii najtrudniej jest ustalić moment od którego mamy odliczać nową erę. Bywa, że data pokrywa się z jakimiś spektakularnym wydarzeniem, a bywa, że historia  sama dokonuje zwrotu. Ot tak, w zwykły dzień roboczy i niezauważona przez współczesnych, pędzi sobie dalej w zupełnie innym kierunku. Mam wrażenie, że w tym tygodniu dokonała swojego zwrotu. Nie za sprawą  końca czy poczatku jakiejś wojny, ale zwykłych słów i półsłowek. Sporo tego było. Kiedy prezydent Trump nie groził Meksykowi interwencją zbrojną, to wydzierał się  na premiera Australii. Kiedy prezydent Europy Donald Tusk nie głosił, że Trump stanowi zagrożenie dla Unii Europejskiej jak Putin, to Marie LePen zapowiadała nowy pakt z Putinem, a Boris Johnson, że Wielka Brytania nie potrzebuje unijnej łaski. Trump Tuskowi nie został dłużny i wyraził przekonanie, że Europa jak Anglia, też byłaby lepsza bez Unii. Kilka godzin później przywódcy parlamentu Europejskiego zażądali żeby Komisja Europejska nie uznała nowego ambsadora US przy UE Teda Mallocha. W odpowiedzi Trump,  bez konsultacji z Brukselą złagodził sankcje wobec Rosji i zniósł zakaz handlu amerykańskich firm z putinowskim służbami FSB. Nie wiem czy otwarcie rosyjskim szpiegom sklepów z elektroniką było żywotną potrzebą Amerykanów, ale fakt, że nastąpiło w miesiąc po publikacji raportu o rosyjskich podsłuchach w USA i kilkanaście godzin po wznowieniu ataku na Ukrainę , dodaje wydarzeniu posmaku nowej ery.  Podobnie zresztą jak wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego karcącego kanclerz Merkel . Naszemu najwierniejszemu dotychczas sojusznikowi w konfliktach, z naszym największym wrogiem – z Moskwą,  oberwało się za złą postawę wobec Polski. Z kolei,  na coraz bardziej osamotnioną i ostrzeliwywaną Ukrainę,  nasz rząd obraził się za złą postawę wobec… historii.  Niby nic się nie stało, ale mam wrażenie, że nic już też nie chce być jak kiedyś.

Jak Cosmici doprowadzili do wojny z imigrantami

  Karambol na lotniskach i demonstracje w miastach, po tym jak Trump zakazał wpuszczania do Ameryki  obywateli siedmiu islamskich państw,  to dopiero początek wielkiej transformacji

Zrozumieć Trumpa

Trumpizm, czyli to jak Prezydent Trump komunikuje się ze światem, pozostaje problematyczny i pewnie przysporzy mu jeszcze sporo kłopotów.  Nie mylmy jednak stylu z treścią.

Czego dowiedzieliśmy się z przesłuchań w amerykańskim Senacie

Kiedy większość polskich dziennikarzy uganiała się po Sejmie, jak za pokomenem, w poszukiwaniu jakiegoś lidera opozycji, w Waszyngtonie trwały przesłuchania członków gabinetu przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych – przyszłego Sekretarza Stanu Rexa Tillersona i przyszłego sekretarza obrony Generała Jamesa Mattisa. Tych samych, którzy jeszcze trzy tygodnie temu mieli nas ponoć zaprzedać Rosji. Jeżeli Putin szukał jakichś sygnałów amerykańskich ustępstw i dowodów przyjaźni, to na pewno nie usłyszał ich na senackiej Sali przesłuchań.

Pożegnanie Obamy

Niech widok mężczyzny płaczącego ze wzruszenia własnym przemówieniem, zostanie z nami jako memento lewicowej prezydentury Baraka Obama. Jego obrońcy sporo mówią o inspiracji, i nadziei, która zostanie dla przyszłych pokoleń. Nie komentuje tego czego nie potrafię zmierzyć, ale to co widać i słychać wystarczyłoby na obdzielenie kilku fatalnych prezydentów Ameryki.

Scenariusz, którego rząd nie powinien lekceważyć

Nie mamy jeszcze oficjalnych odczytów za czwarty kwartał 2016 roku, ale z wstępnych szacunków WEI wynika, że zatrzyma się on na granicy 2 proc., co da nam roczny odczyt na poziomie 2.5 proc. wzrostu PKB. Wynik dużo poniżej oczekiwań, co opozycja odtrąbi jako kompromitację rządu i jeszcze głośniej będzie żądała unieważnienia głosowania nad budżetem.

Znaczący krok w stronę państwa socjalnego

Rząd w trosce o niskie płace ochroniarzy i sprzątaczek, stworzył milowy krok w stronę rozmontowania wolności gospodarczych. Jak zwykle zrobił to nieudolnie i zaraz wszystko będzie po staremu. Tyle że przedsiębiorcy zostaną przywaleni kolejną toną dokumentacji, a prawo stanie się jeszcze większą farsą. Gratulujemy rządzącym tak pięknie mówiącym o wspieraniu małych i średnich firm.

Trump ostatnią nadzieją lewicowej Europy

Jak przekornie by to nie zabrzmiało, to właśnie Donald Trump może być ostatnią nadzieją europejskiej lewicy. Najbardziej znienawidzony, obrzydzony przez nich polityk tego stulecia, wbrew soc-europejskim rządom może wyrwać Europę z gospodarczej zapaści. A tak na dobrą sprawę już to robi. Zanim jeszcze objął rządy, jego program i jego pro-rynkowe obietnice mają już ożywczy wpływ na makroekonomiczne wskaźniki na zachodzie Europy.

I znowu nie ma katastrofy

To nie był dobry tydzień dla wyznawców końca cywilizacji i rozpadu wolnego świata po wyborach Trumpa na prezydenta. Nie ziściły się katastroficzne przepowiednie. Pewnie państwo pamiętacie, że Trump miał się otaczać wyłącznie lizusami bez charakteru, ludźmi o których nikt nie słyszał, a jeżeli już to tyle tylko, że nie mają za grosz doświadczenia. Sorry,  zamiast kompromitującego składu gabinetu Amerykanie ujrzeli listę imponujących nazwisk na najważniejsze stanowiska w państwie. Doświadczone, szanowane postacie, często ikony ruchu konserwatywnego. To jedna z tych rzadkich, bezcennych chwil kiedy osłupiali komentatorzy CNN odkrywają, a to, że dolar nie stoczył się na dno i giełda rośnie w siłę, a to, że Trump tworzy w pełni profesjonalny rząd. To z pewnością nie jest lista marzeń progresywistów, ale to jest lista ludzi z którymi amerykańska gospodarka może dalej kwitnąć, a Ameryka i jej sojusznicy mogą czuć się bezpieczniej.

Dobrobyt z podatków klejony

Nieźle oberwało mi się za wpis na twitterze, o tym, że żaden rząd nie podwyższył mi tak szybko podatków jak PiS. Pewnie mają rację ci, którzy skonstatowali, że tych kilka złotych więcej w imię sprawiedliwości społecznej wyjdzie mi na zdrowie. „Wypali pan jedno cygaro mniej i tyle”. Pytanie raczej czy to jedno cygaro uleczy też polską gospodarkę?

Lewicowa fascynacja Castro

Śmierć Castro nie zasłużyła na wpis na naszej stronie. Niczego nie kończy ani nie zaczyna. Jeżeli za rok za pięć nastąpi nowe otwarcie na Kubie – prawdziwe wybory i wolny rynek, to wtedy będziemy pisać o historycznej chwili.  Dziś piszemy o hipokryzji progresywnej lewicy w świecie. O ludziach jak Jean Claude Juncker,  Jimmy Carter, premier Kanady Justin Trudeau i setki innej twitterowej lewicy z nostalgią żegnającej jedną z najbardziej odrażających postaci w historii. Nie jestem psychiatrą , nie będę przegryzał się przez meandry ich logiki. Zastanawiam się tylko skąd w  każdym socjaliście ten skryty podziw dla oprawców własnego narodu. Co ludziom, na okrągło odmieniającym słowo wolność, każe podziwiać tchórzliwego despotę, który do śmierci nie odważył się wystawić swojego dzieła pod osąd własnego narodu. Czyżby to jakieś skryte marzenia o totalnej kontroli?

Nauki ginącego gatunku postępowca

Żal i poczucie głębokiej niesprawiedliwości Michnika po utraconych dotacjach państwa pokazuje problem całej formacji progresywnej. Wszędzie tam, gdzie lewicowe środowiska tracą kontrolę nad redystrybucją pieniądza, nad stanowieniem praw i priorytetów społecznych, pojawia się słaby, bezradnych człowiek, nieprzygotowany na realia normalnego życia. Państwowy wikt stworzył cała generacje uzależnionych od państwa, naprawdę ich unieszczęśliwiając.

Czekając na tej jeden jedyny slajd

Żyję na tyle długo żeby wiedzieć, że żaden polityk nie przechytrzy natury ludzkiej. Jej prostej, zwierzęcej chęci zysku najmniejszym kosztem. Im bardziej złożone są recepty na dobrobyt i wymyślne próby manipulowania zachowaniami tym marniejsze są nasze widoki i tym szybszy jest koniec polityków. Nie chcę się już więcej znęcać nad słowami prezesa Kaczyńskiego, który w przeddzień ogłoszenia konstytucji dla przedsiębiorców, mówi, że część z nich na złość rządowi nie chce się bogacić i rezygnuje z inwestycji. Pal licho obniżkę wieku emerytalnego. Za te dziesięć lat i tak nie wyżyłbym z tego, co w ZUSie zostanie. Ale te niekończące się zapowiedzi zrywu, uruchamiania magicznych trybów inwestycji strategicznych, cały ten polityczny Alugastrin na niestrawności i chropowatości ekipy rządzącej, nie wróży nic dobrego.  Rok, półtora może podziała, ale bez zmiany diety skończy się zwykłą sraczką.

Banalny koniec progresywnego eksperymentu

Uliczne protesty, użalanie się na demokrację – wszystko to jest do bólu przewidywalne. Wszystko skończy się równie szybko jak skończyła się zapowiadana panika rynków po wyborze Trumpa. Jeden argument wymaga jednak krótkiej riposty – „Hitler też był wybrany w demokratycznych wyborach”. Hitler był jeden. Nie liczę oczywiście lewackich ekstremistów i dyktatorów wybranych w wolnych wyborach w Wenezueli czy Chile. Najwięcej w historii mamy jednak przykładów progresywistów, liberałów, socjalistów– lewicowych partii i ich przywódców odsuniętych od władzy w pełni demokratyczny sposób. Tylko po to żeby zrobić miejsce komuś, kto odbuduje kraj po kolejnym, zbankrutowanym eksperymencie społecznym. Reformom przeprowadzonym w imię jakichś progresywnych iluzji. 

I elity znowu osłupiały

Donald Trump nazywa ich “Zapomnianymi Amerykanami”, Reagan mówił o “Milczącej Większości”. Przymiotników jakimi określały republikańską większość demokratyczne elity, jest więcej. “Frustraci” “Żałosna garstka” …  znamy je wszystkie na pamięć. Nie trzeba było do tego śledzić amerykańskich wyborów. Wystarczy odświeżyć sobie  kampanie wyborcze w Polsce, w Austrii, czy referendalną w Wielkiej Brytanii. Ten sam scenariusz, a potem to samo rozczarowanie – dlaczego nie wiedzieliśmy, że Ameryka jest tak podzielona, dlaczego zawiedli nas eksperci i sondażownie. I dalej wielkie oburzenie – na niedojrzałych wyborców, na bigotów, zakłamane media. Jedno wielkie zdziwienie, że nie tak się umawialiśmy. Otóż na nic się nie umawialiśmy. Ani w Polsce, ani na Węgrzech, ani w Wielkiej Brytanii, ani też w Niemczech, czy we Francji, gdzie za chwilę zaskoczone elity będą marszczyć brwi.  

Jaki diabeł opętał Amerykę?

Niezależnie od wyniku wyborów, Amerykę czekają największe przeobrażenia od lat 60 tych. I nie będzie to zasługa żadnego z kandydatów, ich buty, fanfaronady ani wulgarnej obyczajowości. To głębszy proces społeczny, którego lepsze zrozumienie może pomóc też polskiemu rządowi w konstruowaniu założeń nowej polityki zagranicznej.

De-amerykanizacja Ameryki

To co najbardziej porusza w amerykańskich wyborach, to, że to są właśnie amerykańskie wybory. Kraj od bez mała 100 lat wyznaczający zasady demokracji, jedyny w swoim rodzaju kompas moralności w polityce, lada chwila może wybrać na prezydenta jedną z najbardziej skorumpowanych postaci w zachodniej polityce. Ważniejsze od wyniku wyborów będzie to jak i czy Ameryka poradzi sobie z moralnym upadkiem swojej demokracji.

Komisja do spraw beznadziejnych

Mniejsza o zmarnowane siedem lat negocjacji. Mniejsza o CETA. Kanada przeżyje bez Europy i Unia bez Kanady. Jeszcze jakiś czas pociągniemy, choć patrząc na sekwencje zdarzeń i ostatnich projektów, to z CETĄ czy bez, Komisja Europejska prowadzi nas do samounicestwienia.

Mesjasz sprawiedliwości podatkowej

Podatki bywają znośne, bywają wysokie, durne i bezskuteczne, albo chytre i ukryte. Ludzkość przywykła. Ale od czasu do czasu pojawia się mesjasz sprawiedliwych podatków, który zamiast mówić o wpływach do budżetu zaczyna głosić, że zrówna jednych z drugimi i zaprowadzi równość w państwie. Nie wiem, skąd się biorą tacy ludzie i jak ekonomista ZUS-u swoimi skrajnie lewicowymi poglądami nagle opętał prawicowy rządu, ale państwu i gospodarce wróży to jak najgorzej.  

Kiedy świat tkwił wpatrzony w brytyjskiego funta

Hitem weekendu był spadający funt. Jedna z tych informacji, która nie wymaga już komentarza. Wiadomo – Brexit. Charakterystyczne też, że to, co umknęło mainstreamowi, to wystąpienie premier Theresy May. Dzień wcześniej pani premier stanęła przed członkami swojej partii i w świetle kamer, tym swoim szorstkim tonem, wygłosiła jedno z najbardziej emocjonalnych przemówień XXI Europy. Coś, co do historii przejdzie jako koniec epoki globalizacji.  „To musiało nastąpić” – oświadczyła. May ogłosiła powrót państwa.

Początek nowego początku

Dziś Premier Wielkiej Brytanii Teresa May ogłosi decyzję o anulowaniu „The European Communities Act”. Blisko ćwierć wieku od ratyfikowania traktatów europejskich Londyn zdecyduje, że nadrzędnym prawem  Wielkiej Brytanii będzie od teraz  prawo brytyjskie a nie unijne. Za kolejne ćwierć wieku nikt nie będzie pamiętał ile na wartości stracił funt, ile i jakie banki przeniosły siedziby z wysp na kontynent. W podręcznikach zostanie tylko ta data. Początek końca nieudanego eksperymentu. Wspaniałej idei uwolnienia handlu , ograniczenia regulacji i swobody przemieszczania się ludzi po całym kontynencie. Usuwania wszystkiego co ludzkości stało na drodze do osobistego szczęścia i bogacenia się.

Straszenie Trumpem

Z pewnym rozbawieniem słucham ostrzeżeń publicystów upatrujących w Trumpie agenta rosyjskich interesów i zwiastuna europejskiej katastrofy. W zeszłym tygodniu Rosja zbombardowała dwa kolejne szpitale w Syrii, dokonała kolejnych włamań do telefonów sztabów wyborczych w Ameryce i przesłała posiłki zbrojne na front ukraiński. W odpowiedzi, prezydent USA, ten demokratyczny jastrząb – sumienie wolnych narodów… nie było żadnej odpowiedzi.

Wielkie przenicowanie Ameryki

Ani bomby Nowego Jorku ani strzały w Charlotte nie zdecydują o wyniku wyborów w Ameryce. Gender, imigranci, prawo do noszenia broni, Rosja, Syria, wszystkie te punkty zapalne kampanii, to zaledwie potyczki w zderzeniu dwóch kultur, redefiniujących Amerykę i jej afiliacje polityczne. Ostatni raz podobne przebiegunowanie między partiami obserwowaliśmy pół wieku temu. Rządy przejmował wtedy prezydent Johnson, zwracający partię w kierunku mniejszości i pracującej klasy średniej. Przegranym kandydatem był zaprzysięgły narodowy konserwatysta Barry Goldwater. Goldwater przegrał i partia republikańska wyciągnęła z tego wnioski idąc w kierunku bogatszej, lepiej wykształconej i otwartej na świat Ameryki. Wybory 2016 wywracają ten podział z powrotem do góry nogami. 

Oda do młodej gwiazdy partii władzy

Ilu to ja już widziałem takich jak ty. Królów jednego sezonu politycznego, a potem wyśmianych i sponiewieranych przez własnych idoli partyjnych. Nie zliczę. Tak jak ty, wszyscy zaczynali wcześnie, bardzo wcześnie. Masz te swoje dwadzieścia parę lat, w rubryce doświadczenie wpisujesz „zapał”. Masz za sobą koła naukowe i z dumą mówisz o sobie weteran młodzieżówek politycznych. Z głowy cytujesz Pikettyego, Żiżka, a może Hayka czy Smitha. Pewnie już skończyłeś studia, ale całą wiedzę, karierę i sznyt polityczny zawdzięczasz jednemu swojemu politycznemu mentorowi. Nic tak cię nie denerwuje jak przytyki, że zrobiłeś karierę nosząc teczkę za ministrem. To była mordercza praca. Nigdy nie opuściłeś żadnego wiecu. Kiedy inni robili specjalizacje, czy kuli do egzaminu radcowskiego, ty odbierałeś za niego telefony. Płynnie kłamałeś, jego żonie, a dziennikarzom rugałeś za tupet. Po nocach wyszukiwałeś linki, żeby rano w Sejmie zabłysnął jakimiś cytatem. Wymyślałeś nośne hasła, nawigowałeś za niego w twitterze. Dzień w dzień robiłeś więcej niż ci, którzy wylądowali w agencjach reklamowych czy uprawiają PR i kończą pracę o 17ej. Przy piwie od koleżanki z policji wydostałeś kilka informacji, które pogrążyły tego durnia z opozycji. Fakt, że były podróże, egzotyczne konferencje, mieszkanie służbowe, samochód z kierowcą, ale to ty a nie te mądrale poświęciłeś życie dla ojczyzny. Szybko się uczysz, nic dziwnego, że teraz stawiają cię na spółki z godziwymi pensjami. Ale jest coś czego jeszcze nie wiesz. Trudno ci sobie wyobrazić, że nagle na pierwszej stronie jakaś gazecina wybije twoje nazwisko, że za pieniądze spółki, czy ministerstwa załatwiałeś wyjazd narzeczonej na Kanary, albo, że płaciłeś gotówką za mieszkanie. Niby głupstwo, niby da się dowieść niewinności, ale nikt nagle nie chce słuchać twojej wersji zdarzeń. Nawet jak wysłuchają, to tylko po to, żeby dopisać jaki jesteś żałosny. Szef dla którego kłamałeś, zwodziłeś, kryłeś jego lewe diety i przejazdy, a potem podżyrowałeś pożyczkę córce, ten sam szef poklepie cię po plecach i powie, że musisz się poświęcić, ale partia nie zapomina. Nic się nie martw, trzeba mieć grubą skórę. Dziś trudno ci w to uwierzyć, ale ten mentor, protektor, któregoś poranka od niechcenia rzuci w radio, że bardzo go rozczarowałeś. Zabierze ci telefon, ktoś kto zajmie twoje miejsce wyczyści wszystkie maile w sprawie i powie, prokuratorowi, że ktoś z twojego konta włamał się na serwery. Czego jeszcze nie wiesz – a to wierz mi boli – ci wszyscy ludzie, których masz dziś na wyciągnięcie komórki i obiecywali, że u nich zawsze znajdziesz jakieś miejsce, nie odbiorą już twoich telefonów. Dziennikarze co uganiali się dniem i nocą, błagali o komentarz, teraz powiedzą ci – sorry ale ty już czytelnika nie grzejesz. Jestem silny, nie dam się – każdy tak sobie mówi. Będziesz biegał maratony, wspinał się na góry, ale nikt nawet nie zalajkuje tego na twojej stronie. Spróbujesz kariery w PR – w końcu znasz tyle ludzi. I może kiedyś ci się uda, ale do końca życia prześladować będzie cię ten prześmiewczy tytuł jednego z tabloidów. Patrzę na tych młodych ludzi garnących się do rządu – butnych, aroganckich i żal mi ciebie nowa gwiazdo. Bo wiem jak żałośnie będziesz wyglądał za rok może trzy.

Jakiej kontrrewolucji potrzebujemy

Bardziej niż uszczęśliwiająca ludzi na siłę lewica, niepokoi mnie uszczęśliwiająca prawica. Nie żeby robiło mi różnicę kto zakazuje pracy w niedzielę, obdarowuje lekami, czy podnosi płace minimalną, zamiast pochylić się nad kwotą wolną od podatków. Rzecz w tym, że  niespodziewanymi adwokatami anty-wolnościowych pomysłów stają się ludzie na co dzień broniący wolności gospodarczych. Nie wiem do czego sprowadzi się kulturowa kontrrewolucja Kaczyńskiego i Orbana, ale wiem, że bardzo przydałaby nam się kontrrewolucja rynkowa. Porzucenie modelu francuskiego rynku pracy, niemieckich regulacji płac, genderowych kwot i szwedzkich przywilejów dla kobiet a nade wszystko szczodrych programów wpierania niepracujących, które ten rząd zdaje się kopiować na wzór Zachodniej rewolucji socjalistycznej. 

Ile razy nas okradną zanim zmądrzejemy?

Oszustwa i podłości warszawskiego Ratusza, można jeszcze pewnie naprawić. Odebrać kamienice, ukarać winnych, zrekompensować straty wyrzuconym mieszkańcom. Gorzej, że przy okazji obrzydzono nam samą reprywatyzację. Zacznijmy wreszcie nazywać rzeczy po imieniu. Mamy aferę Gronkiewicz-Waltz, ewentualnie skandal korupcyjny sitwy polityczno-urzędniczej, ale nie mieszajmy do tego reprywatyzacji. To jeden z najważniejszych i najbardziej potrzebnych nam procesów po upadku PRLu. Nie róbmy młodym ludziom wody z mózgu, bo gotowi pomyśleć, że ochrona własności prywatnej to jakiś mafijny biznesik. Fajnie jest mieć kolorowe sklepy, apartamentowce ze szklanymi windami, parki, klimatyzowane restauracje, wodotryski, ale to jeszcze żaden kapitalizm. Lepsze zobaczycie w Moskwie, czy Turkmenistanie. I wszystko to w jednej chwili obrócić może się w pył, jeżeli nie zostanie obwarowane gwarancjami własności prywatnej. Tak, jak budynek po budynku rozpadał się PRL i tak, jak ulica po ulicy, dom po domu, odradzała się III RP. Polska w światowym rankingu wolności Heritage Foundation wciąż wysoko plasuje się jeżeli chodzi o ochronę własności prywatnej. To, z kolei, przekłada się na zaufanie, inwestycje i wszystko to, co za tym idzie, ze szklanymi domami i wodotryskami włącznie. Reprywatyzacja to nic innego, jak gwarancje własności, że kradzież mienia nigdy nie będzie tolerowana i nikt w Polsce nie może czerpać z tego korzyści. Fatalnie się stało, że w III RP traktowana była po macoszemu. Posuwała się do przodu, ale opornie i raczej wbrew politykom niż dzięki nim. Najpierw za sprawą środowisk wywodzących się z PRLowskich elit, potem już nowych elit, ale również korzystających z niejasności i nieścisłości regulacyjnych. Przy każdej próbie rozwiązania problemu w sposób systemowy słyszeliśmy, że Polski nie stać na odszkodowania. Bzdura. Majątek i tak był zwracany, tyle tylko, że nie zawsze prawowitym właścicielom. Mało tego, od 2002, kiedy to prezydent Kwaśniewski zawetował ustawę reprywatyzacyjną, wydaliśmy na wcześniejsze emerytury, dla samych tylko górników, prawie dwa razy tyle ile potrzebujemy na odszkodowania za skradzione po wojnie mienie. Przy czym, te 70 mld potencjalnych odszkodowań częściowo można byłoby zwrócić w postaci innych nieruchomości znajdujących się w rękach państwa. Chwilę nam, naiwnym, zajęło, żeby zrozumieć, że w rzeczywistości okradziono nas dwa razy. Najpierw dokonali tego komuniści, a potem, na mieniu zawłaszczonym przez sowieckie państwo, uwłaszczali się kolejno ich polityczni spadkobiercy i szajki polityczno-urzędnicze nowych elit III RP. Jedni i drudzy potrzebowali czasu na skorumpowanie urzędników, potrzebowali zamieszania w przepisach, ogłupiałych sądów i nader przychylnych mediów. Przejrzyste, proste prawo zawsze jest wrogiem skorumpowanych polityków. To im służyło veto Kwaśniewskiego a potem odwlekanie procesu przez Komorowskiego.

Histeria czy hipokryzja

Więzienie za kłamstwa czy historyczne herezje zawsze będzie się nam źle kojarzyć. Nawet jeżeli już mamy precedens kar za negowanie Holocaustu, to właściwą instancją ochrony dobrego imienia Polski powinny być sądy cywilne, a nie karne.Sama idea napiętnowania, a jak trzeba skarżenia tych, którzy świadomie fałszują pamięć historyczną, nie powinna zaskakiwać w epoce, w której miejsce armat zajmują portale społecznościowe, a atak na wizerunek bywa groźniejszy od pospolitej dywersji czy sankcji gospodarczych. I w tej kwestii Polska z pewnością może liczyć na zrozumienie. Warto przypomnieć, że największe organizacje żydowskie podzielają nasze oburzenie na nazywanie niemieckich obozów zagłady polskimi. Zagrożenie karą więzienia przenosi jednak spór w zupełnie inny wymiar.Kara zaczyna żyć własnym życiem. Staje się ważniejsza od zbrodni. Nie mówiąc już nawet o trudnościach z jej wyegzekwowaniem, daje głoszącym kłamstwa unikalną szansę kreowania się na ofiarę „obsesji” polskiego rządu i nagłaśniania upokarzającej dla nas, antysemickiej narracji. Na przekór intencjom złośliwy rozgłos, jaki nadano ustawie, jeszcze bardziej relatywizuje winę właściwych sprawców. Stąd też ustawę przyjęliśmy z mieszanymi uczuciami. Przekonani, że na koniec liczyć się będą efekty, zmiana postaw i wizerunku, a nie ustawy i rozgłos, który wcale sprawie nie musi dobrze służyć. Jednym słowem trzeba było wytoczyć jeden, dwa procesy, wygrać je w sądach za granicą i wtedy zacząć nagłaśniać wyroki niezależnych sądów.Na marginesie debaty naszą uwagę zwróciła reakcja środowisk lewicowych. Wojownicy politycznej poprawności w ściganiu oszczerstw przeciwko Polsce dostrzegli zamach na wolność słowa. Z nieukrywanym zdumieniem wsłuchiwaliśmy się w głosy ludzi, którzy na jednym oddechu apelują o ściganie i karanie „mowy nienawiści”, do której zaliczają krytyczne opinie pod adresem nielegalnych imigrantów, muzułmanów czy kwestionowanie przywilejów dla kobiet. Nie sposób w tym miejscu zgłębić wszystkich meandrów lewicowej logiki, ale kilka argumentów warto tu przytoczyć. Jak choćby zarzut, że w języku angielskim zwrot „polskie obozy” znaczy tyle samo, co obozy na terenie Polski. Bzdura. W angielskim, tak samo jak w języku polskim, „polskie obozy” odnoszą się nie do miejsca, tylko ich pochodzenia, ewentualnie narodowości.Tak jak po polsku konieczny jest przyimek – obozy w Polsce. Nawet jeżeli złożymy to na karb nieznajomości języka, to trudniej nam zgodzić się z argumentem o niewinnej, nieszkodliwej pomyłce. Oczywiście może być tak, że wiele osób bezmyślnie powtarza ten sam błąd. Tak się utarło i tak powtarzają. Ale nie dzieje się to bez konsekwencji. Słowa drążą świadomość i niby mimochodem stajemy się współwinnymi koszmarnej, zaplanowanej zbrodni. Kolejny argument wyśmiewający przewrażliwienie. Czy „histerię” rządu, brzmi szczególnie w ustach tych samych działaczy lewicowych, którzy domagają się uznania, że większość kobiet w Polsce jest ofiarami seksualnego molestowania. No cóż, pewnie łatwiej idzie tego dowieść w kraju twórców obozów zagłady niż kraju ofiar niemieckiej eksterminacji.POŻEGNALIŚMY JARKAW ostatnią sobotę na cmentarzu w Józefowie pożegnaliśmy naszego kolegę i przyjaciela Jarka Gizińskiego. Doskonałego dziennikarza, człowieka o ogromnej wiedzy o świecie, ale też potrafiącego o nim mówić i pisać jak już mało kto w Polsce. Trzy tygodnie temu Jarek, już ciężko chory, przechadzał się po redakcji i w trudnych godzinach zamykania wydania rozładowywał napiętą atmosferę anegdotami o zwyczajach dziwnych ludów. Ostatnie swoje teksty pisał już ze szpitala, wzbogacając je bardzo osobistymi wpisami w internecie o znaczeniu przemijającego czasu i zdjęciami w maskach polinezyjskich plemion. A kiedy dowiedzieliśmy się, że już więcej nic nie napisze, usłyszeliśmy jeszcze od jego najbliższych, że pogrzeb ma być w sobotę, żeby nie przeszkadzać nam w zamknięciu numeru.***Tekst ukazał się we WPROST

Rząd trwoni koniunkturę

Deklaracje polityków rzadko współgrają z realiami politycznymi. Jest poezja obietnic wyborczych i jest proza rządzenia. Są strategie, wizje i są gry interesów. To wiemy, a mimo wszystko przepaść między oficjalnym programem rządu a jego realizacją zaczyna nas mocno niepokoić.Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zawierała wiele wskazań, jak wykorzystać obecną koniunkturę gospodarczą do zbudowania trwałej i silnej pozycji Polski w świecie. Praktyka legislacyjna, tu i teraz, sprowadza się jednak do trwonienia tej koniunktury na potrzeby chwilowych korzyści politycznych. Czasem w postaci popularnych przywilejów społecznych, a czasem ustaw poszerzających wpływy poszczególnych ministrów.W rezultacie zamiast obiecanego „przyjaznego otoczenia legislacyjnego” przedsiębiorcy ujrzeli projekt ustawy z zapisem o karze 25 lat więzienia za nadużycia VAT i zapowiedź konfiskaty firmy na czas wyjaśniania zarzutów stawianych właścicielom firmy. Ustawa może i pomaga rozwinąć skrzydła nadgorliwym prokuratorom, ale na pewno nie przedsiębiorcom. Zamiast obiecywanego „uproszczenia systemu podatkowego” przedsiębiorcy mają teraz stracić prosty, przejrzysty ryczałt na ZUS i płacić wyższe składki proporcjonalne do dochodu. Zamiast jednej policji skarbowej mieliby dwie – fiskus i ZUS sprawdzający zgodność składek z zarobkami. Do tego dodajmy kontrole, rygorystyczne egzekwowanie stawek godzinowych, ozusowanie każdej umowy i skokowe podwyżki płacy minimalnej. Wszystko to razem pozbawia przedsiębiorców tego, co dla małych i średnich firm jest najważniejsze i co miało być częścią „Strategii Rozwoju” – elastyczności systemu. Możliwości dostosowania kosztów pracy do bieżącej sytuacji na rynku, prostszego systemu podatkowego.

Partnerzy we frankowym przekręcie

Symbole i pojedyncze decyzje, a nie wyborcze tyrady i gospodarcze strategie, decydują ostatecznie o historycznej ocenie rządu. Tak jak nacjonalizacja OFE więcej powiedziała nam o państwie Platformy Obywatelskiej niż wszystkie obietnice Tuska, tak ustawa frankowa może być tym, co zdecyduje o wizerunku rządów PiS. Nawet ambitny program wicepremiera Morawieckiego, którego owoce zobaczymy pewnie dopiero za kilka lat, dziś tu i teraz oceniany będzie z perspektywy kredytów walutowych.Prezydencki projekt zostawia nas z całą masą niedomówień i wątpliwości, które mówią tyle tylko, że kancelaria chciała odsunąć od siebie ten gorący kartofel, nie wywołując paniki na rynkach. Banki i rynki finansowe były zachwycone. Widmo obniżenia Polsce ratingu zostało odsunięte, a wszelkie pretensje poszkodowani będą musieli teraz zgłaszać do Sejmu. Jednym słowem zawody: lobbyści kontra frankowicze, tak naprawdę dopiero się zaczęły. O samych kredytach, a raczej o instrumentach forexowych sprzedawanych Polakom w formie kredytów, napisano już całe tomy. Opisano agresywne metody sprzedaży, zawyżane spready i przyznawanie kredytów bez zabezpieczeń. Ale opisana była też cała generacja naiwnych, przekonanych, że istnieje coś takiego jak darmowy lunch – droższe mieszkanie za mniejsze pieniądze. W języku rynkowym to była gra. Klient grał na krótko, wierząc, że złoty będzie się wiecznie umacniał, a bank na długo, wiedząc, że jak się umocni, to kiedyś spadnie. Amator grał z zawodowcem. I przegrał. Nie my pierwsi. Krach kredytowy w samych Stanach Zjednoczonych pozbawił 8,2 mln ludzi domów. Wszędzie z wyjątkiem Islandii, która skazała kilku bankierów na kary więzienia, większość z nich zatrzymała zyski. To nie tyle świadczy o sprzedajności wymiaru sprawiedliwości, co raczej o tym, że to politycy zgotowali nam taki los. Za krach z 2008 r. odpowiedzialne były kolejne, demokratyczne i republikańskie,rządy w USA, a w Europie kolejne rządy Francji, Niemiec i Grecji, które przymykały oczy na nieprawidłowości w nadziei, że większy ruch w biznesie pobudzi gospodarkę, rynek pracy i wygra im kolejne wybory.Czym innym były polisolokaty, opcje i kredyty walutowe? Politycy mieli nadzieję, że boom kredytowy ożywi rynek, pobudzi eksport, a nowe miejsca pracy umocnią ich notowania. I mieli rację. Budowlanka rosła jak na drożdżach. Banki w tej grze nie były same. Ostrzeżenia w sprawie kredytów frankowych pojawiały się już w 2006 r. Komisja Nadzoru Finansowego mówiła, ale nie działała. Banki miały polityczne przyzwolenie. Z tego punktu widzenia mogą czuć się bezpiecznie. Jakiekolwiek siłowe przewalutowanie skończyłoby się przegranym arbitrażem. Nawet te odżegnywane od czci i wiary wyśrubowane spready do 2011 r. były legalne. Tak jak dziś legalne są spready w bankomatach czy na kartach kredytowych. Projekt prezydencki jest cichym kompromisem dwóch sprawców kryzysu frankowego. Rządu i banków. Wy bez krzyku oddacie spready – mówi rząd – i nie będziecie nas ciągać po sądach, a my rozmyjemy waszą odpowiedzialność za całą resztę. Politycy i bankierzy – partnerzy w przekręcie. Z czasem naciski KNF wymuszą na bankach korzystniejsze przewalutowania, ale nie liczmy tu na wielką ulgę. W miarę jak rosnąć będą koszty banków związane z przewalutowaniem, będą też rosły inne opłaty i zabezpieczenia, na których banki odbiją sobie utracony zarobek.Było oczywiście i inne rozwiązanie. Islandzki scenariusz – skoro banki nabroiły, to niech teraz płacą. Najwyżej zbankrutują. Dwa, może trzy lata kryzysu byłyby ciężkie, ale jak pokazał przykład Islandii, czasem warto ryzykować. Złoty poszybowałby do 5,20 za euro, deficyt przebiłby sufit, a rosnące koszty spłaty długów zagranicznych wysadziłyby w powietrze te tak pięknie spisane strategie i plany rządu na reelekcję. Na to żaden rząd nigdy się nie zgodzi.

Fałszywe miłosierdzie

Dzisiejsi despoci jeszcze niedawno kojarzyli nam się z sukcesem gospodarczym. Putin, Erdoğan, Lula – wszyscy dochodzili do władzy, walcząc z nadużyciami państwa i przywracaniem podmiotowości poniżanym.Putin zaczął od obniżenia podatków, budowy rezerw budżetowych z nadwyżek w obrocie gazem i ropą. Rubel się wzmacniał, kapitał płynął do Rosji. Erdoğan, zaraz po tym, jak przejął władzę, przywrócił swobody obywatelskie. PKB Turcji rosło w tempie sześć-siedem procent rocznie, turecka lira uznana była za jedną z najstabilniejszych walut. „The Economist” pisał o tureckim cudzie gospodarczym. Ale pisał też o brazylijskim cudzie za rządów prezydenta Luli, który dzięki kombinacji dyscypliny fiskalnej i reform społecznych zatrzymał inflację i ściągnął inwestycje. Przykładów jest więcej w Argentynie, Egipcie. Donald Tusk też początkowo był beniaminkiem zachodnich mediów.Jedni, jak PO, poprzestali na obietnicach, inni rezygnowali z reform przy pierwszych spadkach popularności. Głodni poklasku, z rezerw budżetowych czy funduszy unijnych, finansowali przywileje i pozory wzrostu. Z kradzionych pieniędzy kupowali lojalność grupki klakierów w biznesie i mediach. W obawie przed konkurencją koncentrowali władzę polityczną i gospodarczą. Zawsze pod pretekstem troski o najsłabszych, ale zawsze kosztem ich wolności i dobrobytu. Zdolność do godzenia poparcia społecznego z trwałym wzrostem dobrobytu całego społeczeństwa to miara każdego wielkiego przywódcy. Ostatecznie do pocztu wielkich przywódców przechodzą nie ci, którzy szybciej rozmieniali potencjał rozwoju swojego państwa na przywileje, ale ci, którzy na trwałe odwrócili los swojego narodu. Większość łatwo ulega pokusie socjalistycznego rozdawnictwa.Jak wielu rządom na świecie, rządowi PiS też coraz trudniej jest zachować umiar. To, co nam wydało się społeczną koniecznością, jak program 500 plus czy ukrócenie niesprawiedliwych przywilejów podatkowych sieci handlowych, rządzący najwyraźniej uznali za narzędzie do budowania poklasku. Niestety, jedno z wielu. Wciąż nie znamy ostatecznego kształtu nowej ustawy emerytalnej, ale obniżenie progu wiekowego, mogące zaskarbić rządowi kilka punktów poparcia, wymaże i to z naddatkiem korzyści programu 500 plus, dramatycznie zmniejszając liczbę osób czynnych zawodowo.Reforma zdrowia sprowadzająca się do dosypania pieniędzy i leczenia każdego – niezależnie, czy dokłada się do wspólnej kasy, czy nie – przy jednoczesnym blokowaniu ścieżek prywatyzacyjnych zrujnuje i tak już niewydolny system. Jednolita stawka podatkowa uderzy w i tak już wątłą klasę średnią – czyli siłę napędową państwa. Zniesienie ryczałtu na ZUS, nowe skomplikowane rozliczanie podatków dla firm, planowane ograniczenie dopływu taniej siły roboczej z Ukrainy, wyższa płaca minimalna, wyższe emerytury. Wszystko to razem wpisujesię w groźny scenariusz nerwowego zdobywania poklasku kosztem przyszłego dobrobytu całego społeczeństwa. Część programu PiS pozwalająca na upodmiotowienie polskiego kapitału, stworzenie warunków do jego ekspansji przy jednoczesnej poprawie bytu najgorzej zarabiających była tym, co dało władzę formacji Jarosława Kaczyńskiego i zdobyło również nasze poparcie. Przez upodmiotowienie polskiego kapitału rozumiemy jednak przestrzeń do rozwoju biznesu.Nie da się zbudować bogactwa narodu i narodowych firm, krępując biznes nowymi obowiązkami, rygorami podatkowymi, trwonieniem ich majątku w imię wzmacniania własnej popularności. Historia uczy nas, że wcześniej czy później rządy padają ofiarą własnej zachłanności na poklask. Jednych wyborcy zatrzymywali w pół drogi do gospodarczej degradacji państwa, innych zatrzymać może dopiero rewolta i ostateczna klęska osobista. Nigdy nie kończy się to dobrze dla przywódców, których ostatecznie odsuwają ci sami, którym politycy za wszelką cenę starali się schlebiać. Najbiedniejsi wyborcy, którzy w ostatecznym rachunku najwięcej tracą na tym fałszywie rozumianym „miłosierdziu”.

Jak zarobić na godność narodową?

Przeczytałem z tysiąc teorii o przyczynach kryzysu, a potem jeszcze więcej o tym, dlaczego ten kryzys nie chce się skończyć. A to że regulacji jest za dużo, a to że za mało. Że prekariat, że nierówności… Jak świat światem kryzysy przychodziły i odchodziły. Pytanie, dlaczego ten nie chce odejść?Rzecz w malejącym tempie przyrostu naturalnego. W Polsce i na całym świecie. W ciągu ostatnich 15 lat spadł z dwóch do jednego procentu, co według Banku Światowego przekłada się na 1 proc. globalnego spadku PKB. Wystraszeni teoriami przeludnienia, uwiedzeni życiem singli i popaborcji, przeoczyliśmy moment, kiedy cała ta postępowa filozofia zaczęła nas cofać w czasie. W 1980 r. ONZ zapowiadała, że w 2015 r. będzie nas 8,8 mld, a jest 7,3 mld. Polska miała przekraczać 40 mln, a z trudem przekracza 38 mln, z czego ponad 2 mln wyemigrowały. Pierwszy raz w historii globalny współczynnik dzietności zbliża się do progu zastępowalności 2,1.Do progu, który dla Polski, ze współczynnikiem dzietności 1,32, jest już niedościgłym marzeniem. Słabszy wzrost naturalny podoba się rozmaitym lekko-eko-duchom i wszystkim progresywistom przekonanym o patologicznej naturze dużej rodziny. Ale dla gospodarki i naszego dobrobytu to katastrofa. Wolniejszy przyrost naturalny oznacza, że wolniej rośnie popyt na… wszystko – energię, surowce, ubrania, maszyny. „Nie istnieje coś takiego jak wzrost gospodarczy bez wzrostu naturalnego” – to konkluzja dziesięcioletnich badań Banku Światowego, który wskazuje, że po II wojnie światowej mieliśmy na świecie 56 boomów gospodarczych liczonych jako sześcioprocentowy wzrost PKB. W każdym przypadku towarzyszył im przyrost naturalny wyższy niż 2,7 promila, czyli że na każdy tysiąc mieszkańców o tyle więcej osób się rodziło, niż umierało. W Polsce w czasie boomu lat 90. przyrost wynosił około czterech promili. Dziś – 0,7.70 proc. państw rozwiniętych w ostatnim dziesięcioleciu uruchomiło programy zwiększenia dzietności. Większość zawiera bodźce materialne, ale są i takie jak Dania, która dodatkowo na lekcjach wychowania seksualnego zamiast genderyzmu uczy planowania rodziny. Wszystko mało. Nawet polski rząd w dokumentach dla UE prognozuje, że w przewidywalnej przyszłości 500 plus zwiększy nasz współczynnik dzietności zaledwie o 0,16. Oprócz zasiłku rodziny potrzebują bezpieczeństwa pracy, a to z kolei wymaga inwestycji i nowych możliwości zarobkowania. Z wyliczeń firmy doradczej Deloitte wynika, że zarobki przeciętnego Polaka w 2050 r. mogą osiągnąć poziom 75 proc. zarobków przeciętnego Niemca, jeżeli inwestycje w naszą gospodarkę z obecnych 338 mld zł rocznie wzrosną do 403 mld w 2020 r. i o kolejne 70-80 mld co pięć lat. Coś, co mogłoby nas zbliżyć do standardu, jaki mają Polki żyjące w Wielkiej Brytanii i osiągające średni współczynnik dzietności na poziomie 2,13 dziecka. Takich pieniędzy nie mamy i przy trzyprocentowym wzroście gospodarczym mieć nie będziemy. Jak wyjść z tego błędnego koła? Konieczna jest fundamentalna reforma systemu emerytalnego. Świadczenia dla osób starszych pochłaniają dziś 22 proc. naszego PKB – 180 mld zł, z czego 35 mld – specjalne emerytalne przywileje. W relacji do PKB przebijamy Niemcy i Szwecję. To, co nadrobimy 500 plus, zaprzepaścimy jedną z najniższych w Europie aktywności zawodowych osób powyżej 60. roku życia. Ale, żeby było jasne, nie dogonimy Niemiec czy nawet Hiszpanii, ani przy wieku emerytalnym 67, ani 65. Sejm, zamiast poprawiać prezydencki projekt ustawy emerytalnej, powinien stworzyć własny. Zdemontować marnotrawny ZUS. Potrzebujemy sprawiedliwego systemu. Minimalnej emerytury z budżetu, gwarantującej życie o chlebie i wodzie. Zwielokrotnionej majątkiem akumulowanym całe życie. Godna emerytura ma mieć tyle godności, ile sami sobie wypracowaliśmy. Nie mamy co marzyć o godności narodowej, jeżeli pieniądze zamiast trafić do ZUS zostaną w kieszeniach rodzin i zasilą niezbędne inwestycje.***Tekst ukazał się w Tygodniku „Wprost”

Świat dramatycznie nam się skurczył

W miarę jak ubywać będzie nam symbolicznych miejsc, miast pomników naszej cywilizacji, niewolnych od terrorystów, Europa będzie musiała przebudować to, co uważała za europejski system wartości. Tolerancję do granic bezmyślności, polityczną poprawność do granic utraty własnej tożsamości. Nie wiem, jakie państwo w tym roku wybierają sobie cel wakacyjnych podróży, ale świat dramatycznie nam się skurczył.

Upadków upatrujcie we wzlotach

Terminologia została, ale świat, który nas otacza, już do niej nie przystaje. Integracja, globalizacja, wyrównywanie przepaści między wznoszącym się a bogatym światem. To wszystko należy do poprzedniej epoki.Ten bogaty świat znowu jest wściekły i samolubny. Globalne przepływy kapitału od 2008 r. skurczyły się o połowę. W ich miejsce stanęły mury dzielące północ od południa i izolacjonistyczna retoryka odgradzająca Wschód od Zachodu. Popatrzcie na te wszystkie kraje, które miały być dowodem, że da się w ćwierć wieku nadrobić setki lat zapóźnienia i rozwalcować rozpadliny cywilizacyjne. Dawno przestały już gonić Zachód. Wzrost gospodarczy państw rozwijających się to w najlepszym razie połowa tego, co w 2006 r. Stoją w miejscu i sięgają po wzorce, od których sądzili, że raz na zawsze uciekną. Chiny swoją świetność gospodarczą mają już za sobą i znowu szukają ukojenia w maoistycznej sprawiedliwości. Rosja wraca do tego, co jej zawsze najlepiej wychodziło, czyli wymuszania szacunku terrorem. Brazylia, Meksyk wracają do slamsowej mentalności i zamykają się w swoich shantytowns, Argentyna, Pakistan – czerwono robi się od zakreślenia markerem państw straconych dla idei społeczno-gospodarczej konwergencji. Przykładów nie brakuje i w drugą stronę, zaczynając od Wielkiej Brytanii sięgającej po wzorce swojej antyeuropejskiej tradycji czy republikanów Trumpa, których izolacjonizm przywołuje tradycje prezydenta Lincolna i jego filozofię ratunkowych barier celnych Wilsona czy Nixona. Wszystkim, którzy chcą lepiej zrozumieć proces demontażu globalizacji, polecamy porywającą książkę Ruchira Sharmy, wieloletniego inwestora na światowych rynkach kapitałowych, który zrobił fortunę, przewidując wzloty i upadki państw – „The Rise and Fall of Nations”. Sharma dowodzi, że każdy naród co 100, 200 lat ma swoje pięć minut. Często przywódcy mylą chwile przypadkowej świetności z trwałą poprawą swojego losu.Żeby naprawdę go odmienić, trzeba docenić tę szansę, a nie upajać się darowanym czasem. Rozciągnąć te pięć minut, unikając pułapek psychopolitycznych, w które zawsze wpadały i wciąż wpadają biedne kraje. Czy da się rozciągnąć nasze pięć minut? Dobrobyt niewidziany tu od 500 lat powinien dać nam do myślenia. Kto wie, kiedy będzie taka kolejna okazja, czy na taką geopolityczną konstelację znowu przyjdzie nam czekać 500 lat. Dziś u szczytu naszego rozkwitu, silni gwarancjami NATO, wszelkimi możliwymi wolnościami w handlu i polityce, mamy te pięć minut. Ale patrząc wokół, na procesy szarpiące światem i nasze własne uwarunkowania ekonomiczne, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że te pięć minut właśnie mija. Pewnie trochę przydługi ten wstęp, ale zależy nam, żeby to odpowiednio mocno wybrzmiało. Od początku wspieraliśmy nurt reformatorski w rządzie, który dostrzega katastrofę demograficzną, destrukcyjną biurokrację, bezmyślność systemu podatkowego. Czy to nazwiemy planem Morawieckiego, czy planem dla Polski, to wciąż mówimy o tym samym – jak rozciągnąć te nasze pięć minut. Wbrew odwiecznej pokusie polityków opętanych rozdawaniem nie swoich pieniędzy. Na darmowe leki, na wyższe płace, emerytury i na czym tam jeszcze ich dobroduszność może tylko położyć rękę. Doskonały plan reprywatyzacji naszych pieniędzy niegdyś zajętych przez OFE natychmiast uzupełniony został 25-proc. haraczem na ZUS. Czyli ni mniej, ni więcej, tylko powtórką z PO-wskiej nacjonalizacji. Zapętleni w wojny ze zdrowym rozsądkiem, marnujemy naprawdę cenny czas. Zamiast deregulacji i ustaw wspierających pracodawców, chcemy im zabrać tanich ukraińskich pracowników, pozbawić obrotu gotówkowego, a tych, którzy jeszcze przeżyją, dobić prawem wodnym czy klauzulą obejścia prawa podatkowego. Bezmyślne prawa tworzone przez polityków naiwnie przekonanych, że z tego worka można będzie czerpać wiecznie.

Nie tylko Rosja zagraża Europie

Ledwo co Zachód zdał egzamin z jedności i odporności na rosyjską agresję, a już musi się szykować do kolejnego testu. Włoski kryzys bankowy, który lada chwila może rozlać się na całą Europę.17 proc. długów zaciągniętych we Włoskich bankach nigdy nie zostanie spłacone. Po dobroci i znajomości włoskim dłużnikom długo udawało się unikać upadłości. Banki zwlekały z ogłaszaniem niewypłacalności swoich klientów, w rezultacie dziś cały system stoi przed perspektywą krachu. Jedynym wyjściem jest wykup złych długów. W normalnych warunkach rząd dodrukowałby pieniędzy, osłabił rodzimą walutę i zaczął odbudowywać kraj i jego banki od początku. Ale w strefie euro warunki nie są normalne. Rząd nie może osłabiać wspólnej waluty, ani tym bardziej drukować bezkarnie. Gorzej, unijne regulacje przewidują, że to klienci banków mają ze swoich oszczędności wykupić długi innych. Zapis raz już przetestowany na Cyprze. Depozyty powyżej 100 tysięcy euro były po prostu konfiskowane na poczet złych długów. To oczywiście jest formuła na panikę na rynkach i ucieczce pieniędzy z kraju. Ale taki warunek postawili Niemcy, którym nie uśmiecha się pomysł, żeby za ich pieniądze finansować niegospodarność innych państw. A dokładniej, żeby osłabiać system ubezpieczeń kredytów, co spowodowałoby wyższą cenę obligacji państw strefy Euro, w tym Niemiec. Teoretycznie Niemcy mogą twardo bronić swoich własnych zasad i tak jak Cypryjczykom kazać płacić za długi swoich banków. Rzecz w tym, że Włochy to nie Cypr i upadek systemu bankowego na podobną skalę oznaczałby pogrążenie jednej z największych gospodarek i odbiorców niemieckich produktów w kryzysie. Niemiecka gospodarka stoi eksportem, a ten i tak przeżywa kłopoty. Produkcja przemysłowa spadła w zeszłym miesiącu w Niemczech o 4 proc. Należy się spodziewać dalszego spowolnienia w efekcie zapaści po Brexicie. Dla własnego dobra Berlin powinien sięgnąć po zaskórniaki i tak jak Grecję trochę podratować. Pomijając jednak polityczne konsekwencje dla samej Merkel, której opozycja mogłaby tego nie zdzierżyć, taki pakiet ratunkowy może wkrótce być potrzebny na ratowanie niemieckich banków. Według MFW Deutsche Bank stanowi największe ryzyko systemowe dla światowej gospodarki i jakiekolwiek zawirowania w Rzymie spowodują efekt domina w którym największy niemiecki bank może pociągnąć za sobą całą strefę euro i dalej. Po ostatnim kryzysie bankowym Komisja Europejska wskazała na konieczność przebudowy systemu, żeby ratować strefę przed powtórkami z Grecji i Cypru. Tak miała powstać Unia Bankowa i finansowa. Skończyło się jak zwykle na spotkaniach na szczycie i ważnych dokumentach. Także po powrocie z Warszawy pierwsze, co musi zrobić Bruksela, to zabrać się za reperowanie swojego systemu bankowego. Kolejny raz. I tym razem to musi być posunięcie na miarę NATO-wskiej szpicy, bo niebezpieczeństwo może być bliżej niż rosyjskie dywizje.***Tekst ukazał się we WPROST

Ocalić Zachód przed Zachodem

Szczyt NATO w Warszawie miał przedefiniować doktrynę obronną Zachodu. Wciąż na to liczymy, ale najpierw Sojusz musi od nowa sam siebie zdefiniować w kontekście dezintegrujących się Europy i świata.

Rozwiążmy Parlament Europejski

Brexit boleśnie nam przypomniał, że światem rządzą prawa dżungli, a nie opatrzność komisarzy i postępowe teorie dziejów. Historia nie jest radosnym ciągiem zdarzeń ewoluujących w stronę doskonałości człowieka i idealnego ustroju państwa.Od piątku widzimy, że naszym światem rządzi chaos targany nieprzeniknionymi siłami, które w noc obróciły system walutowy w trzęsącą się galaretę, zachwiały naszym poczuciem bezpieczeństwa, a komisarzy unijnych przeistoczyły w bezradnych zombi kursujących od jednego jałowego spotkania na drugie.Dla wielu eurokratów to musiało być przykre zaskoczenie, kiedy zrozumieli, że Unia Europejska nie jest cudownie odnalezionym wiecznym rajem ani tym bardziej ostatnim etapem poszukiwań szczęśliwości. To ważny, historyczny pakt, ale tylko pakt i kruchy jak wiele innych związków czy unii w historii. Jego istotą jest kompromis między suwerennością niezależnych państw a ich dobrobytem. Ile każdy z nas może poświęcić swojej wolności na rzecz wspólnego bogactwa i bezpieczeństwa? Geniusz i sukces projektu polegał na pielęgnowaniu równowagi między jednym i drugim. Jednak pycha eurokratów i naiwność milionów spowodowały, że uwierzyliśmy w cud. Nadludzki twór – państwo wiecznej szczęśliwości, wolne od wojen, kryzysów i nacjonalizmów. Wielka polityczna fantazja, do której pół miliarda ludzi mówiących różnymi językami, z różną historią i tradycją, miało się dopasować. Wciśnięci w sztywny gorset szczegółowych praw regulacji i politycznie poprawnej obyczajowości mieli tak trwać wiecznie. I przez kilkadziesiąt lat tak to działało, przez ostatnie dziesięć kulało od kryzysu do kryzysu. W miarę jednak jak proces decyzyjny koncentrował się w coraz węższym gronie polityków, coraz mniej zrozumiałe stawały się priorytety Brukseli.Decyzje podejmowane były ponad głowami lokalnych rządów, ale jednocześnie z wielkim opóźnieniem i często tak, żeby nikomu się nie narazić. Kryzys imigracyjny, a przed nim kryzys grecki i trwającą od ośmiu lat stagnację gospodarczą zawdzięczamy przede wszystkim niefrasobliwości unijnych polityków. Kiedy system zawodzi, kiedy nie jest w stanie zagwarantować życia na dotychczasowym poziomie czy chronić miasta przed potopem imigrantów, te same miliony, które uwierzyły kiedyś w obietnice wiecznej szczęśliwości, teraz masowo buntują się przeciwko jej twórcom. A co najgorsze, przeciwko idei wspólnej Europy. Wielka Brytania jest jedynym krajem, który zdecydował się na referendum, ale żądania pojawiają się już w wielu państwach – w Austrii, Holandii, Danii, we Francji oraz Włoszech, nie licząc Szkocji czy Irlandii Północnej. To tylko kwestia czasu. Ludzie chcą wybierać polityków, którzy ustalają ich prawa czy podatki, i chcą mieć możliwość odsunięcia ich od władzy, kiedy nie dotrzymali obietnic. Tego ruchu nic nie jest już w stanie zatrzymać, a tym bardziej nie da się przewidzieć, do czego mogą doprowadzić napięcia przy okazji wybuchających zawirowań finansowych, roszczeń międzynarodowych, ruchów secesyjnych czy rosnących w siłę skrajnie narodowych organizacji. Jedynym wyjściem z sytuacji jest natychmiastowe poddanie się do dymisji Komisji Europejskiej i rozpisanie nowych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Raz, że obecny parlament nie oddaje już stanu świadomości większości Europejczyków, ale przede wszystkim z uwagi na niedemokratyczny sposób powoływania Komisji Europejskiej. Sztuczne elitarne ciało, które pochłonięte jest własnymi obsesjami naprawy świata, a nie rozwiązywaniem jego codziennych problemów. Żeby uratować Unię Europejską, trzeba ją wymyślić od nowa.

Program „Wprost” po Brexicie. Wracajcie plus

Czy efektem Brexitu będzie powrót Polaków do Polski? Będzie jeżeli im pomożemy. I zamiast ględzić o tym, ile możemy stracić z powodu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii, zastanówmy się ile możemy zyskać. Inni już to robią i skutecznie. Nie zostańmy znowu z tyłu.W tle Brexitowego zgiełku medialnego trwa już gra o miliardy. O przeciąganie ludzi, kontraktów, siedzib światowych firm do Europy. Nie ma nic zdrożnego w szukaniu dla siebie korzyści w kryzysie drugiego. Ale jedno to marzyć o cudownym zrządzeniu losu, a drugie doprowadzić do jego realizacji. Największe niemieckie, włoskie, francuskie i holenderskie miasta, na długo przed referendum rozesłały po świecie swoich lobbystów, którzy pukali do drzwi największych azjatyckich czy amerykańskich firm z europejskimi centralami w Londynie. Z tego, co czytam na rozmaitych profesjonalnych blogach, to oferty były zaskakująco rozbudowane. Lobbyści nie tylko wiedzieli jakich przestrzeni potrzebuje firma, ale ilu ma pracowników i na jakim standardzie żyją. Wszystko w ofertach było gotowe włącznie z porównawczym studium kosztów, czasu dojazdu do pracy, listą angielskich szkół i…jak trzeba pomożemy znaleźć pracę żonom/mężom/partnerom – jak tylko chcecie ich sobie nazwać. Jedna z większych międzynarodowych kancelarii z siedzibą w Londynie, już o 7 rano w piątek rozesłała do swoich partnerów w Europie w tym w Warszawie, uspokajający list z zapewnieniem, że firma ma już gotowy plan ratunkowy. Zgodnie z przyjętym harmonogramem będzie wdrażany od najbliższego poniedziałku. Szczegóły będą spływały, ale okazuje się, że siedziba jest już wybrana i operacja odbędzie się bez zakłóceń. Szacuje się, że w samym Londynie jest około 10 tysięcy międzynarodowych firm, z które będą szybko potrzebowały centrali w UE. Do tego dodajmy specyficzną sytuację Gibraltaru, który z racji swojego położenia i przysługujących mu praw stał się światową stolicą frachtowo-logistyczna i stolicą instytucji ubezpieczeniowo-inwestycyjnych. Kiedy w poniedziałek zbiorą się rady nadzorcze największych spółek na świecie żeby omówić sytuację po Brexice, pierwsze pytanie jakie będą miały do zarządów – jak wygląda nasz plan ratunkowy. Nie sądzicie chyba, że wtedy jeden z drugim prezes powie – „no właśnie się rozglądamy”. Może ktoś wpadnie do Polski i tam czegoś poszuka. Nie. O 9 rano przedstawią gotowe propozycje, które na długo wcześniej otrzymali od hunterów, lobbystów z całego świata, wraz z własną rekomendacją.W tym największym wyścigu po kasę nas już nie ma. Teraz dla Polski największym wyzwaniem może być około 800 tysięcy Polaków, którzy pojechali do Wielkiej Brytanii za pracą. Sytuacja wielu z nich może się pogorszyć. Pewnie nie od razu, ale stopniowo jak wprowadzane będą zasady nowej polityki imigracyjnej. Ograniczanie świadczeń socjalnych a z czasem przyznawanie prawa pracy na podstawie tzw. australijskiego systemu, czyli punktacji. Im więcej punktów tym pracownik jest bardziej przydatny dla brytyjskiej gospodarki. Ci z niższą liczbą punktów stracą przywileje. W samym referendum widzieliśmy też, że uformowała się potężna grupa Brytyjczyków hinduskiego i azjatyckiego pochodzenia, którzy głosowali za Brexitem, w nadziei że pozbędą się środkowo europejskich konkurentów. Ich lobby będzie teraz tylko silniejsze. Szacuje się, że nawet 200 tysięcy Polaków może znaleźć się w sytuacji, gdzie będą rozważali powrót do kraju. Czy wrócą? Może, ale jeżeli nie znajdą dla siebie oferty w Polsce, zacisną zęby i będą liczyli, że kiedyś uda im się dostać legalizację pobytu.Bierzmy przykład z włoskich, niemieckich, austriackich, holenderskich miast. Takich okazji prędko nie będziemy mieli. Potrzebujemy rządowego programu „Wracajcie plus” W Londynie ambasada powinna otwierać już specjalny punkt kontaktowy dla szukających pracy. Pełne pakiety obudowane ofertami mieszkań, szkół, przedszkoli. Na miejscu w Polsce miasta powinny stworzyć biura pomagające w adaptacji. Wszystko od pomocy na miejscu dzieciom, które słabo mówią po polsku, pomocy psychologicznej w adaptacji do polskiego „podwórka” po stworzenie szybkich ścieżek administracyjnych i doradców pomagających przebrnąć przez matnie polskiej papierologii. W powiązaniu z polskimi organizacjami pracodawców powinny powstać specjalne grupy wsparcia i porad dla Polaków, którzy chcą wrócić ze swoimi firmami. I tu uwaga – bardzo ważne, trzeba z myślą o nich stworzyć uproszczoną ścieżkę administracyjną. Plan Morawieckiego dla przedsiębiorców ale wprowadzony na turbo obrotach. Ci ludzie muszą czuć się w Polsce chciani. My musimy im mówić, że są dla nas ważni. Bardzo ważni.Od tego właśnie jest państwo, żeby w takiej sytuacji wyjść naprzeciw, wykorzystać historyczną okazję, która w obecnej sytuacji demograficznej może mieć fundamentalne znaczenie dla całej naszej przyszłości. Zamiast liczyć potencjalne straty z Brexitu, zacznijmy liczyć potencjalne zyski. To tylko tyle i aż tyle. Mieszkanie plus. Co należy zrobićBiuro „Wracajcie” z siedzibami i doradcami w największych brytyjskich miastachBank pełnych ofert w każdym mieście (praca mieszkanie, szkoła)Ustawa o zwolnieniach podatkowych dla powracającychFundusz przenoszenia dobytkuMiejskie oddziały wsparcia w całej PolsceSpołeczne grupy wsparcia skoordynowane w ramach ogólnopolskiego programuPieniądze na dokształcanie dzieci wracających

Kosztowne eurofantazje

Cały świat liczy koszty po Brexicie. Liczą Fundusz Walutowy i Bank Światowy; każdy rząd z osobna i ekonomista z pretensjami do Nagrody Nobla mają swoje szacunki. W euro, w funtach, wykresy w kółkach, w słupkach, w przeliczeniu na PKB, na stracone miejsca pracy i dziury w budżecie. Jednym słowem – hekatomba.Coś, co miało być niezbitym argumentem za pozostaniem w Unii, okazało się co najwyżej paliwem dla spekulantów. Prezentem gwiazdkowym dla wszelkiej maści Sorosów. Magia wielkich liczb, która niewiele ma wspólnego z realnym zagrożeniem dla Europy, ale pozwala racjonalizować rajdy na funta, złotego i obligacje Skarbu Państwa. To jak na razie są realne straty unijnej kampanii strachu, ale niejedyne, jakie wiążą się z polityką Brukseli. Ile kosztowały nas jej destrukcyjne decyzje pogrążające Grecję w wiecznym chaosie? Chcecie rozmawiać o cenie Brexitu, to policzcie koszty bezmyślnej polityki imigracyjnej. W samych Niemczech to będzie ponad 50 mld euro do końca roku. A potem liczmy koszty spadającej konkurencyjności, największego bezrobocia od 40 lat, kurczącego się dobrobytu Hiszpanii, Włoch, Grecji, Francji. Tego, że wartość europejskiej gospodarki w ciągu 30 lat spadła z 30 proc. globalnego potencjału do 16 proc. w 2016 r. To są liczby, które spowodowały, że Wielka Brytania wystąpiła do UE o zaniechanie dalszej integracji na siłę, powrót do wolnorynkowych ideałów. Domagali się większej decentralizacji, poszanowania państw narodowych i ograniczenia kosztów socjalnych krępujących konkurencyjność państw. To socjaldemokratyczne elity odrzuciły brytyjski program naprawy Unii w imię swoich fantazji superpaństwa. To Bruksela nie godziła się na autentyczną dywersyfikację, która od stuleci stanowiła o przewadze Europy nad resztą świata.Była źródłem naszych ambicji i kreatywności. Karykaturalne sprowadzanie różnic między ludźmi do rozmaitych obsesji seksualnych nie tylko urąga idei wielokulturowości, ale wręcz rodzi nowe podziały. Czy to faktycznie takie straszne, że uznamy nasze różnice, odmienne zwyczaje, kultury, poglądy na rodzinę i styl życia, zamiast wydawać miliardy na tłumienie tradycji narodowych i krzewienie politycznie poprawnej standaryzacji postaw. Nie oszukujmy się, że problem ograniczony jest tylko do Brytyjczyków czy konserwatywnych noworyszy: Polaków i Węgrów. Z badań Pew Survey wynika, że połowa Niemców, Szwedów, Holendrów i Hiszpanów ma równie złą opinię o UE, co połowa Brytyjczyków chcących ją teraz opuścić. Jedyna odpowiedź, jaką mają na to eurokraci, to jeszcze więcej Unii, więcej integracji. Na rozrastające się ugrupowania faszystowskie czy skrajnie komunistyczne odpowiadają, że musimy ograniczyć wpływ mas na decyzje polityczne. Popatrzcie wokół siebie. Patrzcie na ulice Paryża w ogniu, na Grecję staczającą się do poziomu trzeciego świata, Hiszpanię, gdzie rząd musi słuchać anarchistów. Na Niemcy, Belgię, gdzie szariat pochłania całe dzielnice miast. Ile jeszcze chcecie tej bezmyślnej integracji? Nawet Wolfgang Schäuble, niemiecki minister finansów, mówi, że Unia musi się adaptować do nowych narodowych realiów, a Donald Tusk nazywa rzecz po imieniu: „Musimy odejść od forsowania naiwnych euroentuzjastycznych wizji totalnej integracji”. Co na to brukselskie wyrocznie? – Przegłosujmy jeszcze jedną deklarację przeciw Polsce, rozpocznijmy postępowanie w sprawie wycinki drzew we wszystkich lasach wokół Białowieży. Pal licho opinie lokalnej ludności, najważniejsze, że nie lubią tego susły perełkowate. Obawiam się, że największy koszt Brexitu zapłacimy, kiedy nie będzie już w Unii komu trzymać tych euromaniaków za rękę.

Dlaczego państwa tak boją się George’a Sorosa

Nie wiemy, co tak naprawdę Brexit oznacza dla przyszłości Unii Europejskiej, ale widzimy już, co oznacza dla funduszy spekulacyjnych. Na szczególną uwagę zasługuje tu George Soros, człowiek przekonany, że jego destrukcyjna machina spekulacyjna ma nieść zbawienie światu. Nieść sprawiedliwość, pogrążać tych, którzy sprzeniewierzyli się jego lewicowej idei otwartego społeczeństwa.George Soros nie jest najbogatszym finansistą na świecie ani nawet najskuteczniejszym. Jego fortunę „Forbes” szacuje na 24 mld dolarów, co plasuje go na 23. miejscu listy najbogatszych, a rynkowi analitycy wytykają mu sporo wpadek, pochopnych, emocjonalnych decyzji. W tym tłumie wyróżniają go jednak metody działania. Nawet jak na spekulanta szczególnie przewrotne i zawsze podszyte umoralniającym przesłaniem. Zdeklarowany socjalista – obrońca interwencjonizmu i silnych państwowych regulacji – większość swoich pieniędzy zrobił jednak, atakując waluty przeregulowanych państw. Soros jest zaprzysięgłym orędownikiem podnoszenia podatków najbogatszym, ale jego firma słynie z operacji finansowych pozwalających inwestorom na unikanie podatków. Jego wpływ na media oraz szybki i bezwzględny styl działania spowodowały, że bywa przedstawiany jako modelowy typ spekulanta, choć tak naprawdę ma już znacznie skuteczniejszych następców. Niemniej jednak nagłe zaangażowanie się i „troska” Sorosa o Brexit czy praworządność w Polsce budzi niepokój, jak zawsze kiedy miliarder zaczyna bacznie przyglądać się jakimś rynkom.George Soros przeszedł do historii po tym, jak w 1992 r. zmusił brytyjski rząd do dewaluacji funta sterlinga i grając na spadek waluty, zarobił ponad miliard dolarów. Jego gra na załamanie azjatyckich walut przez wywołanie paniki na rynkach finansowych w 1997 r. przysporzyła mu sporo złej sławy wśród polityków. Premier Malezji Mahathir Mohamad oskarżył wręcz Sorosa o finansową agresję przeciwko narodowi i ustanowił go personą non grata. Ale z drugiej strony te operacje finansowe zbudowały zaufanie inwestorów do jego funduszy. Na azjatycki kryzys wpłynęło całe mnóstwo czynników i rolę samego Sorosa można raczej porównać do hieny atakującej zranione zwierzę. On sam woli się prezentować jako inwestor-spekulant wyczulony na niegodziwości tego świata, a zwłaszcza na niedemokratyczne poczynania władców, do których zaliczał skorumpowanych przywódców Filipin, Tajlandii czy Malezji. Soros na dowód swojego ideowego zaangażowania w naprawę świata stworzył fundację Open Society, na którą wyłożył już blisko 7 mld dolarów, tyle ile mógł zgodnie z amerykańskim prawem zaliczyć w ramach ulg na cele charytatywne. Fundacja finansuje również uczelnię Central European University, która ma kształcić nowe kadry i promować ideę otwartego społeczeństwa i wszystko to, o czym można na co dzień wyczytać w rozmaitych lewicowych doktrynach szczęśliwości. Jego pieniądze, jak sam twierdzi, nie mają żadnej narodowości, ale z pewnością mają zabarwienie ideowe. Także jak jego działalność charytatywna i niektóre inwestycje – należy do nich z pewnością ostatni zakup, przez spółkę zależną (MDIF Media Holdings), ponad 5 mln akcji wydawcy „Gazety Wyborczej”. W sumie daje mu to 8,26 proc. głosów w polskim koncernie medialnym. Akcje „Gazety Wyborczej” nie są dziś obiecującą inwestycją, ale ich kupno było przede wszystkim gestem politycznym. Wsparciem instytucji medialno-politycznej walczącej z nowym porządkiem politycznym, obcym socjaldemokratycznym ideałom Sorosa, i wyrazem strachu przed nacjonalistyczną dyktaturą Jarosława Kaczyńskiego, przed którą przestrzega GW. Oczywiście nie wszyscy „dyktatorzy” przerażają Sorosa. Bywa, że chętnie wchodzi w rozmaite alianse polityczno-inwestycyjne. Przez wiele lat całkiem dobrze układały się relacje Sorosa z prezydencką rodziną Argentyny – państwem Kirchner. Najpierw z prezydentem Nestorem Kirchnerem, a później z jego żoną i następczynią Christiną, oskarżaną o dyktatorskie zapędy. Znajdował się w kręgu bliskich znajomych prezydenckiej pary i uważany był za osobistego doradcę. Promując i rozprowadzając kolejne emisje obligacji skarbowych Argentyny, chcąc nie chcąc, mógł być odbierany jako protektor zamordystycznych rządów Kirchner. Soros do końca pomagał rządowi Argentyny, nawet po tym, gdy już wyszły na jaw nadużycia finansowe. Kiedy amerykańskie sądy odmówiły honorowania upadłych argentyńskich obligacji, Soros nie dawał za wygraną i oskarżył nowojorski bank Mellon Corp. w Londynie o niewypłacone odsetki, twierdząc, że decyzja amerykańskiego sądu nie dotyczyła zagranicznych oddziałów banków, i dalej skupował nic niewarte obligacje. Po upadku prezydentury Christiny Kirchner Soros pozostał wpływową osobą w Buenos Aires i dalej pomagał rządowi promować nowe obligacje z warunkiem uznania starych, których sporo znajdowało się w rękach jego funduszu Quantum Partners. Za każdym razem, kiedy Soros zabiera głos, możemy być pewni, że ma nam do obwieszczenia jakąś katastrofę finansową. Kolejną bańkę, która zaraz zagrozi światu. To niekoniecznie oznacza, że jego słowa pokrywają się z jego inwestycjami. Przeciwnie, zwykle podążają w odmiennym kierunku, co czyni go szczególnie niebezpiecznym.

Bezkarni

Trochę zapomnieliśmy, dlaczego doszło do zmiany władzy. Jak to się stało, że odeszli ludzie światowi, z klasą i tak pięknie mówiący w różnych językach o moralności. Dziś pełni troski o praworządność, trochę zawstydzeni, trochę – jak mówią zachodnim mediom – zasmuceni cywilizacyjną degradacją ich Polski. „Polska straciła wiekopomną szansę” – nie pamiętam, która to z niemieckich gazet użalała się nad nami. Arystokrację demokratycznej Polski zamieniliśmy na lud prosty. Pogardziliśmy kwiatem narodu, ludźmi otwartymi na świat. Zamieniliśmy ich sobie na motłoch, mało w świecie obyty, zawistny i zakompleksiony. Jakby zbiorowe szaleństwo. No to dziś przypomnieliśmy sobie, co wpłynęło na nasz wybór. Historia 100 mln, które przepadły za sprawą tych elit kulturalnych, to historia buty i lekceważenia interesu społecznego. Widzimy, jak prozaiczne w rzeczywistości były motywy rządzących. Tak jak wcześniejsze nagrania w Sowie i Przyjaciołach pokazały wulgarną powierzchowność tych koneserów win za 800 zł, tak teraz raport CBA o Sienkiewiczu i przyjaciołach pokazuje prawdziwą cenę, jaką przyszło nam płacić za ich służbę. Dziś dowiadujemy się, co oznaczały półsłówka i mimochodem rzucane podczas knajackich lunchów hasła. Z raportu wiemy, jak roztrwonione zostało 100 mln zł, ale straty tak naprawdę mogą sięgnąć 200 mln zł, których Unia ma prawo zażądać z powrotem, bo program administracji elektronicznej nigdy nie powstał. To tylko jeden z wielu systemów, które musimy mieć – jak tłumaczyły nam światłe elity – żeby wejść do Europy. Jedyny ślad po tej europejskości został nam w postaci nierozliczonych rachunków, dziwnych przelewów i obaw, że zamiast awansu cywilizacyjnego zostajemy ze sporym długiem względem Brukseli, który pod znakiem zapytania stawia kolejne projekty. Zostały też raporty CBA, odpisy sporządzone dla byłej premier i wszystkich świętych osób w państwie, które w imię tak chętnie powtarzanych dziś haseł o prawości mogły zawiadomić prokuraturę. Raport, który dziś prezentujemy, to dopiero początek łamigłówki. Stawiamy cały szereg pytań dotyczących odpowiedzialności prawnej, losów tych pieniędzy i przede wszystkim systemowych rozwiązań, które nie spowodują, że za cztery-pięć lat znowu ktoś będzie ujawniał bardzo podobny raport. Bardzo łatwy do powielenia. Bo trzeba państwu wiedzieć, że cała ta operacja, wbrew szykowności i intelektualnemu zadęciu jej architektów, nie opierała się o wymyślną inżynierię finansową. Konta w Panamie, lewary, listy zastawne – nic z tych rzeczy. Amber Gold przy tym to Nobel z ekonomii. Każdy mógł to przeprowadzić. Każdy wolny od moralnych skrupułów. Więcej, zadziwieni byliśmy, z jaką lekkością i butą można po prostu łamać wszystkie reguły gry, wymuszać podpisy na Bogu ducha winnych urzędnikach – w biały dzień, z całym majestatem urzędu, z ustami pełnymi frazesów o europejskości i staniu na straży liberalnej demokracji. Na tym nie koniec. Mijają lata, tamtych polityków już nie ma, mamy nowy rząd, ale ludzie instrumentalni w doprowadzeniu do opisywanej katastrofy znowu są i znowu odpowiadają za wielkie projekty państwowe. Równie ambitne i, można wnosić, z równie okazałymi funduszami do zaprzepaszczenia. Nic bardziej demoralizującego i szkodliwego dla państwa niż przekonanie urzędników – mnie i tak nic nie zrobią.

Dwie Europy

Na pozór nic bardziej absurdalnego niż spór o być albo nie być w Unii Europejskiej. Rząd powtarza, że miejsce Polski jest w Europie a opozycja, że nie pozwoli na wyjście z Europy. Niby mówią to samo, a dzieli ich wszystko. Dwie diametralnie różne postawy, różne rozumienie dziejów i mechanizmów rządzących światem.Konserwatyści czy realiści, jakby ich nazwał wybitny neokonserwatysta Charles Krauthammer, patrzą na świat jak na mecz. Polityczna rozgrywka złożona ze stałych fragmentów gry. Co i rusz na boisku pojawiają się nowi zawodnicy, zmieniają barwy, koszulki, ale cały świat kręci się wokół utartych wzorów. Nam, którym przyszło żyć tu i teraz, pozostaje tylko wyciągać wnioski z historii. Starajmy się popełniać jak najmniej błędów i szykować na wojnę czy krach gospodarczy. Wcześniej czy później katastrofa nadejdzie, bo takie prawa rządzą dziejami ludzkości. Stąd też charakterystyczny stosunek konserwatystów do Unii Europejskiej – ważnej dla naszego bezpieczeństwa i dobrobytu, ale jednak ulotnej. Dziś jest naszym oparciem jutro może być naszym przekleństwem. Krytyczny stosunek do wspólnej polityki imigracyjnej, klimatycznej, czy obyczajowej, nie jest wynikiem kompleksów czy zaściankowości, ale własnych doświadczeń z siłami osłabiającymi spójność narodową a co za tym idzie nasze bezpieczeństwo. Polscy, brytyjscy, ale i konserwatyści w całej Europie, wierzą, że im lepiej zabezpieczony będzie interes narodowy każdego państwa z osobna, tym większa szansa, że dłużej wszystkie razem przetrwają w pokoju. Progresywiści, których Krauthammer niegdyś nazwał beztroskimi idealistami, zła upatrują w naturze ludzkiej a nie w instytucjach, które to zło wyzwoliły. Wierzą, że ludzkość ewoluuje. Przeszliśmy długą drogę od niewolnictwa przez feudalizm, oświeconą monarchię, nacjonalizm, liberalną demokrację w drodzę do globalizacji. Jak tak dalej pójdzie to kiedyś wyrwiemy się z piekielnej pułapki własnych ułomności. Rolą mądrych ludzi jest przyspieszać ten proces. Stąd też przemożna wiara progresywistów w ponad narodowe ciała jak ONZ, NATO i nade wszystko Unię Europejską. Ciało, które w swojej niemierzonej złożoności tworzy szkielet czy homonto, dla społeczności przenikających się narodów, ras, wierzeń i obyczajowości. Wszystko co stoi na drodze do budowy tych instytucji – kościół, państwo narodowe, stanowi zagrożenie dla idealistycznej wizji dobrostanu.Konserwatyści, z natury rzeczy podejrzliwie patrzą na sztuczne twory oderwane od naturalnego zaplecza i lokalnej polityki. Nawet jeżeli powstały w imię szczytnej idei, to szybko stają się narzędziem silniejszych narodów, które w ten sposób racjonalizują swoją uprzywilejowaną pozycje w świecie. Niewiedzieć kiedy, wspaniałomyślna unia wolnych narodów, przeobrażona w UE, stała się narzędziem do ekspansji niemieckich wpływów w całej Europie. Z kolei wspólna waluta – euro, dała Niemcom wpływy gospodarcze o jakich tylko mógł marzyć Napoleon, Bismarck czy Hitler. Jeżeli konserwatyści w czymś pokładają nadzieje, to tylko w suwerennych narodach. Egoizm narodowy, jedyna siła, która może strzec wolności osobistych swoich obywateli. Nie mylić z faszyzmem, który nic z wolnością narodów nie miał wspólnego. Jeżeli konserwatyści wspierają jakieś ponadnarodowe instytucje to nie dlatego, że wierzą w ich omnipotentną moc, ale dla sojuszy, które wzmacniają narodową suwerenność. Podobnie zapatrują się na demokrację, która jest najlepszą ochroną przez uzurpatorami czy instytucjami ograniczającymi nasze prawa. Progresywiści, prostej – bezpośredniej demokracji, przeciwstawiają nowoczesny ustrój mający eliminować zło i kształtować lepszego człowieka. Optują za demokracją naszpikowaną kwotami dla kobiet, dla mniejszości narodowych, z dodatkowymi punktami dla partii czy organizacji pożytku publicznego. Im bardziej udaje się ograniczyć rolę jednostki i skomplikować system wyborczy, tym lepiej. To jedyny sposób żeby uwolnić idealną społeczność od naturalnych skłonności człowieka do czynienia zła. W tym idealnym państwie Komisja Europejska staje się idealnym rządem. Wybranym poza wolą ludu, z woli samozwańczych idealistów jak oni sami. Nie żebyśmy w historii nie mieli władców czy nawet związków państw deklarujących, że niosą światu tylko dobro. Problem w tym, ze żaden z tych eksperymentów nie skończył się dobrze dla tych którzy w to uwierzyli. Stąd też pytanie o miejsce Polski w Europie bynajmniej nie jest zwykłą pyskówką – to pytanie o Europę – świat mrzonek progresywistów czy realny świat konserwatystów.

Jak zepsuć ideę

Czasem wielka idea może odmienić losy narodów, ale wielka idea głupio użyta zawsze kończy się klęską. Warto o tym pamiętać w chwili, kiedy wydaje nam się, że nasze racje mogą wyrastać ponad głowami zwykłych wyborców. 1. Za każdym razem, kiedy wyborcy mają czelność wątpić w wielkość europejskiego projektu, Jean-Claude Juncker i jego komisarze odbierają to jako osobisty afront. Grecy nie zapomną wykładu Junckera o zdradzie i lojalności na dzień przed referendum, w którym mieli przyjąć długą listę wyrzeczeń wywracających ich świat do góry nogami. Kiedy przyszedł czas na debatę o brytyjskim członkostwie w Unii, Juncker ostrzegał: „Będziecie traktowani jak dezerterzy”, a kiedy to nie pomogło, przepowiadał Brytyjczykom, że staną się „trzecim światem, jak narody, które kiedyś podbijali”.Hasła o marginalizacji Polski, blokowaniu funduszy unijnych dla „niesfornego” rządu albo braku „katolickiego miłosierdzia” w polskim narodzie, który nie chce uchodźców, doskonale wpisują się w metody wcześniej testowane na Irlandczykach czy na Szkotach. Głębokie przekonanie o wielkości idei i nieuchronności wiecznie zacieśniającego się unijnego gorsetu zwalnia euroelity z choćby próby zrozumienia, skąd bierze się ta eurosceptyczna fala. 2. Opozycja w Polsce kpi z PiS-owskiego programu naprawy państwa, z reform, które Węgrzy rzekomo porzucają, co ma świadczyć o wyższości socjalliberalnej wizji świata. Pomińmy fakt, że odchodzenie od np. podatku bankowego zaczęło się po tym, jak banki zaczęły płacić regularne podatki, co było celem samym w sobie. Pomińmy też i to, że na przekór ekspertom węgierska gospodarka zamiast leżeć w gruzach, rośnie. Ciekawsze od porównywania programów wydaje się podobieństwo między węgierską opozycją a naszym KOD.Mało kto już pamięta, że węgierska opozycja swego czasu wyprowadzała na ulice setki tysięcy ludzi, co w tak małym państwie było lepszym wynikiem niż manifestacje KOD. Hasła jako żywo przypominały te z naszych ulic, oskarżenia o zniewolenie mediów, niszczenie konstytucji, straszenie faszyzmem i nade wszystko błaganie o pomoc Unii. Podobnie jak to robi dziś KOD, węgierski ruch Milla nie zbudował żadnego pozytywnego programu, żadnej alternatywy. Cała energia szła w gwizdek i tak zostało do dziś. 3. Kiedy PiS doszedł do władzy, wielu wartościowych ludzi odżyło po latach marginalizacji. Odsuwani od stanowisk, często pozbawieni równych szans w konkurencji z przedsiębiorcami i firmami będącymi pupilkami władzy, powracali do gry. W biznesie, spółkach Skarbu Państwa, w mediach. Wielu do dziś nosi w sobie sporo goryczy po upokorzeniach,szyderstwach, odrzuceniu. Platforma Obywatelska w swojej socjotechnice i upolitycznianiu każdej gałęzi życia doszła do perfekcji. Czego nie zauważyła, to tego drugiego wymiaru państwa, który powstał obok jej oficjalnych struktur, w cieniu zielonej wyspy. Zepchnięci do mediów społecznościowych, debat w opustoszałych kawiarniach i salach katechetycznych niespodziewanie stali się siłą mogącą rządzić. I rządzą. Ku oburzeniu dawnych elit wymiatanych z urzędów, mediów, agencji, tracących dofinansowanie. Ale są wśród nich i ci, którzy tracą pracę za sam fakt, że w nieodpowiednim czasie znaleźli się w nieodpowiednim miejscu. Eksperci, ludzie z wieloletnim doświadczeniem, którzy chcąc nie chcąc, wypychani są teraz na margines, jak niegdyś wypychani byli ludzie o konserwatywnych poglądach. PiS ma swoją wizję państwa, którą musi forsować wbrew twardej lewicy i dawnemu establishmentowi. Na koniec wygrana zależeć będzie od tego, ilu ludzi zdoła przeciągnąć na swoją stronę, a nie ilu przy okazji zgubi.***Tekst ukazał się we WPROST

Co dziś uraduje Putina

Znawców tego, co prezydenta Rosji cieszy i czego pragnie. Wiemy już, że pragnie Brexitu, pragnie Trumpa w Białym Domu, że austriaccy czy francuscy narodowcy realizują jego tajemny plan, a dopełnia go PiS wojujący z Brukselą i niesłuchający prezesa Rzeplińskiego.Wywód opiera się na założeniu, że współczesne problemy Europy są efektem jednej wielkiej antyestablishmentowej histerii. Ciemny bezwolny lud daje się mamić Putinowi. Jak w każdej teorii spiskowej i w tej jest sporo prawdy. Moskiewskie pożyczki dla Marine Le Pen, infiltracja narodowej opozycji w Holandii, macki propagandowe Russia Today czy długie ramiona Gazpromu w Niemczech. Putin konsekwentnie tka swoją europejską pajęczynę, finansuje skrajnych nacjonalistów i z drugiej strony anarchizującą lewicę od Grecji po Wielką Brytanię. Jak to się jednak stało, że te światłe unijne umysły pozwoliły na to, żeby ten dostojny gmach federalizmu tak szybko zapadał się w sobie? Jak człowiek, który nie potrafi zapewnić dostaw mleka do sklepów w swoim kraju, był w stanie wywrócić porządek polityczny w starej dobrej demokracji?Po każdym nowym kryzysie budzimy się zdziwieni, że coś znowu poszło nie tak, jak tęgie głowy sobie zaplanowały. Imigranci zamiast wyjeżdżać, znowu wjeżdżają. Grecja zamiast odbijać, znowu tonie, nacjonaliści rosną w siłę, a gospodarka stoi w miejscu. Wszystko, co Komisja Europejska ma nam w zamian do zaoferowania, to jeszcze więcej białych ksiąg optymizmu i jeszcze więcej światłych rad. Tylko ściślejsza kontrola fiskalna, tylko sztywne kwoty imigracyjne, jeszcze więcej dyscypliny klimatycznej i jeszcze mniej suwerenności narodowej. I nie pozwólmy, żeby ten diaboliczny Putin radował się naszymi podziałami.Zgódźmy się, bo licho nie śpi. Nie żebyśmy odmawiali Putinowi destrukcyjnych skłonności i wrogich zamiarów, ale też nie mamy wątpliwości, że nic mu nie sprawi więcej radości niż kolejna dyrektywa w sprawie równości płciowej, kara finansowa za niewpuszczenie imigranta, etykietka energetyczna na konserwie ostrzegająca, że rybę zapuszkowano, używając prądu z węgla. Komisja Europejska ciężko pracowała na rosnące poparcie partii eurosceptycznych. W tym tych promoskiewskich, ale przede wszystkich zwykłych ludzi umęczonych życiem w nieustannym kryzysie. Którzy jak brytyjscy konserwatyści pozostają z niesłabnącą odrazą do Putina, ale też nie mogą zgodzić się na autodestrukcyjny charakter unijnej polityki. Wszelkie próby demokratyzacji, postulaty przywrócenia rządom narodowym większej podmiotowości, odejście od dogmatycznych regulacji zabijających konkurencyjność odrzucane były jako niezgodne z europejskimi wartościami. Gospodarcze konsekwencje socjalnej niefrasobliwości i centralizmu obserwujemy od dobrych siedmiu lat. Ze społecznymi konsekwencjami naiwnej polityki imigracyjnej zmagamy się od roku. Konsekwencje polityczne zobaczymy dopiero za rok, dwa, a w zasadzie już dziś mamy ich przedsmak.Z każdymi kolejnymi wyborami, zaczynając od ostatniej niedzieli w Austrii przez brytyjskie referendum po wybory w Niemczech, we Francji i możliwe referenda w Szwecji, Finlandii, będziemy widzieli, jak ta przeregulowana, przeintelektualizowana konstrukcja będzie się zapadała razem z całym socjaldemokratycznym konsensusem. To prawda, że wielka niewiadoma, w jaką wkraczamy, jest ogromnym zagrożeniem dla Europy. Podzielona, osłabiona i rozrywana wewnętrznie z całą pewnością będzie łatwiejszym łupem dla Putina. Ale to wszystko dalej są tylko konsekwencje. Efekty wieloletnich, urągających zdrowemu rozsądkowi, destrukcyjnych działań przekonanych o swojej nieomylności elit. Nawet dziś, kiedy ziemia usuwa się im spod nóg, przyczyn swojej porażki szukają w „tępych proputinowskich prawicowych masach”, które nie wiedzieć skąd nagle pojawiły się na ich świetlanej drodze do coraz spójniejszej Europy.

Rozliczający będą rozliczani

Audyt rządów PO-PSL, niezależnie od porażającej wymowy całego materiału, sam w sobie rzeczywistości nie uleczy. Zachłanność szybko dopada każdego, kto wkracza w rządowe progi.Tak, do was mówię, panie i panowie – nowi ministrowie i liczni wiceministrowie, wciąż korzystający z dwóch kierowców, prezesi państwowych spółek z gabinetami wielkości boiska do siatkówki i z trzema sekretarkami w gotowości, nawet gdy śpicie. Weekendowe wypady rządowym helikopterem, limuzyny na pokaz. Firmy doradcze – zawodowi załatwiacze i doradcy firmujący wyciek publicznych pieniędzy do prywatnych spółek. Nie trzeba wiele, by w skromnych urzędniko-politykach obudził się gen pazerności czy duch podróżnika. By ideowy działacz partyjny odkrył w sobie zamiłowanie do drogich win, cygar i namiętność do sekretarki. Rzecz nie w ocenie moralnej ludzi trafiających do polityki, ale systemu, który wykoślawia zwykłych ludzi. Dobrze przyjęliśmy zapowiedź wicepremiera Morawieckiego o naprawie moralnej i ograniczeniu rozpasania administracji, ale nie wierzymy w same chęci. Wpiszmy audyt w doroczny program prac Sejmu i rządu. Niech maj będzie tym miesiącem, gdy wyborca usłyszy, jak się zmieniły finanse ministerstw, wydatki reprezentacyjne urzędników, pieniądze na promocję, wyjazdy służbowe i flotę rządową. Populizm – niech i tak będzie, ale na dobry początek pokażcie szczerość intencji.Chcecie rozmawiać o patriotyzmie gospodarczym? My też, ale najpierw przekonajcie nas o swoim patriotyzmie. Co jest patriotycznego w zapisach o obrocie ziemią, które ograniczają rozwój polskim gospodarstwom? Albo w kolejnej licencji, tym razem na rower? Czy patriotyzm nie musi obowiązywać władz samorządowych, które zwlekając latami z planami zagospodarowania, ograniczają rozwój gospodarczy gmin? Kto wie, ilu młodych zdecydowałoby się zostać w kraju, gdyby nowe tereny pod zabudowę zwiększyły konkurencyjność i obniżyły ceny mieszkań. Przejrzyjcie niekończące się regulacje, licencje, pozwolenia, opłaty, ZAiKS-y. Niczego w tym nie ma patriotycznego. Te wytwory egoizmu urzędniczego to zwykła dywersja, torpedowanie wzrostu gospodarczego. Zacznijcie od nich.Każdy rząd prawił o wsparciu dla przedsiębiorczości. Wy też. Świetnie, ale nie mnóżcie komisji i wymyślnych programów. Wystarczy, że wykreślicie wszystkie przepisy, które faworyzują jedne firmy przeciw drugim. Przywileje, ulgi podatkowe. Chcecie, by polski kapitał ruszył w świat, to odbierzcie zagranicznym koncernom dotacje do miejsc pracy, szybkie ścieżki w administracji. Zamknijcie w cholerę wszystkie specjalne strefy ekonomiczne i zróbcie jedną wielką strefę dla wszystkich.Chcecie naprawiać edukację i mieć wyższe notowania w światowych rankingach? Macie nasze błogosławieństwo. Ale zanim znowu zaczniecie rozmawiać o tym, co się należy nauczycielom, powiedzcie głośno, co się należy dzieciom. Mamy niż demograficzny. To świetna okazja do odsiania ze szkół słabych nauczycieli niszczących przyszłość naszej młodzieży. Bądźcie patriotami, zobowiążcie dyrektorów, by na koniec każdego roku zwalniali nauczycieli, których wychowankowie mieli najgorsze wyniki na testach. To samo z subsydiami dla uczelni, pieniądze powinny być rozdzielane według pozycji w światowych rankingach, a nie według liczby zatrudnionych.My też jesteśmy za zmianą konstytucji. Ta napisana na kolanie, anachroniczna w wielu punktach, nie wytrzymuje już konfrontacji z rzeczywistością. Zmienić nie znaczy dopisać nowe zakazy, ograniczenia wolności i jeszcze więcej wątpliwości. Spróbujmy tym razem zrobić to tak, żeby z każdego paragrafu jasno wynikało to, co jest w nim napisane, a nie to, co jakiś oderwany od rzeczywistości profesor, napędzany drogą whisky, wysnuł z tego paragrafu po tym, jak już ujrzał dno szklanki.

Skończcie z idiotycznymi sporami. Potrzeba odbudowy wspólnoty

Jarosław Kaczyński powinien poprowadzić marsz 7 maja. Wieczna rewolucja i niekończące się spory o… wszystko nie przeobrażą Polski w kraj odporny na nową epokę globalnego chaosu i narodowych egoizmów. Rzecz nie w przejmowaniu instytucji kontroli wszystkich ścieżek, ale odbudowie wspólnoty.Demontaż świata postępuje i marne są szanse na szybką poprawę. Nie łudźmy się, że z bliskowschodniego chaosu czy afrykańskiej anarchii wyłonią się samodzielne struktury państwowe mogące zahamować exodus kolejnych milionów uchodźców. I nie łudźmy się też, że obecna Europa może ich zatrzymać. Z jednej strony, Chiny i Rosja upatrują w tym nieładzie szanse na wzmocnienie swojej podmiotowości, a z drugiej, Stany Zjednoczone zmęczone nieustannym gaszeniem pożarów odpychają od siebie odpowiedzialność. Europa, na pozór wciąż silna i bogata, w obliczu zagrożenia dzieli się dziś zamiast konsolidować. Coraz bardziej przypomina to konfekcjonowanie mniejszych regionów w polityczno-gospodarcze sojusze szukające pretekstu, żeby wyrwać się z kieratu Komisji Europejskiej. Wybitny amerykański politolog i wykładowca Akademii Marynarki Wojennej Robert Kaplan przepowiada światu epokę „anarchii porównawczej” – bezładu na arenie międzynarodowej nieporównanie większego od tego, który znamy z epoki po upadku Związku Radzieckiego czy nawet tego po II wojnie światowej.Wiecznie jednocząca się EuropaJeżeli mielibyśmy tę naszą postglobalną epokę do czegoś porównać, to chyba tylko do rozkładu Europy dynastycznej przed wybuchem I wojny światowej. Joseph Roth, austriacki pisarz, filozof urodzony we Lwowie, zafascynowany narodzinami faszyzmu, w połowie lat 30. poprzedniego wieku zasłynął opowiadaniem „Grobowiec Cesarza”, władcy, który odmawiał określenia swojej narodowości. Z korzeniami rodowymi sięgającymi głęboko w dzieje Polski, Austrii, Włoch uważał się za obywatela monarchii, a nie jakiegoś narodu. Mniejsza o losy bohatera i całej rodziny Trottów, ciekawszy jest sam proces wyparcia. Arystokrata odmawiający uznania nowego żywiołu politycznego – narodowości. Im bardziej imperator nie przyjmował do świadomości zachodzących przemian i im bardziej miotał się, buntował, tym szybciej i brutalniej dotykały go zachodzące zmiany. Polecam lekturę wszystkim rozpamiętującym dziś wszechpotężną Europę socjalnego dobrobytu. Maszerujących w imię państwa wolnego od narodowych sentymentów i religii. Koncept, który pozostał już tylko na papierze i w marzeniach zagubionych eurokratów.

No to porozmawiajmy o Schumanie

W kraju, gdzie konie i korniki wyznaczają linie podziału politycznego, trudno żeby parada Roberta Schumana nie stała się okazją do awantury. To oczywiście nie będzie pierwsza postać historyczna, a już na pewno nie pierwszy konserwatywny symbol, który lewica przywłaszczyła sobie do promocji własnej ideologii. Jakże sprzecznej z tym, co głosił, o co walczył Robert Schuman. Zagorzały katolik upatrujący we wspólnych wartościach chrześcijańskich szansy na uśmierzenie ran i przełamanie nienawiści. W czasie II wojny światowej ścigany przez gestapo, zawsze znajdował bezpieczne schronienie w klasztorach.Do końca swoich dni, jako premier, minister spraw zagranicznych, pierwszy przewodniczący Parlamentu Europejskiego, codziennie uczestniczył w porannej mszy. Jeden z niewielu europejskich polityków drugiej połowy XX w., który nie stracił z oczu tego, co tak naprawdę stanowiło o tradycji europejskiej i jej tożsamości. Chrześcijaństwa – jedynej autentycznie wspólnej wartości łączącej narody od Tallina po Lizbonę.Nigdy oczywiście nie dowiemy się, jak Schuman odniósłby się do budowania naszej tożsamości w oparciu o genderyzm, płeć kulturową i patchworkową rodzinę, ale wiemy, że nie wierzył w sztuczne byty i ideologie mające zastąpić prawa naturalne. Jak sam mawiał: „Zawsze wiem, co naprawdę jest dobre dla mojego kraju, a co tylko dla polityków”. Doskonale wyłapał fałszywą troskę polityków, którzy dla poszerzenia swojej władzy wmawiali ludziom, że padli ofiarami jakiejś wyimaginowanej dyskryminacji czy wyzysku. Zbyt wiele życia poświęcił walce z lewicowymi ideologiami – faszyzmem i komunizmem, przekłamującymi tradycje i historyczne doświadczenia, żeby nie dostrzec teraz fałszu w politycznie poprawnej nowomowie euroelit. To jego determinacja doprowadziła do Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali – uwolnienia rynku z jarzma centralnych regulacji i ceł. Trudno sobie wyobrazić, żeby teraz miał wspierać rządy omnipotentnych komisarzy, apodyktycznych ekologów czy ideologów socjalnego rozpasania elit. Jeszcze za jego życia socjaliści szydzili z ojców założycieli Unii Europejskiej –„ta trójka (Schuman – Adenauer – De Gasperi) to legiony Vaticformu”. Czy naprawdę sądzimy, że teraz Schuman poszedłby w jednej paradzie z ludźmi przekonanymi, że za całe zło Europy odpowiedzialni są chrześcijanie?Oczywiście nie wiemy, gdzie dziś maszerowałby Schuman, ale jest tyle innych miejsc, gdzie go brakuje. Może maszerowałby z Brytyjczykami, którzy nie chcą być częścią projektu socjalnej zagłady gospodarczej. Z tysiącami ludzi demonstrującymi na ulicach Sztokholmu, Amsterdamu, przestraszonych bezmyślną polityką budowy ponadnarodowego państwa opartego na niekontrolowanej masie islamskich uchodźców. A może w tym tygodniu byłby w Nowym Jorku, głosując za polityką większej elastyczności w walce z globalnym ociepleniem? Pewnie tak jak wiceprezydent UE Frans Timmermans nie przyjąłby zaproszenia na paradę swojego imienia w Warszawie, która ma być jedynie akceleratorem podziałów politycznych.

Polski koń a przyszłość świata

Europa i świat patrzą na polskie konie, ale wcale nie o los koni im chodzi, tylko o pretekst, by kolejny raz przyprawiać nam gębę nie-Europejczyków.Ostatni raz martwy koń rozpalił wyobraźnię zachodnich mediów po tym, jak prezydent Turkmenistanu Gurbanguly Berdimuhamedow zarządził państwowe uroczystości pogrzebowe swojej ukochanej klaczy. Z pełnymi honorami, szpalerem i armatami, które notabene omal nie przyprawiły o zawał serca pozostałych dostojnych koni uczestniczących w uroczystości. Niezależnie od różnych okoliczności zdarzenia, to Polska niespodziewanie trafiła do jednej grupy tematycznej z Turkmenistanem – historie egzotyczne. Dzikie nieprzewidywalne stepy i końskie opowieści. Nawet Donald Tusk – występujący tu jako jedyny cywilizowany wybraniec naszego narodu, według jego własnych słów miał załamywać ręce z innymi cywilizowanymi premierami nad mentalnością ludzi, którzy czynią takie straszne rzeczy. Wycinają puszcze i zabijają konie. Zastępcza wojna propagandowaZostawmy na chwilę wszystko to, co naprawdę składało się i składa na przyrodnicze korespondencje z Polski. Ważne jest to, że ku zaskoczeniu jednych i spełnieniu życzeń drugich doniesienia z Polski w ciągu kilku miesięcy przeszły z rubryki nuda polityczno- -gospodarcza do działu światowe kurioza. Z rozmów z zagranicznymi dziennikarzami wiem, że zamówienia redakcji są w tym względzie dość precyzyjne. I nawet bez instrukcji rządu w Berlinie dla wolnych mediów redaktorzy gazet i zachodnich telewizji przyjęli ten punkt widzenia za obowiązujący. Ot, takie coś, co nie tylko upstrzy serwisy dowolnego medium „dziwactwami”, ale co ważniejsze – daje czytelnikowi poczucie wyższości nad zacofaną Polską, gra na emocjach, miło łechce narodową dumę. Padnięta klacz, wycinka starożytnego lasu czy menstruacyjne reminiscencje Polek wysyłane do Beaty Szydło, skrupulatnie opisane przez lewicowy dziennik „Independent”, idealnie wpisują się w format. Są równie kuriozalne co historia kirgiskich posłów zarzynających przed parlamentem barany na znak politycznej zgody albo korespondencja z odsłonięcia pomnika alabastrowego konia w Aszchabadzie.Popularność korespondencji z Polski zawdzięczamy jednak nie tylko etnograficzno-satyrycznym walorom tych opowieści. Prawicowy rząd w Warszawie dla zachodnich elit, w tym mocno związanych z establishmentem mediów, jest doskonałą okazją do rozprawienia się z własną prawicą, z radykalizacją nastrojów w Niemczech, Wielkiej Brytanii i we Francji. Nazwijmy to zastępczą wojną propagandową – proxy propaganda. Pokazanie czytelnikom, czym kończy się oddanie większości parlamentarnej partiom na prawicy. Proste – zabijają konie, wycinają lasy. Czym grozi niechęć do imigrantów? Wiadomo, powrót chrześcijańskiego terroru, upokarzanie kobiet, odbieranie wolności obywatelskich. Co tu dużo gadać – średniowiecze.Gra półprawdamiIm lepsze zdają się być notowania francuskiego Frontu Narodowego, Alternatywy dla Niemiec, holenderskiego ruchu antyimigracyjnego, tym chętniej zachodnie redakcje sięgają po „czarnego luda” z Warszawy. Jeżeli w materiałach z Polski pojawia się nawet czasem program 500 plus, to niemal wyłącznie jako narzędzie do ogłupiania i korumpowania mas. Wzrost gospodarczy, spadek bezrobocia – a gdzież tam. Całkiem poważni dziennikarze ekonomiczni jak Henry Foy z „Financial Times” bezmyślnie na swoim profilu powtarzają o ucieczce inwestorów z Polski, powołując się na obniżenia ratingu Polski. Nie zauważają, że zaraz po załamaniu ceny z powrotem zaczęły odbijać. Nie przyjmują do wiadomości, że cała ta heca z ratingiem mogła być brutalną grą spekulacyjną. O czym ostatnio na Bankier.pl mówił ekonomista Jacek Maliszewski z DMK: „…obniżenie ratingu Polsce było na zamówienie – na zamówienie kogoś, kto chciał tanio kupić złotego, polskie akcje i obligacje.I dziś okazuje się, że tak faktycznie to się rozgrywało. Dziś te same media (te same, co w styczniu wieściły katastrofę w Polsce) piszą teksty na temat tego, że banki zagraniczne mocno inwestują w Polskie papiery wartościowe”. Podobne podejrzenia miało więcej analityków, i to nie tylko w Polsce, ale zrzućmy to na karb dziennikarskiej powierzchowności. Niektóre uogólnienia trudno jednak wytłumaczyć przeoczeniem, jak choćby to, kiedy warszawski korespondent portalu Politico Jan Cieński pisze: „Rządząca partia PiS idzie do łóżka z Kościołem katolickim”. Tekst o projekcie ustawy aborcyjnej dowodzi, że PiS chce przyjąć projekt w radykalnym brzmieniu, wygodnie pomija jednak fakt, że dzień wcześniej premier Szydło zapewniła, że rząd nie będzie się zajmował obywatelską ustawą, a partia nie będzie w tej kwestii wymagała dyscypliny partyjnej.Dzień później wspomniany już „Independent” idzie jeszcze dalej, pisząc, że rząd chce wręcz zakazać aborcji i antykoncepcji. Niemieckie dzienniki „Frankfurter Allgemeine” i „Süddeutsche Zeitung” kilka razy w tygodniu donoszą o stanie polskiego wymiaru sprawiedliwości. Ten ostatni ma szczególnie lekką rękę do radykalnych wniosków. „Jeśli sędziowie będą postępować zgodnie z wyrokami Trybunału i kontynuować bojkot rządu i większość parlamentarną, Polskę czeka prawny chaos” – straszy „sz”. Nic dziwnego, że agencja AP następnego dnia przepowiada nam istny kataklizm praworządności. Razem z działaczami praw człowieka zachodzi w głowę, czy aby Europejski Trybunał Praw Człowieka jest przygotowany na przejęcie lawiny spraw sądowych, jakie po całkowitym paraliżu polskiego wymiaru sprawiedliwości będą teraz wpływać do Strasburga. Mniejsza o to, że sędziowie sądów powszechnych mogą sami interpretować konstytucje i że niektóre państwa, jak choćby Luksemburg, zamierzają funkcjonować bez TK. Istotna jest semantyczna zbitka: rządy prawicy – paraliż sądów; rządy prawicy – zakaz aborcji, rządy prawicy – ucieczka inwestorów.Tu jest ukryte złoObok absurdalnych tekstów we francuskich mediach przekonujących czytelników, że w związku z masowymi manifestacjami Warszawa jest dziś mniej bezpieczna niż Paryż po zamachach, w niemieckich tytułach pojawiają się korespondencje, których wcześniej pewnie nikt nie odważyłby się opublikować z uwagi na wyjątkowo delikatną materię odpowiedzialności za Holocaust. We „Frankfurter Allgemeine Zeitung” ukazuje się kuriozalny tekst o stosunku Polaków do Żydów w czasie okupacji. Zarzuca nam, że tylko mniejszość ratowała Żydów przed zagładą. I znowu, mniejsza, że nie przypomina, kto Żydom zgotował tę zagładę, ale ciekawsze jest, że do ataku na prawicowy rząd wykorzystał chwalebną uroczystość otwarcia Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej. Joseph Croitoru pisze, że otwarcie to część misji historycznej Jarosława Kaczyńskiego, który chce pokazywać bohaterskich Polaków, by utwierdzić rolę Polski jako ofiary.Zgryźliwość co najmniej nie na miejscu, ale intencje bardziej niż przejrzyste. Autor, przekonując, że to tylko pozory, koryguje zgrzyt wizerunkowy. Przecież prawica jest antysemicka i PiS nawet swoim muzeum tego nie zmieni. Jakimi meandrami musi podążać myślenie niektórych autorów, skoro eksperci komentujący dla BBC ostatnie referendum w Holandii odrzucające umowę akcesyjną z Ukrainą ostrzegają, że nastroje prawicowe, jak te, które przejęły kontrolę nad Polską, mogą ostatecznie pogrążyć nadzieje Ukrainy na oderwanie się od Rosji. No cóż, droga jest kręta, ale konkluzja za każdym razem ta sama – patrzcie i uczcie się – wszelkie zło tego świata zaszyte jest w konserwatywno-chrześcijańskich wartościach. No i przy okazji można bezkarnie się z Polaczków pośmiać.

Dlaczego PiS Unii się nie boi?

Ta dziwna symbioza nie musi trwać wiecznie, ale dziś sporo nam mówi o stanie Unii i doskonale tłumaczy rosnącą odporność rządów na jej krytykę.

Putinowska ruletka

W dwa lata po zestrzeleniu Malezyjskiego Boeninga i uśmierceniu 299 osób na pokładzie, Rosja powraca do swojej ryzykownej gry. Niemal dzień po dniu prowokując amerykańskie siły na Bałtyku.

Zbudujmy drugą Panamę

Papiery panamskie pobudziły wyobraźnię wszystkich przekonanych, że światem rządzą spiski, ukryte fortuny, do cna przeżarte korupcją elity. Niech będzie. Pytanie raczej, jak to się dzieje, że kolejne wycieki z banków i odzyskane fortuny nie przekładają się na stan gospodarki.

Z wielkim żalem żegnamy Piotra

Kiedy odchodzą tacy ludzie jak Piotr, mocniej uświadamiamy sobie, jak bardzo zmienił się świat, a w szczególności otaczające nas media. Takich dziennikarzy już nie robią. Twardych i niezłomnych w swoich poglądach, a jednocześnie  ciepłych, zawsze otwartych na dyskusje i nie szczędzących wysiłku, żeby  zgłębić jakiś temat.

Klasa rozżalonych

Świat nie jest wam nic winny, przestańcie łazić i w kółko powtarzać te same brednie – Mark Twain lubił szokować swoich rozmówców, ale co bardziej zastanawiające, że dziś, sto lat później, bogatsi o marksistowskie iluzje, rozczarowani państwem socjalnym i etatystyczną sprawiedliwością, wciąż wierzymy, że coś nam się od życia należy z racji tego, że żyjemy.

Islamska krucjata, czyli czym grozi kryzys zachodniego chrześcijaństwa

Fala migracyjna uwydatniła wszystkie słabości współczesnej cywilizacji Zachodu. Ta bezgraniczna otwartość i wiara w człowieka wolnego od wierzeń spowodowały, że po raz pierwszy od II wojny nie jesteśmy pewni, czy Europa, w jakiej przyszliśmy na świat, będzie Europą, w jakiej umrzemy.

Lewarowanie demokracji

Samą troską o Trybunał nie da się wytłumaczyć napięć na linii Waszyngton – Warszawa. Brak zapowiadanego wcześniej spotkania Dudy z Obamą jest oczywiście zimnym prysznicem dla Polski, ale ostrożnie czytałbym gesty i dyplomatyczne znaki dymne Białego Domu w przededniu historycznych wyborów w USA.

Gra o rzeczownik

Polityka, jak muzyka młodzieżowa, składa się z huku i marketingu. Scenę kontroluje nie ten, kto wybrzmi najładniej, ale ten, kto precyzyjnie trafi w ucho odbiorcy. Kto pierwszy nazwie emocje i będzie kontrolował nowy rzeczownik.Rodzina, płaca, naród – nie jeden, ale trzy rzeczowniki zdecydowały o wygranej PiS. Sądząc po ostatnich sondażach, niewiele się tu zmieniło. Większości Polakom serca wciąż biją w rytm PiS. KOD-opozycja z imponującą jednak konsekwencją lansuje własny rzeczownik – „wolność”. Wolność dla mediów, wolność dla służby cywilnej, wolność dla Trybunału. Do tego chóru, wciąż jeszcze słabo słyszani, dołączają przedsiębiorcy i obrońcy wolności gospodarczych. Wszyscy rozczarowani ograniczaniem obrotu ziemią, podatkiem sklepowym, zakazem handlu w niedzielę, powrotem do monopolu pocztowego i wieloma innymi, które zaczynają się układać w jeden rytm. Oddajcie nam wolność. Słowo łatwo przyswajalne i, co może najważniejsze – trafiające do euroelit i lewicy w Stanach Zjednoczonych. Do wszystkich wystraszonych umacnianiem się antyestablishmentowych środowisk w świecie.

Europa nie pomoże KOD

Ani Wenecka, ani Europejska Komisja nie spełnią nadziei opozycji. Nie zawrócą biegu wydarzeń w Polsce. Nie żeby nasz rząd był wyjątkowo odporny na presję zewnętrzną, bo nie jest, ale dlatego że europejskie rządy są zbyt rozkojarzone własnymi egzystencjalnymi dylematami.Struktura zadłużenia, udział inwestorów zagranicznych w rynku naszych obligacji i niemal chemiczne uzależnienie od unijnych pieniędzy powinny wymuszać na rządzie bardziej ugodowe zachowania. Przed czerwcowym szczytem NATO w Warszawie granie na nosie lewicowym euroelitom może wydawać się nieroztropne. Na to też liczy opozycja, organizująca marsze i bombardująca zachodnie media dowodami swojego uciemiężenia. Dlaczego tak mierne przynosi to efekty, a rząd ani myśli zmieniać kurs? Ano dlatego że Europa nie jest już w stanie wykrzesać z siebie ducha walki o projekt, który sprowadził na nią tyle problemów.

Piramida emerytalna

Nie wiem, jak to się stało, ale gdzieś po drodze lewica podprowadziła nam słowo sprawiedliwość. Konsekwentnie wciska je obok słów – zasiłek, socjal, zapomoga, i każe nam wierzyć, że jedno z drugim jest nierozłączne.Zbitka frazeologiczna jest tu tak silna, że na hasło 500 plus lewicowe echo natychmiast odpowiada – program jest niesprawiedliwy, bo daje po równo biednym i bogatym, a nie daje samotnym matkom na poszerzanie rodziny.

To tylko prawda

Po co mierzymy się z historią? Po co burzymy mity i kwestionujemy świętości? Ano po to, żeby kłamstwa nas więcej nie prześladowały. Żeby nie kładły się cieniem na współczesności, która bez odkłamania historii szybko zaczyna powielać scenariusze, od których chcieliśmy uciec.Kraje, które – jak w skrajnym przypadku Rosja – nie podjęły próby rozliczenia, dziś są w tym samym miejscu, gdzie były przed swoją rewolucją. Polska, rezygnując z natychmiastowego otwarcia piekielnych akt, przez ćwierć wieku szarpana była konwulsjami kolejnych przecieków, insynuacji i dziwnych zdarzeń prześladujących naszą politykę i gospodarkę.

Nasze codzienne fantasmagorie

Może być i tak, że banki podniosą się z ostatniej zapaści i unikniemy kolejnej hekatomby finansowej. Wiele dobrych rzeczy może się przydarzyć. Flotylla NATO może pokonać armię pontonów z uchodźcami na Morzu Egejskim i kolejny milion czy dwa nie zasiedli Europy.

Odebrać wolność

Nic lepiej nie ilustruje europejskiej bezsilności niż rozgorączkowane umysły komisarzy wertujących kolejne wersje białej księgi o dobrym sąsiedztwie. Pełne „humanitarnych lewarów”, „instrumentów asymilacji”, „tarcz homofobicznych”.Ktoś chyba uwierzył, że im bardziej Bruksela będzie przypominała sklep z narzędziami, tym szybciej się wszystko naprawi. Ubędzie uchodźców, przybędzie miejsc pracy, a Rosja sama z siebie opuści Donbas.

Europa po Europie

Pięć lat, dwa, ba, czy jeszcze pół roku temu ktoś sądził, że premier Francji Manuel Valls publicznie powie, że unijny „projekt może umrzeć szybko i nagle”. Że szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz powie – „upadek jest całkiem realnym scenariuszem”, a pomysł zwołania referendum w sprawie brytyjskiego członkostwa w UE i i fińskiego w sprawie euro będzie nazwany politycznym realizmem. I nikt już nawet nie skomentuje wywiadu Le Pen dla brytyjskiej prasy, gdzie przywódczyni francuskich nacjonalistów porównuje Brukselę do muru berlińskiego i mówi, że Brexit będzie dla Europy tym, czym dla Europy Środkowej był upadek Związku Radzieckiego.

Nie da się być naraz lewicą i prawicą

Oprócz Jarosława Kaczyńskiego mamy dwa żywioły w rządzie. Oba chcą silnej i niezależnej Polski, ale rozmaicie widzą swoją misję. Dotąd prym wiedli politycy przekonani, że kluczem są transfery socjalne dla ubogich i krótka smycz dla zagranicznych koncernów. Coś, co da rządowi konieczne poparcie w kraju i respekt za granicą. Po ostatnim ratingu S&P do głosu powoli dochodzą politycy przekonani, że niezależne mogą być tylko kraje silne gospodarczo, a to wymaga więcej dyscypliny w finansach i znacznie mniej etatyzmu i biurokracji w biznesie.PiS nie ma już wiele czasu, żeby zdecydować, którą drogą chce pójść. Świat zmienił się od początku tego roku. Inwestorzy w popłochu uciekają z rynków wschodzących. Europejska gospodarka wciąż nie ruszyła z miejsca. Rosja robi się coraz bardziej nieprzewidywalna. Chiny lawirują na krawędzi czegoś, co ekonomiści nawet boją się nazwać, ale na wszelki wypadek radzą swoim klientom uciekać z pieniędzmi i rezygnować z inwestycji. I kiedy już tak będą uciekać, to na pewno nie schowają się w kraju, wokół którego ktoś wciąż dostawia nam nowe znaki zapytania.

Brudna gra ratingami

O motywach agencji ratingowych, ich błędach, tendencyjności napisano już sporo, ale nie więcej niż o tych, którzy padli ofiarą degradacji. Tym razem zaskoczenie było o tyle większe, że nie miało najmniejszego pokrycia w twardych ekonomicznych wskaźnikach.

Brukselska pokazówka

W głośnym eseju „Dlaczego nie jestem konserwatystą” Friedrich Hayek pisał, że konserwatyzm z natury rzeczy konserwuje, a on chce zmian, i to szybkich zmian. „Nie wystarczy wrzucić hamulec, żeby powstrzymać świat przed tym szaleństwem, trzeba zmienić kierunek i przyśpieszyć” – Hayek pisał swój esej na przednówku hipisowskiej kontrkultury i lewicowej akcji afirmatywnej. Dziś, 60 lat później, rozmiary i konsekwencje progresywnego chaosu są nieporównanie groźniejsze. Stąd tak fałszywie wybrzmiały nam apele Brukseli o spowalnianie systemowych przemian.

Czy Unia Europejska przetrwa rok 2016?

Wspólna waluta bez wspólnego państwa długo nie przetrwa. To samo dotyczy wspólnego parlamentu bez wspólnego elektoratu. Oraz unijnego prezydenta, który raportuje do podległych mu premierów i nie ma armii do obrony swoich granic.

KOD odwołał Nowy Rok

Z przykrością informujemy, że Nowego Roku w tym roku nie będzie. Przynajmniej nie w przewidzianym terminie. Grupa posłów postanowiła zablokować rząd i nie dopuścić do ogłoszenia postanowień noworocznych. Środowiska postępowe mocno zestrachane nadejściem nowej epoki zawiązały Komitet Obrony Dat, wychodząc z założenia, że cofając czas, cofną również zmiany.

Kasandra nasza narodowa

Naród co do zasady mamy neurotyczny, i to bez zakupów świątecznych czy katastroficznych wizji Ryszarda Petru. Co prawda, antropolodzy nie widzą trwałego związku między narodowością a lękiem, ale ośrodek badawczy Credit Agricole plasuje nas w czołówce zestresowanych narodów Europy.

Bezbronni pychą własnych elit

Gdyby jedyną miarą dobrobytu i bezpieczeństwa było tempo, w jakim zbliżamy się do najbogatszych państw Europy, to perspektywy wyglądałyby nieźle. Już dziś w połowie tak bogaci, rośniemy szybciej niż średnia strefy euro. Z prężnym rynkiem wewnętrznym, imponującym eksportem – jesteśmy jedynym państwem europejskim z nadwyżką handlową z Niemcami. A co ważniejsze, pierwszy raz od rewolucji francuskiej siły destrukcji traktują nas łagodniej niż bogaty Zachód.Oszczędzony był nam kryzys imigracyjny, kryzys tożsamości narodowej, plagi zamachów terrorystycznych i demoralizacji socjalnej. Choć to, co osłabia Europę, tylko pozornie nas wzmacnia. Gwarantem naszego dobrobytu pozostaje silna Europa – antidotum na rosyjskie przekleństwo. Groźniejsze z każdym dniem i z każdym kolejnym konfliktem. W 2008 r. Rosja potrzebowała pięciu tygodni do zmobilizowania 150 tys. wojsk bojowych mogących wkroczyć do Gruzji. Dziś, według Center for Strategic and International Studies, w ciągu 72 godzin, bez wzbudzania podejrzeń, może przerzucić 60 tys. komandosów do sąsiedniego państwa.

Więcej awantur, mniej spekulacji

„Wielka wizja potrzebuje silnych antagonistów, a program zanim stanie się prawem, powinien przejść przez ogień krzyżowy przysięgłych wrogów jego projektodawców”.

Wdzięczni unijnej fladze

Symbole bywają groźne, ale groźniejsze są obsesje przypisujące im realne znaczenie. Brak unijnej flagi za mównicą premier Beaty Szydło urósł do rangi antyeuropejskiej deklaracji.Lewicowe media biły na alarm, że PiS wyprowadza Polskę z UE, a „New York Times” i kilka poczytnych tytułów w Europie wypatrywały nacjonalistycznej fali. W zapalczywości nie sprawdziły, ilu europejskich przywódców występuje na tle własnych kolorów narodowych ani czy rzeczywiście ktoś zdejmuje niebieskie flagi z rządowych budynków. Ale skoro wpadliśmy już w ten medialny kisiel, to zastanówmy się, cóż takiego ta flaga dziś symbolizuje.

Pierwsze strony pełne naszych własnych zamachów

Publicyści i politycy dobierają słowa jak nastolatki ubrania. Wypatrują takich, które najbardziej szokują otoczenie. Pech chciał, że ostatni tydzień zdominował paryski zamach. Wystarczyła chwila i masz – pierwsze strony pełne naszych własnych zamachów. Ułaskawienie Mariusza Kamińskiego – zamach na praworządność. Wymiana szefów służb specjalnych – nocny zamach. Ustawa o Trybunale Konstytucyjnym – zamach na demokrację. Zaraz będziemy mieli istną pandemię. Zamachy na urzędy, agencje, spółki Skarbu Państwa, niewydolne sądy, uczelnie marnotrawiące talent i pracę młodych ludzi, zamach na budżety promocyjne i reklamowe dla medialnych beniaminków rządu.

Przepraszamy za nasze prostactwo

Nie dziwi nas reakcja rządu Francji mobilizującego wojska, wprowadzającego stan wyjątkowy, zamykającego granice. Zrozumiała jest też zapowiedź polskiego rządu, że po paryskim ataku unieważni ustalenia dotyczące przyjęcia 12 tysięcy uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu. Ale też mają rację ci, którzy oskarżają nas o strach i ignorancje kulturową.

Akt wojny – długiej wojny

Skoordynowany atak w kilku miejscach Paryża, z użyciem rozmaitej broni, technik i najwyraźniej różnych grup bojowych i z niezliczoną liczbą zabitych, są najkoszmarniejszym wydarzeniem we Francji od II Wojny Światowej. Tym bardziej zrozumiała jest reakcja rządu mobilizującego wojska, wprowadzającego stan wyjątkowy w całym kraju.

Ostrożnie z tą rewolucją

Tak jak absurdalne są spekulacje, że PiS po spektakularnym zwycięstwie miałby tworzyć rząd, który nie przypominałby PiS-u, niedorzeczne jest też przekonanie, że elektorat trwale przesunął się na prawo. Polityków nie wybieramy z miłości, tylko z niechęci do przeciwnej strony. Jeżeli niechęć przeradza się w gniew, to zwycięstwo jest przytłaczające.

Kult ofiary

Ze strachem trudno dyskutować. Ktoś się boi, bo się boi. Strach nie musi być racjonalny i nie musi się urzeczywistnić. Wystarczy, że jest. Boimy się o pracę, o rodzinę, ale strach można też zaszczepiać. Sączyć wyrwane z kontekstu zdania czy fragmenty programu politycznego, przemieszać je z własnymi uprzedzeniami i siać panikę przed faszyzmem, nacjonalizmem, stalinizmem, a w miarę potrzeby przed polską wersją putinizmu. Po co ktoś chce, żeby ludzie bali się PiS i Kaczyńskiego, nieustannie myśleli o rządzie w kontekście upiornych reżimów?

Zwycięstwo cichej desperacji

Bywają wybory, gdzie partie zamieniają się miejscami i życie toczy się dalej. Ale bywa i tak, że zmiana to tylko efekt uboczny głębszego zjawiska społecznego. Czegoś, co przegrani przeoczyli, a wygrani… Wygrani byli w opozycji i wykorzystali społeczną potrzebę zmiany. Ale i to szybko może się zmienić, jeżeli nowa ekipa nie zrozumie istoty przemian. Fali, która wyniosła ich do władzy.Margaret Thatcher w swoich pamiętnikach opisała długie moskiewskie spotkanie z Michaiłem Gorbaczowem w 1987 r. Gorbaczow zarzucał jej hipokryzję. Mamienie wyborców hasłami o wolności, podczas gdy cała jej polityka miała służyć klasie kapitalistów. „Przyznałam mu rację – tak, chcę stworzyć republikę kapitalistów – wspominała. – Społeczeństwo, w którym każdy czuje się właścicielem, a nie wyrobnikiem”. To nie był wyłącznie przytyk do sowieckiego reżimu. Thatcher przestrzegała również przed degeneracją zachodnich społeczeństw. Nawet jeżeli cieszyły się demokracją, to tkwiły w marazmie – przygniecione interwencjonizmem państwa, „socjalnym otumanieniem” i monopolem uprzywilejowanych korporacji.

Walka dopiero się zaczyna

To żaden przewrót, czy zawracanie dziejów polskiej polityki. Zaledwie korekta. Wyborcy odebrali władzę partii, która z konserwatywno-rynkowej formacji przedzierzgnęła się w etatystyczno-lewicową.

Wygrał pozytywny przekaz

Obie zawodniczki skończyły pojedynek, najwyraźniej zadowolone, że zeszły z ringu o własnych siłach. Debata Beaty Szydło i Ewy Kopacz nie skończyła się nokautem, ale nie było też spektakularnych parad oratorskich. Ostatecznie na punkty, stylem i konsekwencją wygrała Beata Szydło, którą komentatorzy jeszcze dzień wcześniej skazywali na przegraną.

Barany i szarlatani

Fascynujące, jak w 36,5-milionowym państwie media mogą być opętane jednym Antonim Macierewiczem. Najwyraźniej wierzą, że po ośmiu latach zwodzenia, niedotrzymywania obietnic i rządów podporządkowanych jednemu egomaniakowi wszyscy prawicowi wyborcy chcą teraz kogoś na jego podobieństwo. Kolejnych złudzeń i mitów.

Nowy realizm

Amerykańska indolencja może konkurować już tylko z europejskim safandulstwem. Ćwierć wieku po rozmontowaniu sowieckiego chomąta rosyjskie lotnictwo bombarduje proamerykańskie oddziały partyzanckie w Syrii, a hordy islamskich uchodźców przedzierają się do niemal bezbronnej Europy. Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych mówi coś o wyjaśnieniu rozbieżności, a Unia Europejska siada z Putinem do stołu w Paryżu.

Papież ekonomista

Franciszek nie jest ostatnim papieżem, który pochyla się nad ludzką nędzą. Ale pierwszym, którego słowa inspirują skrajną lewicę.

Przesuwanie granic nicości

Samuel Huntington już w 1993 r. w swojej książce „Zderzenie cywilizacji” opisał nam historię naszych dziejów – aż do dnia dzisiejszego. Zabrakło mu jednak nieco wyobraźni na pełne ćwierć wieku. Świat, z jakim przyszło nam się zmagać, to już nie starcie rywalizujących ze sobą kultur i wartości, ale implozja dwóch cywilizacji jednocześnie – wschodniej i europejskiej. Żadna nie daje swoim narodom sił ani moralnego wsparcia do pokonywania przeciwności i konkurencji ze światem zewnętrznym. Ucieczka od wartości doprowadziła je do wyjałowienia, w którym wzrastają radykalizmy.

A co, jeżeli Angela Merkel wie, co robi?

Jacques Chirac nie był ojcem założycielem Unii Europejskiej, ale był autorem teorii, że motorem napędowym integracji będą kolejne kryzysy, w jakie Unia wpędzi Europę.

Granica szaleństwa

Poruszające zdjęcie dziecka wyrzuconego na brzeg tureckiego morza wyzuło debatę imigracyjną z rzeczowych argumentów. Poruszyło sumienia milionów. Obiegło świat i wylądowało na biurkach decydentów, którzy w klasycznym unijnym stylu stworzyli erzac. Mechaniczne rozparcelowywanie uchodźców, narażające Europę na permanentny kryzys humanitarny i tożsamościowy.

Prawda o MON

Zarzuty sformułowane przez rzecznika MON pana Jacka Sońtę w jego piśmie do Rady Etyki Mediów oraz rozpowszechnianych w serwisach społecznościowych informacjach na temat tego pisma są fałszywe i bezpodstawne. Warsaw Enterprise Institute nigdy dotąd nie zajmował się śmigłowcami, nie współpracował z żadną z firm zaangażowanych w przetarg na śmigłowiec wielozadaniowy.

Cywilizacja niemożności

Bezładna rzeka ludzi, poruszające obrazki z Calais, z miasteczek na peryferiach Węgier, Czech. Walki na greckich wyspach i rozpadające się kutry oblepione grupami uchodźców z Syrii, Afganistanu, Afryki, Libii. Jeżeli ktoś jeszcze panuje nad granicami europejskiego imperium, to chyba już tylko gangi przemytników i handlarzy ludźmi. Najpotężniejsze narody świata, niegdyś dyktujące prawa, narzucające światu swoją wiarę, wartości i mowę, teraz – połączone w jedną wielką Unię – same stały się celem kolonizacji. Rozdarte wewnętrzną debatą: stawiać mury czy – jak Włosi, Duńczycy – przywracać wewnętrzne granice niegdyś zniesione układem z Schengen. A może tę nadciągającą rzekę ludów otoczyć opieką socjalną, jak chce tego Angela Merkel.

Refewantura

Niech ten małpi cyrk wejdzie do naszego słownika politologicznego. Referendum, które niczego nie rozstrzygnie, a wszystkich skłóci – refewantura. Karuzela niedorzeczności – zasłużyła na swoje miejsce w terminologii wyborczej.

Przestańcie nas słuchać, zacznijcie mówić z sensem

Debaty o debatowaniu, rozmowy o rozmawianiu. Prezydent z premier przy kawie czy przy Radzie Gabinetowej? Na święcie kaszy czy owsianki – retoryczna kakofonia wypierająca merytorykę z naszej polityki. Fetyszyzujemy rozmawianie, zamiast skupić się na jego treści. Zbierzmy radę, niech pogadają… albo nie, zróbmy inaczej – niech siądą sami – On prezydent, Ona premier – i niech mówią i mówią, a potem powiedzą, że rozmawiali. A to, że nie mają sobie nic do powiedzenia, ma już umknąć opinii publicznej.

Rządowa rejterada

Urok polityki polega na podejmowaniu fatalnych decyzji, za które rządzący nie muszą płacić, ale mogą zachować korzyści. Żadna inna definicja rządzenia nie tłumaczyłaby bonanzy regulacji i ostatnich uchwał gabinetu premier Kopacz. Nie wiemy, ile będzie nas kosztować rejterada polityków PO, ale wiemy, kto zapłaci ten rachunek – my.Nasz okładkowy temat, choć w tytule ma śmigłowiec, to więcej miał chyba wspólnego z załatwianiem francuskiego poparcia dla kandydatury Donalda Tuska na prezydenta wszystkich Europejczyków, a Komorowskiego na męża stanu klepiącego po plecach Hollanda, niż z uzbrojeniem polskiej armii. O innych gratisach dla uczestników przetargu nie ma tu mowy, ale to, co wiemy na pewno, to to, że cztery miesiące minęły od zakończenia tej maskarady i dalej nie ma kontraktu. Przetarg pewnie będzie musiał być powtórzony. Wiele może wskazywać na to, że minister obrony świadomie potwierdził nieprawdę, zapewniając o spełnieniu przez Francuzów wszystkich wymogów przetargu. Rzecz przeciągnie się o kolejny rok czy dwa i mniejsza o koszty, pytanie, czy Rosja zechce poczekać, aż urzędnicy MON przeformatują się z polityki na obronność (piszemy na stronie 10).Jak zwykle najkosztowniejsze okazują się te niewymierne korzyści polityczne – poparcie Francji, spokój wyborców czy wkładanie kija w szprychy następcom. Przez osiem lat koalicji PO-PSL rząd dla świętego spokoju nie zajmował się naprawą kopalni. W efekcie nie jedna kopalnia, nie jedna firma, ale cała branża powinna być już zlicytowana. Premier Kopacz nie przewidziała, że katastrofa dopadnie ją jeszcze przed wyborami. Żeby ratować swój wizerunek przed najazdem górników na Warszawę, przerzuca problem na przyszły rząd. Zmusza firmy energetyczne i banki do udzielenia pomocy. Za pół roku Komisja Europejska stwierdzi, że pomoc była nielegalna, i każe oddać pieniądze – ale to już będzie na konto następców. Nam zostanie jeszcze wyższy rachunek za prąd (piszemy na stronie 48).Ten sam rząd, szukając pieniędzy na finansowanie swojej nieudolności, wydrenował z KGHM ponad 5 mld zł. Nowy podatek od kopalin, w praktyce narzucony jednej firmie, bo… za szybko się rozwijała. Dziś spółka zagrożona jest wrogim przejęciem, a rząd chce ją obarczać kolejnymi zobowiązaniami wobec kopalń węgla, które wydobywają tylko długi (piszemy na stronie 42).Rok po nacjonalizacji prywatnych funduszy emerytalnych 150 mld zł przejęte z naszych kont zostało roztrwonione. Nie ma pieniędzy, a nasze zadłużenie jak rosło, tak rośnie. Rząd dla przelotnych korzyści, akonto kolejnych długów, zaprzepaścił nasze oszczędności. Od subsydiowania nieodpowiedzialności państwo nie staje się bardziej odpowiedzialne. Przeciwnie, pieniądze zabrane z funduszy emerytalnych poszły na odmrożenie płac urzędników, uprzednio rozdymając administrację o kolejne 100 tys. etatów. 2 mld zł wpompowane w przedwyborcze podwyżki, bez najmniejszej nawet próby usprawnienia administracji i stworzenia lepszych warunków dla przedsiębiorczości.Dodajmy do tego koszty zdemontowania systemu refundacji leków, niereformowanej służby zdrowia, wymiaru sprawiedliwości, wypompowania pieniędzy z Kancelarii Prezydenta, długoterminowe kontrakty i zobowiązania Ministerstwa Środowiska, Ministerstwa Rolnictwa, które pozostaną ogołocone z funduszy przez długie miesiące. Po nas choćby potop.***Tekst ukazał się we WPROST

Polska racja stanu a relacje z Niemcami

Niemcy kontrolują wszystkie zawory bulgoczącego kotła europejskiej polityki. Nasze relacje z Berlinem będą istotą polskiej racji stanu. W naszym przekonaniu, pomysł, jaki prezydent Duda będzie miał na kształtowanie polsko-niemieckich stosunków, zdefiniuje nie tylko nasze miejsce w Europie, ale też nasze relacje z Rosją i Ukrainą. Może to zabrzmi teraz pompatycznie, ale to może być też ważny puzzle do bezpieczeństwa i kształtu przyszłej Europy.Wielki europejski projekt powstał po II Wojnie Światowej po to, żeby zeuropeizować Niemcy. Stworzyć je częścią rodziny, a nie jej postrachem. Dziś mamy wrażenie, że to Europa stała się bardziej niemiecka. I coraz bardziej działa pod dyktando Berlina, niż w harmonii z nim. Oczywiście, rację mają ci, którzy twierdzą, że Niemcy sami nie czują się w tej roli najlepiej. Woleliby rozkładać odpowiedzialność, mieć większe wsparcie finansowe od największych członków Unii. Między innymi w Polsce upatrują partnera do wymuszania zmian strukturalnych w Unii. To nie oznacza jednak, że Berlin sam z siebie przystanie dziś na inny model unii niż ten oparty o  niemiecką architekturę finansową. Brytyjskie nawoływania o przywrócenie wspólnoty gospodarczej w miejsce restrykcyjnego para-rządu w Brukseli są odrzucane jako herezje. Unia Europejska, do jakiej przystępowaliśmy 11 lat temu, powstała wokół osi Berlin-Paryż. Francuskich tradycji demokracji państwowej, jej potężnej armii i – z drugiej strony – niemieckiego cudu gospodarczego. Razem te dwa narody tworzyły siłę napędową dalszej integracji. Rok 1990 i zjednoczenie Niemiec zakłóciły równowagę. Dalsza ekspansja Unii na wschód, w tym Polski, dużego państwa wyznaczającego nowe granice Europy, zapewniły Niemcom uprzywilejowane miejsce w Europie. Geopolityczna stolica kontynentu z unikalnym dostępem do rynku nowych państw członkowskich. Coś, co kolejne rządy w Berlinie wykorzystały po mistrzowsku. Od kultury, przez media po biznes i inwestycje. Po kryzysie 2009 roku proces przyśpieszył. Oś Berlin-Paryż, nie jest już siłą napędową UE. Wszystkie procesy integracyjne i inicjatywy prorozwojowe wychodzą z Berlina. Mamy jeden potężny silnik w Europie – Niemcy. Kraje nowej Europy z Polską na czele stanowią ważny, ale jednak tylko komponent niemieckiej Europy. Zaplecze produkcyjne, ogromny rynek zbytu, przestrzeń inwestycyjną dla zaawansowanych niemieckich produktów. Niemcy nigdy nie były tak silne i tak wpływowe. Zbrojne podboje z I czy II Wojny Światowej nie mogą nawet się równać z wpływami, jakie w Europie ma dziś Angela Merkel. Niemcy stały się hegemonem. Okres niemieckiej ekspansji zbiegł się w czasie z rządami koalicji PO-PSL. Z wizją Donalda Tuska świadomie opierającego naszą politykę zagraniczną o relacje z Berlinem. Niemcy w imponujący sposób poszerzyły swoje wpływy w Polsce. Dotyczy to nie tylko gospodarki, ale całego modelu państwa, kierunków prac poszczególnych ministerstw, prac nad nowymi prawami i regulacjami – prawie zawsze zgodnymi z wizją Berlina. Niemiecki kapitał rozlał się na wszystkie branże polskiej gospodarki i polskiego życia społecznego. Niemieccy wydawcy stali się równorzędnym graczem na polskim rynku opinii. Niestroniącym od kształtowania linii redakcyjnej, gustów i potrzeb polskich czytelników. Dość unikalna w świecie, tak głęboka infiltracja rynku wydawniczego przez obcy kapitał, charakterystyczna jest nie tylko dla Polski, ale dla wszystkich post-sowieckich państw Europy Środkowej. Uzależnieniem od Niemiec Donald Tusk płacił za spokój, miejsca pracy, pomoc w ściąganiu unijnych funduszy. Oś Warszawa – Berlin była istotą naszej polityki zagranicznej. Nasza ścisła współpraca miała uwiarygadniać Polskę w Europie. Nie tylko szeroko otworzyć drzwi do europejskich instytucji, ale też stworzyć całą filozofię rządzenia w kraju. Jasnego podziału na nowoczesną, przedsiębiorczą i europejską część społeczeństwa kroczącą do Europy i tych, którzy chcieli nas cofnąć z powrotem do zaścianka – w orbitę Moskwy. To znacznie wygodniejszy podział dla rządzących niż powiedzieć, że społeczeństwo dzieli się na tych którym powiodło się w transformacji i tych, którzy zostali pominięci. Alternatywa jest oczywiście fałszywa, ale wspominam o tym, żeby podkreślić, jak ważna była Tuskowa doktryna proniemieckiej orientacji. Nie tylko dla naszej polityki zagranicznej ale również dla wewnętrznej. Nawet nagłe porzucenie urzędu premiera przez Tuska, mianowanie go przez Merkel na prezydenta UE, tłumaczone było jako sukces i europejski awans. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy nawet jak ścisła potrafi być ta współpraca z Berlinem. Nie tylko na szczeblu kancelarii premiera, ale również poszczególnych ministerstw, władz samorządowych. I dziś trudno sobie wyobrazić podejmowanie decyzji, które mogłyby być nie w smak politykom czy niemieckim koncernom. Doskonale obserwujemy to na przykładzie naszej polityki energetycznej, uzależnionej od wizji Berlina. Planów budowy autostrad, które na zachodzie Polski konkurowałyby z niemieckimi. Coraz częściej musimy się godzić z tym, że Niemcom wolno więcej. To za sprawą Angeli Merkel NATO nie zdecyduje się na rozmieszczenie amerykańskich wojsk w Polsce. A amerykański Kongres odmówił rozmieszczenia na stałe baterii Patriot. Kryzys grecki uświadomił światu skalę niemieckiej hegemonii. Determinację do podporządkowywania sobie mniejszych czy słabszych państw w imię swoich politycznych wizji. Włochy, Hiszpania a ostatnio nawet Holandia, zaczynają mówić o konieczności dywersyfikacji władzy. Większej przejrzystości wewnątrz samej euro-biurokracji i zwiększenia wpływu wyborców na najważniejsze decyzje polityczne. Zupełnie inaczej widzi to niemiecki minister finansów, jedna z najpotężniejszych postaci w Europie. Wolfgang Schauble wraca do jak idei jak najszybszego stworzenia z Komisji Europejskiej jeszcze potężniejszego ciała, kontrolującego budżety wszystkich państw Unii. Bernard Coure z Europejskiego Banku Centralnego w wywiadzie dla Le Monde poszedł dalej i zaproponował, żeby wszyscy europejscy przywódcy zostali uwolnieni od jakiejkolwiek zależności od rodzimego elektoratu. Co, jak twierdzi, ułatwiłoby euroelitom podejmowanie decyzji, które są w interesie „wielkiego projektu”, „Unijnej solidarności”, a nie narodowych interesów. W praktyce Bruksela przypominałby Watykan. Strukturę zamkniętą i całkowicie niezależną od lokalnych władz. Rzecz w tym, że wierni mają wybór, a obywatele stają się zakładnikami elit. Biorąc pod uwagę wpływ, jaki na europejskie finanse ma Berlin, musielibyśmy założyć, że powstanie bezprecedensowy model państwa totalnego pod silną kuratelą Niemiec. Polska musi szybko określić swoje miejsce w budowie nowego systemu politycznego. Zdecydować, czy gotowa jest na tak głębokie przeobrażenia, czy raczej znajdzie się w grupie państw, które zażądają narodowego referendum zanim nastąpią tak drastyczne zmiany. Brytyjczycy nie ustają w szukaniu w Europie sojuszników do wspólnego rynku „wolnych państw”. Mało tego, brytyjska dyplomacja, przez lata bezradna wobec bardzo bliskich relacji Polski z Niemcami, teraz zdaje się szeroko uśmiechać do PiS i nowego prezydenta. Kryzys na wiele lat zatruł relacje Niemiec z Europą i Europy z Niemcami. Napięcia, niezależnie od sytuacji gospodarczej, będą narastały. Prezydent Duda będzie musiał zaproponować nam zupełnie inny pomysł na relacje z Niemcami. Nie tylko z uwagi na nowe otwarcie polityczne i tradycyjnie zbyt bliskie relacje Niemiec z Rosją, ale też z uwagi na układ sił w samej Europie. Jak dalej korzystać z tego, co najlepsze w relacjach z Niemcami, nie antagonizując jednocześnie potężnego sąsiada? Jak wzmacniać nasz potencjał gospodarczy, ale jednocześnie zwiększyć naszą niezależność? Jak utrzymać się w centrum europejskiej sceny politycznej, ale nie być wykorzystywanym w grze Berlina przeciwko stolicom domagającym się bardziej demokratycznej Unii? Wojna na Ukrainie mocno osłabiła relacje Rosja-Niemcy, ale musimy pamiętać, jak łatwo przyszło Putinowi przeprowadzenie gazociągu po dnie Bałtyku. Jak teraz zapewnić, że we wszystkich kwestiach dotyczących Europy Środkowej, Niemcy najpierw będą rozmawiały z Polską, a nie z Moskwą? Ułożenie relacji z Berlinem będzie czymś więcej niż tylko składową naszej polityki zagranicznej. Czy nam się to podoba czy nie – to pozostanie istotą naszej racji stanu.

Pokonać Lewiatana

Politycy. Kiedy trącą śmiesznością, lubią chować się za szacunkiem do państwa. Wmawiać szydercom, że nie kpią z nich, ale z urzędu, z państwa, z Sejmu czy majestatu prezydenta. 

Wyczynowy socjalizm

Krytyka kapitalizmu ma swoją intrygującą dynamikę. Im więcej interwencjonizmu państwa i zawłaszczania naszej wolności, tym więcej głosów, że kapitalizm nie działa. Prezes NBP Marek Belka od niedawna lansowany na gwiazdę lewicowej

Dajcie mi urzędnika, a poruszę ziemię

Wojna z dopalaczami, ze śmieciówkami, z niskimi pensjami, z drogim węglem, ze szwajcarskimi frankami, z in vitro, z bramkami na autostradach i z mieszkaniami dla młodych. Premier Kopacz nie ustaje w wierze we wszechmogące państwo. Czuje,

Euro über alles

Euro-oligarchowie lubią powtarzać, że „Koniec euro to koniec Europy”. Należałoby doprecyzować – chodzi o Euro-biurokrację i cały misterny system regulacji, w którym rozpuszcza się integralność narodowa każdego z państw stowarzyszonych Porozumienie z Grecją

W poszukiwaniu wartości

W sezonie wyborczym lojalność partyjną łatwo pomylić z poglądami. Partie deklarują się jako prawicowe albo lewicowe, ale od nas oczekują, że będziemy się kierować wyłącznie plemiennym zacietrzewieniem. Przy

Merkel wygrała sobie wielki problem

Król Epiru Pyrrus stracił większość swoich przyjaciół i dowódców w zwycięskiej bitwie z Rzymianami pod Asculum. A jak pisał Plutarch, koszty wojny wielokrotnie przewyższały korzyści z łupów – Jeszcze jedno zwycięstwo z Rzymianami i będziemy zrujnowani”.Dla Grecji żaden wynik referendum nie był dobry. O tym, co teraz czeka ten 10 milionowy kraj, ekonomiści rozpisują się od miesięcy, ale zapominają, że w tej wojnie są jeszcze Niemcy. Tak, Niemcy a nie UE, bo w rzeczywistości to była rozgrywka między Berlinem a Atenami. Jeżeli ostatecznie potwierdzą się wstępne wyniki sondażowe i Grecy odrzucili program wyrzeczeń w zamian za pomoc, to kanclerz Merkel może pewnie odbijać szampana. Trudno o lepszą lekcję pokory dla rządów w  Madrycie, Rzymie Lizbonie – jeżeli nie będziecie nas słuchać, to skończycie jak oni. Zbankrutowani, upokorzeni, zmarginalizowani. Nie będziemy się już więcej z wami cackać. Albo reformy albo won. Jeszcze jakieś dwa, trzy dni Berlin będzie mógł obnosić się ze swoim tryumfem. Potem przyjdzie czas refleksji i konstatacji, że wyrzucenie Grecji ze strefy euro będzie Pyrrusowym zwycięstwem. Niemcy będą musiały przełknąć nie tylko 89 mld euro greckich długów i pewnie zgodzić się na wsparcie dla rządów Francji i Włoch również umoczonych w greckich obligacjach. Ateny nie będą nawet udawały, że spłacają. Ale to dopiero początek niemieckich kłopotów. Wyjście Grecji może na pewien czas wystraszyć inne stolice południa, ale to nie wystarczy. Za mało, żeby uratować europejski projekt. Z Grecją czy bez, Unia ma autentyczne problemy finansowe. Do tego dochodzą kontestujący Brytyjczycy i ich referendum zapowiadane na 2017 rok. Żeby zachować wspólną walutę i za chwilę nie musieć stawać znowu przed pytaniem – Unia TAK czy Unia NIE , Europa musi przejść głębokie reformy strukturalne, Ratyfikować Unie Fiskalną, co do której wciąż nie ma porozumienia, powołać wspólnego ministra Finansów i jednolitą politykę wydatkowo-podatkową. Jeżeli jest ktoś w Europie kto może to przeprowadzić, to tylko Niemcy. Rzecz w tym, że po doświadczeniach greckich i neo-kolonizacyjnych oskarżeniach, ciężko będzie odzyskać zaufanie. Jak dowieść, że Berlin nie prze do głębszej integracji wyłącznie w imię własnych interesów, że nie wykorzystuje słabszych partnerów? To może być najtrudniejsze wyzwanie jakie stoi przed Merkel od wielu lat. W innym razie, za kilka miesięcy mamy wybory w Hiszpanii, gdzie wygrana lewicowej Podemos i wszystko może skończyć się identycznie jak w Grecji. Ale tym razem, UE tego nie wytrzyma. Rozpadnie się z powrotem na narodowe państwa połączone iluzorycznym przymierzem, albo powstaną rywalizujące ze sobą dwa czy trzy obszary wpływów. Ale jest jeszcze możliwość, że Niemcy pójdą po rozum do głowy i widząc nadchodzącą katastrofę przystaną na brytyjski model Europy. Wspólny rynku niezależnych państw. Z niezależną polityką monetarną. Coś czego za wszelką cenę Niemcy chciały uniknąć, ale kto wie czy dla ratowania resztek wspólnoty nie będą zmuszone ustąpić. Powrót do wspólnego rynku, do złotej epoki w powojennej historii Europy, może okazać się najlepszym z możliwych rozwiązań. Przede wszystkim wielką szansą gospodarczą. Odbudowania konkurencyjności, niezależności i odpowiedzialności, choć politycznie, dla Merkel to będzie najboleśniejsza porażka w całej jej karierze politycznej.—Tekst ukazał się we WPROST

Płaca minimalna to brak pracy – oficjalne „0”

Premier Kopacz ma wielkie serce. Obiecuje stopniowo podnosić płacę minimalną przez kolejne cztery lata. To ma przekonać najgorzej zarabiających i młodych, że teraz ich los, z roku na rok, będzie się poprawiał. Zagłosujcie na mnie, a żyć będziecie długo i dostatnio. Jaka szkoda, że ekonomia tak nie działa. O ile prostsza byłaby walka z ubóstwem – wystarczyłby długopis.

Panie ministrze, przestań Pan gadać

Minister Szczurek ma świętą rację. Polska jest przygotowana na wyjście Grecji ze strefy euro. To proste, bo sama nie jest w strefie euro. I niech się nam dalej wiedzie. Gorzej kiedy minister tłumaczy jakimiś „kilkudziesięcioma miliardami złotych dostępnymi, gdyby zaburzenia na rynkach finansowych przekładały się na ceny polskich obligacji”.

Orwellowska logika prorządowych mediów

Ponoć Komorowski przegrał przez hejt na Twitterze, a teraz PO upadnie przez szubrawców, którzy umieścili akta sprawy taśmowej na Facebooku. Czy naprawdę ktoś sądzi, że czytelnicy pro-rządowych mediów są aż tak durni i nie rozumieją, że hejt zawsze ma swoje źródło, a skandalem nie jest ujawnienie akt śledztwa, ale to jak śledztwo było, czy raczej nie było prowadzone?

Nie mówcie już do nas jak do dzieci

Na biednych i bogatych, młodych i starych, emigrantów i słoików – ogłaszamy sezon polowania na elektorat za w pełni otwarty. Zajrzeliśmy partyjnym ekspertom przez ramię. Wszyscy chcą naprawiać gospodarkę. Entuzjazm w tej materii nic dobrego nie wróży. Tym bardziej że rzecz nie w zapisach programowych, tylko w wiarygodności. Program napisać może dziś student ekonomii. Wiadomo, co trzeba zmienić, ale nie wiadomo, jak to powiedzieć, a potem jeszcze wygrać wybory?

Tak umiera partiokracja

Wybory prezydenckie wygrał Zmiana. Wygrał czy wygrała, ale w debatach i medialnych popisach oratorskich najczęściej przywoływana jest Zmiana. Zmiana wprowadza się do pałacu prezydenta, wali do drzwi premiera, szefów NBP, KNF, TVP, agencji, spółek skarbu. Nadchodzi. 

Czary się skończyły

Politycy posiedli sztukę odwracania uwagi zanim jeszcze magia stała się profesją. Królową wszystkich złudzeń jest wiara, że wybór tej czy innej osoby może zmienić bieg dziejów. Nic bardziej złudnego – pisze na blogu Tomasz Wróblewski.

Kiedy niemożliwe jest możliwe, wszystko jest możliwe

Politycy nie są od rozwiązywania naszych problemów. Ktoś, kto tego nie rozumie, nie zrozumie cyrku politycznego ostatnich dni. Politycy mają tylko dwa problemy: pierwszy to zostać wybranym w najbliższych wyborach. Drugi: zostać wybranym w kolejnych wyborach

To strach a nie poglądy

Kompilacja omnipotencji państwa i upartyjnienia administracji powoduje, że życie rzeszy ludzi i ich rodzin zależy dziś od tego czy Komorowski utrzyma fotel. W niektórych przypadkach to mogą być osobiste, autentyczne tragedie. Ludzi w żaden sposób nie przygotowanych na utratę pozycji.

Komorowski z braku programu stworzył program

Kandydaci rzadko obiecują wyborcom, że po wygranych wyborach niczego w kraju nie zmienią. I pod tym względem Bronisław Komorowski pozostaje unikalnym kandydatem. Z braku programu stworzył program. On sam może to oczywiście tłumaczyć radykalizmem i brakiem doświadczenia oponentów. 

 Związki zawodowe prawników

To pewnie znak czasów, ale jakaż to ironia losu, że związki zawodowe zaczynają bronić miejsc pracy zakładowych prawników. Związkowcy  PGNIG napisali list do premier Ewy Kopacz w którym oskarżają zarząd spółki, że do negocjacji cenowych z Gazpromem sięgnął po renomowane zagraniczne kancelarie. Trochę to dobra i trochę smutna wiadomość. Z jednej strony pokazuje, że otwarcie zawodu prawnika zdało egzamin, prawnicy muszą kurczowo bronić swojej pozycji. Ustawowo nie mogą należeć do związków zawodowych, ale mogą się nimi posługiwać, co w swojej desperacji czynią. Druga konstatacja nie jest już tak miła –  związkowcom najwyraźniej bardziej zależy na okopywaniu etatów firmowych niż na rozwiązaniach bezpiecznych energetycznego państwa. Pal licho, że Polacy dalej będą płacili najwyższe w stosunku do zarobków stawki za energię, ważne, że ich związkowi towarzysze  nie będą się czuli zagrożeni i pomijani. Zaproszenie prawników do negocjacyjnego stołu, według strony związkowej, ma świadczyć o braku profesjonalizmu i odpowiedzialności ze strony zarządu. Jeśli korzystanie z usług uznanych i specjalizujących się w  międzynarodowych umowach prawników ma być dowodem braku profesjonalizmu, to nie tylko polski, ale i niemiecki, brytyjski i amerykański biznes korzystający na co dzień z tych kancelarii można uznać za królestwo amatorszczyzny. Po wielu niezbyt chwalebnych doświadczeniach negocjacji z Gazpromem, wreszcie poszliśmy po rozum do głowy. Dowodem braku odpowiedzialności zarządu PGNiG byłoby nonszalanckie podejście do rozmów o pieniądzach podatników, bez wsparcia ekspertów. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest, to, że na koniec wysokie, niekonkurencyjne ceny gazu spowodowałby spadek konkurencyjności polskiej gospodarki i mniejsze zamówienia na gaz, a co za tym idzie – mniej pracy dla was związkowcy. ?

Uczniowie Lenina, narzędzia Putina

Grecja ma ogromny dług, ale za mały żeby pogrążył całą Europę. I gdyby na Grecji się skończyło, to bankructwo komunistycznego reżimu,  mogłoby nawet przynieść trochę dobrego. Lekcja dla wszystkich wierzących w magię rozdawania cudzych pieniędzy i nie spłacania swoich zobowiązań. Rzecz w tym, że Grecja nie jest jedynym problemem Europy a  Syriza nie jest jedyną partią komunistyczną zagrażającą stabilności politycznej. W grudniu Hiszpanie wybiorą nowy parlament. Komunistyczny Podemos może powtórzyć wyczyn Syrizy. Zbieranina lewackich profesorów podróżujących do Boliwii, Peru, Wenezueli i tyleż szkolących co samemu zdobywających doświadczenia, od bandyckich ugrupowań lewicowych. Zorganizowani w tzw. „Kręgi” – 10 osobowe komitety rozsyłające polecenia w dół do zależnych  od nich komórek. Każdy członek „Kręgu” może mieć pod sobą kolejne  “Kregi”, które przez internet odbierają partyjne polecenia.  Zwołują marsze, wiece, protesty, skandowanie pod oknami wroga, strajki. Skąd my to znamy? Pablo  Iglesias przywódca Podemos nie karze nam nawet  zgadywać . “Lenin w  1917 nie dyskutował z Rosjanami o dialektyce materialistycznej. – mówił ostatnio Iglesias –  Lenin rzucał hasła a komisarze wzniecali okrzyki –  za chleb, za pokój , za proletariat i kazali masom się stawić na wezwanie” Iglesias wzywa do odebrania  praw  “casta”  kaście władzy. Prosty komunikat. I jak Syriza, Podemos upatruje w Rosji alternatywę dla znienawidzonych elit UE. Iglesias poparł Putina w konflikcie z Ukrainą i Amerykanów obarcza  odpowiedzialnością za prowokowanie wojny. Historia po wielokroć nam pokazała, że Rosja podbija sąsiednie kraje nie dla tego, że jest silna, ale dlatego, że Europa jest słaba. Ma inne sprawy na głowie niż  obrona peryferii. Do wszystkich problemów z rynkiem pracy, z islamskimi mniejszościami, dojdzie nam groźba putinowskiego kominternu. Może warto sobie odświeżyć lekcję z 1953 roku, kiedy największe zachodnie mocarstwa zdecydowały się anulować połowę niemieckiego długu. Nie żeby ktoś wybaczył faszystom zbrodnie. Uznano, że alienacja i pauperyzacja ekonomiczna  doprowadzi do  rozpanoszenia się komunistycznej zarazy i wzmocnieni sowiecką Rosję.Grecja większość pieniędzy jakie dostaje w ramach pomocy, automatycznie przekazuje na spłacanie procentów i podstawy narastającego długu. To prawda, że nikt nie kazał im się wpędzać w ten stan, ale też ci, którzy Grecji pożyczali wiedzieli co ryzykują.  I nawet jeżeli sprawiedliwość wymaga żądania spłacenia długu, to pytanie czy na pewno rozsądek.

Ile kosztuje korona Miss pustosłowia

O tytuł mistrza pustosłowia walczy szef  KNF Andrzej Jakubiak i premier Kopacz. Jakubiak autor zapewnień, że  „osoba, która zaciągnęła kredyt walutowy, mogłaby go przewalutować na złote nawet po kursie z dnia wzięcia kredytu”. I Kopacz – „Jedno mogę zadeklarować, że jeśli będę miała dzisiaj do wyboru interes banków lub interes tych ludzi, którzy te kredyty pobrali, stanę po stronie ludzi”, Jakubiak złożył oświadczenie Gazecie Prawnej równo tydzień temu.

Nasz socjalizm wielki widzę

Zaczęło się skromnie.  Kopacz zapowiedziała włączenie kopalń do zakładów energetycznych. Specjalnie nawet tego nie  musiała uzasadniać, bo wiadomo, że chodzi o obejście unijnych zakazów dosypywania pieniędzy do upadających spółek. Ale co tam węgiel. Teraz premier chce połączyć Energę z PGE i Ene z Tauronem.

Nie zmarnujmy tego kryzysu

Frankowa rewolta to nic innego jak tylko powtórka z tego, co działo się w Europie w 2009 roku. Nie w Polsce, ale w większości państw korzystających z dziwnych lewarów kredytowych. Z piramidy sztucznych gwarancji euro, zdemontowanych regulacji państwa i skomplikowanych narzędzi finansowych. Tamten kryzys nas ominął. Ten jest nam pisany. Nasza własna piramida iluzji łatwych zysków, niedozwolonych zapisów w umowach kredytowych i wyrafinowany system zwielokrotnienia zysków banków pożyczających złotówki odbierających franki. W Londynie, Dublinie, Paryżu poleciały szyby w bankach. Klienci wyszły na ulice. W Polsce dopiero się skrzykują. Ale za długo żyję i zbyt wiele widziałem kryzysów bankowych, żebym nie czuł w kościach tego, co nadchodzi.

Program Kopacz nie uratuje górników, ale nas zrujnuje

To naturalne, że miliardowe koszty zamykania kopalń i w niektórych przypadkach, nawet dwuletnich odpraw dla górników, budzą emocje. Każdy chciałby dostać dwa lata płatnego urlopu, każdy przedsiębiorca chciałby mieć gwarancje, że w razie bankructwa przyjdzie rząd i powie nic się nie stało. Ale nie to jest największym problem programu premier Kopacz. Pal licho 2,3 mld kosztów zamknięcia kopalń. Już dziś Kompania Węglowa zalega z płatnościami na ponad 4 mld. Każdy kolejny rok to kolejny miliard plus odsetki. Także z ekonomicznego punktu widzenia podatnik dostał niezły pakiet ewakuacyjny. Szlag nas trafia i powinien, ale to jest cena wielu lat rządów inercji, kupowania spokoju i poparcia społecznego za wszelką ceną. Po latach rynek wycenił ten „spokój” i nic więcej z tym nie zrobimy.Czego należy się bać,  to kolejnego etapu programu rekonstrukcji. Kopacz zapowiada wykupywanie kopalń przez firmy energetyczne. Molochy kontrolowane przez skarb państwa. Budowa swoistych karteli energetycznych – od kopalni do gniazdka w domu, oznacza ostateczną zapaść energetyczną Polski. Już dziś cena energii w Polsce, licząc parytetem siły nabywczej (PPS), należy do najdroższych w Europie – czwarta od końca. Teraz elektrownie, siłą rzeczy będą skazane na węgiel „ze swojej” kopalni. To oznacza koniec jakiejkolwiek konkurencji na rynku węglowym. Nie liczmy też na naprawę samych kopalń. Firmy energetyczne pozostają na krótkiej smyczy polityków i ci nie pozwolą na dogłębne reformy i dalsze zwolnienia z pracy. Obsadzanie stanowisk dalej będzie się odbywało według klucza partyjnego. Za to wszystko zapłacą po prostu odbiorcy. Każdy z nas i każda z polskich firm. Premier Kopacz nazywa swoją reformę nowoczesną. Gorzej będzie z nowoczesnością polskich firm, których produkty stracą na atrakcyjności cenowej, a przedsiębiorcy środki na poprawę wydajności, rozwój technologiczny i poprawę warunków pracy dla swoich pracowników. Przypomina to jako żywo historię amerykańskiej stali. W okresie rządów pierwszego Georga  Busha, rząd wprowadził subsydia dla rodzimych producentów i bariery handlowe na tańszą stal z Azji i z Europy. Producenci stali zatrudniali w Ameryce 60 tyś osób, a przemysł zależny od taniej stali zatrudniał w całej Ameryce 2 mln osób. Produkcja samochodów, nowoczesnych maszyn, systemów wydobywczych, statków, konstrukcji budowlanych. W rezultacie nałożonych sankcji pracę w Ameryce straciło 800 tyś osób. Głównie za sprawą zamykanych fabryk i uciekających do Azji miejsc pracy. Najzabawniejsze, że do 1997 roku, pracę straciło również 60 proc. Pracowników przemysły stalowego. Po prostu nie było komu już  kupować tej stali. Po 2000 roku Kongres zdjął większość obostrzeń, ale na powrót miejsc pracy Ameryka musiała czekać kolejną dekadę i to głównie dzięki taniej energii.

Sezon prognozowy

Friedrich Hayek  lubił mawiać o „śmiertelnej zarozumiałości ekspertów”. O ludziach, którzy mylą nagromadzoną wiedzę ze zrozumieniem mechanizmów rządzących historią. O tych wszystkich którzy zapewniają, że znają  przyszłość, dlatego, że poznali całą przeszłość. Nie mniej ni więcej, mówił o większości dzisiejszych publicystów, ekonomistów, polityków, którzy czują nieodpartą potrzebę występowania w rozlicznych programach i wmawiania nam jak będzie wyglądało nasze życie.  Komisja Europejska wie, jak będzie wyglądała Europa za 15 lat bez węgla. Zazdroszczę, ale chciałbym zobaczyć  jak będzie wyglądała za 5 lat pogrążona w mrokach kryzysu energetycznego.Sięgam po noworoczny  numer New York Times ze stycznia  200 roku.  Al Gore przepowiada, że w 2015 dopadnie nas  katastrofa klimatyczna. Morze się podniesie,  zaleje nabrzeża a z nimi  dwa państewka na Pacyfiku.  Arktyka  po raz pierwszy będzie wolna  od lodu,  wieczny śnieg zniknie z Himalajów, a straty  w wyniku częstych tornad i huraganów będą  porównywalne do kosztów odbudowy Europy po II Wojnie Światowej. Jak na razie lodu na Arktyce jest tyle ile było, temperatury nie wzrosły od 17 lat,  2014  przeszedł do historii, dzięki najmniejszej ilości katastrof klimatycznych od 50 lat, a państw na ziemi przybyło i żadne nie utonęło.  Z wyjątkiem może Rosji, ale tej plajty, poza  Georgem Friedmanem,  też nikt nie przewidział. Podobnie jak mało który ekonomista  przewidział krach 2008 roku. IMF i jego 2 tysiące ekonomistów, może i zgłębili dziesiątki poprzednich kryzysów, ale nic z nich nie zrozumieli skoro swoimi radami  pogrążyli południe Europy w jeszcze większej recesji. Dziś nowa generacja lewicowych ekonomistów wieści koniec kapitalizmu i wolnego rynku. Stiglitz Saez, Żiżek, Jonathan Gruber, przekonani są, że politycy potrafią , lepiej  alokować fortuny  możnych tego świata niż oni sami. Thomas Piketty, wieści, że 2015 będzie początkiem wielkiego zrywu ku sprawiedliwości i zapewnia, że ludzie sami dobrowolnie zaczną się organizować a bogaci zrozumieją, że trzeba się podzielić majątkiem dla ratowania cywilizacji. Po  tym jak ostatni raz ludzie zaufali wizjonerom,  a bogaci ochoczo przystąpili do rozdawania swojego majątku,  otrząsnęliśmy  się dopiero po pół wieku,  z dziesiątkami milionów trupów od Pacyfiku po Atlantyku.

Putin najgłupszym dyktatorem XXI w.

Putin oskarża świat o spisek przeciwko Rosji. Amerykańsko-arabska zmowa naftowa i NATOowska broń fiskalna. Załóżmy na chwilę, że to prawda. Co to mówi o Putinie? Jest najgłupszym dyktatorem w historii świata. Swoją anty-zachodnią krucjatę oparł o coś co zachód kontroluje. O ceny ropy i największe rezerwy gazu. 68 proc. wpływów z handlu zagranicznego to surowce naturalne. 50 proc. wpływów budżetowych Rosji pochodzi ze sprzedaży ropy i gazu, a 50 proc. całego społeczeństwa żyje z budżetu państwa. Ulotnił się kolejny afrodyzjak putinowskiej autokracji – państwo socjalne kupujące wszystkich i wszędzie. Do tego dodajmy wszystkie dziwne wojny Putina. Dziwne, bo co to za satrapa, który podbija nowe ziemie po to, żeby potem do nich dopłacać. Osetia – 20 mld dolarów, Czeczenia 30 mld. Aneksja Krymu, dotychczas kosztowała 75 mld. dolarów. Jak to możliwe, że upada państwo najbogatsze w najważniejsze złoża naturalne? Pamiętacie Portugalie XVI i Manuela I Szczęśliwego.  To  królestwo,  nie miało prawa paść bo miało nieskończone rezerwy złota. Nic nie musiano produkować. Wszystko mogli sobie przecież kupić. I kupowali, aż wreszcie tego złota zrobiło się tak dużo, że niewiele można było już za nie kupić.  W XVIII w. runęły ceny złota a z nim całe imperium. Po tamtej Portugalii została piękna architektura, po Putinowskiej zostaną rezydencje w Londynie i na Lazurowym Wybrzeżu.  …Ale też piękne.

Czy Polacy dadzą się jeszcze raz nabrać na OFE?

Jeszcze rok temu  rząd żarliwie, zapewniał nas, że emerytury i nasza przyszłość są bezpieczne w ZUS. Nie wiem czy ktoś to odnowa policzył, czy od początku miał policzone, a teraz uznał, że po wyborach możemy już wpadać w panikę, ale ni stąd ni zowąd słyszymy, że trzeba ratować nasze emerytury. Stąd przyśpieszona ścieżka dla  ustawy o odwróconej hipoteki i ponaglenia banków, żeby szybciej wychodziły z ofertą. Stąd  cała seria zamkniętych spotkań w kancelariach premiera i prezydenta z ekonomistami, dyskusje w Sejmie i mniej czy bardziej formalne konferencje. Ratujmy.Z radością poznęcałbym się usiłując odpowiedzieć na pytanie przed czym i przed kim mamy ratować nasze emerytury, skoro rok temu miały być takie bezpieczne? Ale skoro odpowiedź jest oczywista, z miejsca ruszam do programów ratunkowych. Grupa ekspertów pod wodzą Stefana Kawalca przygotowała  projekt – „Jak mobilizować dodatkowe oszczędności emerytalne?” I zaraz na wstępie sami sobie odpowiadają  – tworząc nowe obowiązkowe ubezpieczenia. Coś w  rodzaju trzeciego filaru, tylko obowiązkowe z obowiązkową dopłatą pracodawców i dopłatą skarbu państwa. To, że ZUS nie będzie w stanie sfinansować nam godnych emerytur, to wiemy od kilkunastu lat. A to, że państwo nie będzie w stanie dalej  wspomagać ZUSu, wiemy od kiedy w centrum Warszawy zawisł licznik zadłużenia państwa. Jeżeli coś w tych nowych planach ratunkowych zaskakuje, to chyba  tylko to, że nie ma w nich nic nowego. Różne bywają wielkości składek, różnie są nimi obciążani przyszli emeryci i przedsiębiorcy, ale na koniec pozostają zawsze  dwie, takie same składowe:  obowiązkowy charakter składek i ZUS. ZUS jak organ konieczny do przeżycia gatunku. Po fatalnych doświadczeniach z OFE, rozmaite grupy kapitałowe, instytucje finansowe i ubezpieczeniowe usiłują ożywić  trupa.  Wszyscy zdają sobie sprawę, że ciężko będzie wzbudzić entuzjazm Polaków do czegoś, co wygląda jak OFE i co pewnie rząd znowu nam zakosi. Ale też wielu chciałoby wrócić do sutych dywidend.  Stąd pomysł obligatoryjności i przerzucenia dodatkowo obowiązku na pracodawcę. Polski system ubezpieczeń nie jest przygotowany na tsunami demograficzne, które nas czeka. Nieliczni z nas to rozumieją i tworzą własne oszczędności, wykupują ubezpieczenia, złoto, nieruchomości  i co tam jeszcze. I jak najbardziej jesteśmy za mówieniem  ludziom głośno, a nie na zamkniętych konferencjach,  jak wygląda przyszłość ich świadczeń emerytalnych. Działajcie, ratujcie się kto może. Najgorszym wyjściem jest jednak tworzenie kolejnych erzaców, wmawianie ludziom, że z nową obowiązkową składką będą bezpieczni i syci. Nie będą. Dopóki nie nastąpi drastyczna przebudowa systemu wydatków państwa i systemu świadczeń społecznych, te składki jak wszystkie wcześniejsze  pochłonie dziura budżetowa.

Czarny sen Putina

Jedni nazywają to rewolucją łupkową, inni spiskiem przeciwko Rosji, ale nikt nie ma wątpliwości, że pogłoski o końcu ery Ameryki były przed wczesne. W zeszłym tygodniu cena baryłki spadła do 57 dolarów, co wiele osób pewnie odnotowało, ale dla Amerykanów ważniejsza była inna cyfra.  Średnia cena benzyny w przeliczeniu na złote wynosiła w Stanach Zjednoczonych 2,27. Tak, dwa złote i dwadzieścia siedem  groszy – 65 centów. 

Fundusz Rujnowania Rynku

Rząd w swojej niespożytej potrzebie naprawy wolnego rynku, zabrał się za ratowanie mieszkań pod najem. Specjalny Fundusz Mieszkań na Wynajem (FMnW) przystąpił do skupywania  od deweloperów nowych  mieszkań, które następnie będą  odnajmowane po cenie niższej niż rynkowa Dokładnie nie wiadomo jeszcze komu i nie wiadomo ile wydano na te mieszkania, ale usłyszeliśmy w funduszu, że generalnie będzie lepiej. Młodych ludzi będzie stać na  przenoszenie się z miasta do miasta za pracą. To jest teoria, a praktyka i doświadczenie wielu miast na świecie, gdzie wprowadzono  dotowane ceny najmu, pokazuje, że konsekwencje dla rynku i młodych ludzi mogą być katastrofalne. Rząd ma nadzieję wprowadzić na rynek najmu 20 tyś. mieszkań . Już dziś w największych miastach w Polsce, w obrocie, stale wynajmowane jest   około 420 tyś mieszkań. Gołym okiem widać, że nie będzie to żadne trzęsienie ziemi i mała szansa, żeby zmieniło to drastycznie strukturę cen najmu w największych miastach. Jednak  hurtowy zakup około tysiąca mieszkań na rynku pierwotnym, jak planuje FMnW.  musi oznaczać wstrząs cenowy. Dziś średnio kwartalnie sprzedawanych jest około 10 tyś nowych mieszkań. Wzrost popytu o 10 proc. niemal z dnia na dzień spowoduje, wzrost cen . Jeżeli dodamy do tego nowe wymogi kredytowe – 10 proc. wkładu własnego, to musimy założyć, że część osób zmuszone będzie poczekać z zakupem swojego mieszkania. Co zrobią? Dalej będą wynajmować. To z kolei  wpłynie na wysokość czynszu. Czyli pośrednią konsekwencją tańszych mieszkań na wynajem będą wyższe ceny najmu. Teraz  już spekuluje, ale podejrzewam, że jeżeli ceny najmu pójdą w górę, to ceny najmu FMnW będą również proporcjonalnie wyższe. Czyli dzięki błogosławieństwu państwa, ceny  dotowane będą na poziomie dzisiejszych rynkowych.Kilka miast na świecie dysponuje już  dotowanymi mieszkaniami na wynajem. Pierwszy z brzegu przykład – Nowy Jork, gdzie powstał wolny rynek na mieszkania dotowane. Rodowici Nowojorczycy, oficjalnie cierpiący nędzę, którzy mieli szczęście i dostali  mieszkanie po cenach dotowanych, odnajmują  je imigrantom po cenach  rynkowych.  Władze NY usiłowały ukrócić proceder robiąc naloty na mieszkania, albo idąc tropem donosów sąsiadów. W związku z tym „nielegalni najemcy” mają  gotowe  wytłumaczenie, że są przejazdem, ubogimi  kuzynami z innego, a legalny najemca ma dziwne godziny pracy i nie ma go w domu ani o szóstej rano w niedzielę, ani o szóstej wieczorem w sobotę. Inny przykład – Lizbona. Tu władze poszły po całości i zamroziły wszystkie ceny najmu w 1970 roku. Dziś mieszkanie nawet 60 metrów w starej części miasta potrafi kosztować  20 euro miesięcznie. W rezultacie właściciele od 40 lat nie remontują już mieszkań i pozwalają żeby kamienice, które przeżyły złote czasy kolonialne i trudne czasy dyktatury a później znowu unijnego błogosławieństwa dotacji z Brukseli,  chyliły się ku upadkowi. Właściciele porzucają je i wynoszą się do  nowych  dzielnic  nie objętych troską władz. Oczywiście możemy dalej spekulować, który z modeli wybierzemy w Polsce. Ocenić wyższość  nowojorskich spekulacji dotowanymi mieszkaniami nad  zrujnowanymi mieszkaniami w Portugalii i pewien jestem, że rząd nie będzie szczędził wysiłków w tym żeby ruina rynku  była nieodwracalna.  Choć naiwnie możemy też pomyśleć o zniesieniu anachronicznego prawa zakazującego eksmisji osób, które nie płacą albo rujnują wynajmowane mieszkanie. Tu również rynek zachowa się przewidywalnie. Rusza masowe inwestycje w mieszkania pod najem. W miarę jak będzie rosła podaż,  spadną ceny i poprawi się jakość. Ale wtedy jak znaleźć pracę urzędnikom?

Pozwólmy rządowi grać naszymi pieniędzmi w ruletkę

Bruksela znowu chce ratować gospodarkę zrzucając bombę gotówkową na Europę. Mechanizm nazwany już od pomysłodawcy, szefa Komisji Europejskiej Lewarem Junkersa, zakłada, że 20 mld euro,  zabrane podatnikom, obróci się w 300 mld, a te z kolei w milion nowych miejsc pracy. Brzmi jak magia bo i na magicznych założeniach zostało oparte. W ekonomii nazywa się to Mnożnikiem Keynesa. Popularne dziś, również w Polsce, przekonanie, że jedno euro, czy jeden złoty, zainwestowany przez państwo,  rozmnoży się po wielokroć szybciej niż ta sama moneta zainwestowana przez prywatną firmę. Profesor Keynes pierwszy raz wspomniał o swojej teorii na wykładzie w Nowym Jorku 84 lata temu. Nigdy jej nie przetestował, ale koncept został po wszechczasy. Co kilkanaście lat politycy wyciągają zakurzona teorię z kufra ekonomicznych absurdów i dawaj, że obiecywać  wyborcom „darmowy lunch”.  Zapłaćcie jedno euro więcej w podatkach a my wam damy za to tysiące dobrze płatnych miejsc pracy. Jakim cudem ta sama moneta pomniejszona o koszty biurokracji, transferów i politycznych haraczy, jest w stanie zatrudnić więcej ludzi niż zatrudniłaby zostając w miejscu pracy?  Okazuje się, że nie tylko Keynes, nikt nigdy nie podjął trudu dowiedzenia tej teorii.  Profesor Ryan O. Murphy, szef katedry ekonomii behawioralnej w Zurichu, zafascynowany technikami podejmowania decyzji, usiłował sprawdzić na jakiej podstawie najwybitniejsi politycy w Europie dochodzą do przekonania, że faktycznie da się rozmnożyć monetę odebraną podatnikom. Murphy przeanalizował 128 najróżniejszych analiz rządowych i opracowań eksperckich przygotowanych na potrzeby decydentów. Materiały, które na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, były podstawą do podniesienia podatków a konto wzrostu gospodarczego. Czyli magicznego multyplikowania się monet za sprawą pocierania ich o rządzących. Murphy ze zdumieniem zaobserwował, że tylko 4 analizy przedstawiane rządzącym, zawierały jakiekolwiek zestawienia statystyczne i przykłady z historii. Żaden jednak z tych dokumentów nie zweryfikował końcowych efektów. Eksperci ograniczali się do cytowania założeń jakie robili w przeszłości inni politycy. Rzecz o tyle zabawna, że jak pisze Murphy, wystarczyło zajrzeć do ogólnie dostępnych danych makroekonomicznych, żeby zobaczyć, że założenia nigdy się nie ziściły. Stąd też pewnie przeważająca większość dokumentów ograniczała się do opisania teorii Mnożnika Keynesa i pokazania decydentom ile teoretycznie  przybędzie miejsc pracy. To trochę jakby opisać komuś  grę w kości i we wnioskach stwierdzić, że teoretycznie na 5 rzutów kością możemy mieć 5 szóstek. I dalej we wnioskach, zamiast wskazać jakie jest prawdopodobieństwo takiego scenariusza, napisać ile można wygrać w kości jeżeli właśnie tak trafimy. Rzecz tylko w tym, że Murphy na co dzień prowadzący wykłady z teorii gier, po przeanalizowaniu wszystkich 128 scenariuszy, twierdzi, że prawdopodobieństwo 5 szóstek jest większe niż cudowne rozmnożenie monety. Jednym słowem, gdyby szef komisji europejskiej  przyszedł do nas i powiedział – niech każdy da mi jedno euro więcej w podatkach a ja postawię w kasynie na 5 szóstek albo na zero w ruletce, to mamy większa szansę poprawy sytuacji gospodarczej w Europie niż dzięki nowemu Lewarowi Junkersa.

Krótkie loty wielkiego regulatora

Kryzysy na szczęście przychodzą i odchodzą. Gorzej z upartyjnionymi urzędami. Te na zawsze stają się łupem polityków. Po kolejnych wyborach KNF padnie łupem opozycji, tak jak po każdych wyborach padają publiczne telewizje, radia i nawet poszczególne programy publicystyczne – pisze na blogu Tomasz Wróblewski

Polska na sprężynach

Im trudniejszy produkt do sprzedania, tym paradniejsze opakowanie. Wymyślne kształty, szokujące kolory. Wszystko byle nie powiedzieć, co siedzi w środku. I tak nowym znakiem promocji polskiej gospodarki ma być – sprężynka. Mniejsza o to, z czym się komu kojarzy i czy musiało to kosztować 900 tysięcy zł. Rzecz w tym, że cokolwiek tam widnieje, to nie jest Polska. Spoglądam na znaczki przedstawicielstw handlowych i biur promocji państw, które wiem, że mają coś do sprzedania.

Nowy mentor Wyborczej

Przy okazji dziwacznej fascynacji Gazety Wyborczej doktoratem Marka Goliszewskiego, wypłynęła nowa gwiazda lewicowej nienawiści. Zaprzysięgły wróg przedsiębiorców i pracodawców. Bloger „Piotr Nowak Sex Drugs and Walka Klas”. Wróżę mu wielką przyszłość. Zainspirował już Żakowskiego, Orlińskiego, Kublik i całą GW intensywnie cytującą jego przemyślenia na swoich stronach – pisze Tomasz Wróblewski

Pani premier, niech pani przestanie się już bić

„Będę się biła o to, żeby ceny energii elektrycznej w Polsce nie wzrosły – zadeklarowała premier Ewa Kopacz po spotkaniu z prezydentem Francji Francois Hollande’em. I jak tam premier biła się w Paryżu w Warszawie, jej urzędnicy przygotowali dwa projekty ustaw węglowych – pisze na blogu Tomasz Wróblewski

Redukcja administracji, czyli więcej administracji

Nawet nie pytam dlaczego, bo przecież wiem jaka będzie odpowiedź. Rośnie zatrudnienie w samorządach, rosną płace, a drastyczna reforma administracji się nie powiodła. Wiadomo, cywilizowane państwo europejskie wymaga cywilizowanej obsługi urzędniczej, a to kosztuje – pisze na blogu Tomasz Wróblewski

Gdzie krążą myśli Putina?

Czy faktycznie możemy lekceważyć nuklearne pogróżki i wierzyć, że Putin z własnej woli zatrzyma się na Donbasie? Przeanalizujmy 6 faktów budzących spory niepokój szefostwa NATO – pisze Tomasz Wróblewski na blogu.

NATO musi dostarczać broń Ukrainie. W innym razie samo zginie

W plątaninie scenariuszy, analogii historycznych, strzępów informacji i propagandowej dezinformacji umykają nam dwa – i chyba jedyne – rozwiązania kryzysu na Ukrainie. I jeden z nich musi zostać przyjęty na szczycie Newport w sobotę, pisze Tomasz Wróblewski na swoim blogu.

Czy Putin wystraszy się strategii Tuska?

Premier nie zdecydował się podnieść wydatków na zbrojenia, tłumacząc to wciąż niezapłaconymi rachunkami za F-16. (…) Byle ktoś w Moskwie nie odebrał tego opacznie, że Tusk bardziej obawia się przegranych wyborów niż rosyjskiej agresji – pisze Tomasz Wróblewski na swoim blogu

Tusk przygotowuje grunt pod nacjonalizację banków

12 szefów SKOK-ów nie otrzymało rękojmi KNF. W ośmioletniej historii urząd nadzoru bankowego, sporadycznie uciekał się do tak radykalnych kroków (…). Grunt pod orbanowską rewolucję w bankowości właśnie przygotował Tusk – pisze Tomasz Wróblewski.

AWANS

PO zawdzięczamy wyjątkowy sondaż opinii publicznej. 2,5 mln osób, jak wynika z danych ZUS, w dużej mierze elektorat Tuska zagłosował długopisem, przykleił znaczek i wybrał OFE – pisze na blogu Tomasz Wróblewski

Poczta Polska nacjonalizuje

Powód dla którego tak dobrze przyjęły się firmy kurierskie w Polsce to zasługa nie kogo innego jak tylko Poczty. Nieporadny urząd państwowy, który nie potrafi dostarczyć nic na czas, opanować bałaganu we własnych placówkach, ocalał wyłącznie dzięki państwowemu monopolowi – pisze na blogu Tomasz Wróblewski

Szykujmy się na sezon ekstra kontroli fiskusa

Po przedsiębiorcach i ekspertach, teraz prawnicy odsądzają od czci i wiary ministra finansów za klauzulę o unikaniu opodatkowania. Rzadko mamy do czynienia z taką jednomyślnością – pisze na blogu Tomasz Wróblewski

Szalone embargo

Zakaz importu żywności to zadziwiające posunięcie Putina. Ze wszystkich importowanych produktów to może być najbardziej czuły punkt rosyjskiej gospodarki. Rosjanie importują 70 proc. swojej żywności i średnio wydają na jedzenie 38 dolarów tygodniowo – pisze na blogu Tomasz Wróblewski.

Prezydent broni ziemi rolnej przed chłopami

Komorowski zawetował nowelizację ustawy o ochronie gruntów rolnych i leśnych. PSL chciał znieść anachroniczny nadzór ministerstwa rolnictwa nad odrolnieniem najbardziej żyznych gruntów.

Czy Putin się ugnie?

Wyciekł projekt sankcji, które UE może wprowadzić. To tylko projekt. Ale wbrew rozmaitym sceptykom, jeżeli zostanie przyjęty, to nie będzie już mydlenie oczu. To zaboli. Wypłucze Rosję z rezerw walutowych oraz zrujnuje rubla i to bardzo, bardzo szybko – pisze na blogu Tomasz Wróblewski

Miejsce Polski na osi Berlin – Moskwa?

Nagranie Radka Sikorskiego rzucającego focha pod adresem Amerykanów, może się okazać historycznym przesłaniem polskiej polityki zagranicznej. Samo w sobie jest tylko paplaniną dwóch niedojrzałych emocjonalnie polityków, ale w zestawieniu z ostatnimi napięciami na linii Berlin-Waszyngton to już niemal jak doktryna – pisze na blogu Tomasz Wróblewski

Brazylijska lekcja. Do czego prowadzi nadmiar troski społecznej

Większość mediów pisząc o niechęci Brazylijczyków do mistrzostw świata, pisze o cięcia w wydatkach socjalnych i niezadowoleniu, że na mistrzostwa wydano nieproporcjonalnie więcej niż pomoc społeczną. To przyczyna, czy raczej efekt? Niezależnie od szalejącej korupcji, Brazylia słynie z najróżniejszych socjalistycznych rozwiązań w walce z nędzą, co napędza szarą strefę i oczywiście nędzę. Nakłady socjalne i tak należą do jednych z największych na świecie. A przynajmniej teoretycznie. Rząd dofinansowuje wszystko od przedszkola po mieszkania dla biednych. Dopłaca do żywności i paliwa. W poszukiwaniu środków Brazylia rozbudowała też znacząco system podatkowy. W kraju obowiązuje 27 różnych kodów podatkowych. Według Banku Światowego średniej wielkości przedsiębiorstwo musi przeznaczyć 2600 godzin rocznie na wypełnianie druków i spisywanie raportów – najwięcej na świecie. Polska przy Brazylii to laba – 286 godzin.

Obama – doktryna jazdy bez trzymanki

Ćwierć wieku temu byliśmy pierwszoplanowymi bohaterami wielkiego przetasowania świata. Cichym bohaterem była oczywiście Ameryka. 10 lat nieugiętej polityki i gospodarczego wyniszczania „imperium zła”, przyniosło owoce. Dziś Polska znowu na chwilę zawitała na pierwszych stronach, już jako symbol porażki amerykańskiej polityki zagranicznej. Czegoś, co Obama nazywa doktryną – siłą moralnego autorytetu i dyplomacji konsensusu, a komentatorzy nazywają globalną pułapką słabej prezydencji.

Konserwatyzm to nie jakaś durna muszka pod szyją

Konserwatyzm dla idiotów rozpełzł się po mediach i internecie. Zlepek pustych haseł, kilku chwytliwych sloganów rynkowych, pozbawiony głębszej moralnej wykładni, zaraża młode umysły. I mniejsza o samą ideę, nieustannie maltretowaną przez ostatnie 200 lat przez najróżniejszych lewaków, hipokrytów, uzurpatorów i odmieńców pokroju Korwin Mikkego. Konserwatyzm da sobie radę.Rzecz raczej w fałszywym ciągu logicznym. Absurdalnych wnioskach, które ludzie mieniący się prawicą wysupłują, czasem z prawdziwych, a najczęściej z niezrozumiałych dla siebie przesłanek, powielając, o zgrozo, komunistyczną retorykę i idee zagrażające polskiej państwowości. Coś, co zawsze było i będzie odrażające dla konserwatystów. Jak choćby gadanie, że dyktatura jest jedynym ratunkiem przed lewicowym relatywizmem i interwencjonizmem państwa. Dowodzenie, że konflikt ukraiński jest amerykańską prowokacją mającą wzmocnić koncerny zbrojeniowe. To w czystej formie powielanie odwiecznej sowieckiej propagandy. Podobnie zresztą jak twierdzenie, że ukraiński nacjonalizm i pęd do suwerenności jest zagrożeniem dla polskiej racji stanu, to putinowska racjonalizacja zaboru Krymu.Konserwatyzm to stare, szlachetne pojęcie. W rzeczy samej tak proste i intuicyjne, że pewnie dlatego konserwatyści nie widzą potrzeby na co dzień przypominać o jego definicji, jak to ma w zwyczaju lewica, zmagająca się z terminem postępu, sprawiedliwości i troski. Konserwatyzm z definicji nie jest samolubny i głupi. Nie głosi nienawiści do kobiet, ani mniejszości. Nie rozróżnia koloru skóry ani pochodzenia. Ludzi określa system wartości osadzony w prawach natury a nie abstrakcyjnych pojęciach oderwanych od doświadczeń życiowych i faktów. Twórcy idei jak John Adams, Edmund Burke, Russell Kirk wierzyli w ogólnie przyjęte prawa które rządzą społeczeństwem i które, jak widać, warto od czasu do czasu przypominać, nawet jeżeli wydają się trywialnie proste.    1.    Ludzie i narody rządzą się prawami moralnymi. Prawami, które mają swoje źródło w mądrości głębszej niż umysł jednostki czy urzędnika, bo wyznaczone są prawami natury.    2.    Każdy z nas ma dług względem naszych przodków, którzy potrafili przekuć te prawa w cywilizację i obdarzyli nas tym dziedzictwem.    3.    Dlatego też nie mamy prawa manipulować, wypaczać ani naruszać podstaw obywatelskiego porządku społecznego.    4.    Różnorodność i bogactwo natury człowieka jest naturalną cechą i siłą naszej cywilizacji. Uniformizacja czy sztuczne spłaszczanie różnic i nierówności prowadzi do zniszczenia ludzkiej witalności i wolności osobistych, które – jak pisał amerykański filozof Russell Kirk  – są istotą naszej egzystencji.    5.    Konserwatyści sprzeciwiają się siłom, które chcą zrównać wszystkich ludzi i sprowadzić do jednego podmiotu dowolnej tyranii, oligarchii, ideologii czy czegoś, co Tocqueville nazywa „demokratycznym despotyzmem”, ewentualnie inną emanacją socjalizmu i faszyzmu.    6.    Sprawiedliwość oznacza, że każda kobieta i każdy mężczyzna ma prawo do określenia swojej drogi życiowej w oparciu o to co sama, czy sam uzna, że najlepiej odpowiada jej albo jego potrzebom, umiejętnościom i osobowości.    7.    Cywilizowane społeczeństwo to takie, które gwarantuje wszystkim  kobietom i mężczyznom równe prawa, ale nie gwarantuje równego bogactwa i równego prawa do posiadania. Te wynikają z naturalnych zdolności, talentów i wkładu pracy.     8.    Własność prywatna  i wolność są ze sobą nierozerwalnie związane. Jak tłumaczył  Burke, ludzie cenią własność, dla samych korzyści płynących z tej własności, ale nadrzędną korzyścią jest niezależność jaką im dają wszelkie dobra, które nie skazują ich na łaskę wszechpotężnego rządu.    9.    Konserwatyzm nie sprowadza się do ochrony kapitalizmu i kapitału, ale wierzymy gorąco, że bez  szacunku dla prywatnej własności i wolności podejmowania decyzji finansowych, nie może być pełnej wolności i równości względem prawa i państwa.    10.    Władza niesie ze sobą mnóstwo zagrożeń. Dlatego dobre państwo, to takie, gdzie rząd jest poddawany nieustannej kontroli społecznej a jego kompetencje są ograniczone przez konstytucje i tradycję. Gdzie tylko to możliwe władza powinna być sprawowana przez osoby prywatne i organizacje samorządowe. Centralizacja jest zwykle oznaką dekadencji społecznej  – pisał Russell Kirk.    11.    Przeszłość jest skarbnicą mądrości. Jak powiedział Burke: „człowiek jest głupi, ale gatunek jest mądry”. Dlatego konserwatysta wierzy, że musimy być wierni tradycji i zasadom moralnym wyznawanym przez przodków.     12.    Konserwatysta wie, że jego ród nie pojawił się na ziemi wczoraj. Czerpie z doświadczeń poprzednich pokoleń. Uczy się praw, które pozwoliły im przetrwać.  Brytyjski pisarz i filozof przełomu XIX i XX wieku Gilbert Keith Chesterton  nazywał to „demokracją zmarłych”.    13.    Ludzie są istotami społecznymi. Potrzebują wspólnoty, która jest zaprzeczeniem kolektywizmu, czyli przymusowej organizacji w imię niszczenia indywidualizmu. Prawdziwa Wspólnota rządzi się miłością i miłosierdziem, nigdy nie będzie wynikała z przemocy.  Powstaje w sposób naturalny w oparciu o wspólne  zainteresowania, chęć  wzajemnej pomocy czy wspólne wierzenia, wokół kościołów, dobrowolnych stowarzyszeń, samorządów.     14.    W kwestii  narodu konserwatyści wypowiadają się jednoznacznie. Każdy ma prawo wybrać  sobie miejsce na ziemi i czuć się związany z wybranym narodem, ale nie  powinien wymuszać na innych narodach, aby upodobniły się do jego. Każda żywa istota kocha ponad wszystko, często nawet ponad własne życie – niezależność i godność narodową. Dlatego też konserwatysta, jak pisał Adams, nie aspiruje do dominacji w świecie, ani nie widzi sensu w organizowaniu wszystkich narodów podług jednej cywilizacji czy struktury rządów.     15.    Konserwatyści wiedzą, że człowiek nie jest w stanie stworzyć nieba na ziemi – pisał Kirk – ale wie, że człowiek może na ziemi stworzyć piekło. Zapominając o naukach przeszłości, porzucając dobre zwyczaje i prawa przodków w przekonaniu, że potrafimy w jednej chwili rozwiązać wszystkie problemy na ziemi i naprawić człowieka. Stąd też, konserwatysta pozostaje podejrzliwy wobec wszystkich cudownych recept politycznych, które nie wynikają z doświadczenia przodków i zrozumienia dla ograniczeń natury człowieka, nawet, jeżeli ideolog nazywa siebie konserwatystą.    16.    Wszelkie instytucje społeczne i formy rządzenia, ulegają stopniowym przekształceniom. Konserwatyści nie widzą w tym nic złego. Moralne i polityczne innowacje mogą być równie dobrze konstruktywne co i destruktywne. Jeżeli reformy wprowadzane są na fali euforii i założeń nie popartych doświadczeniami, to z dużym prawdopodobieństwem doprowadzą do katastrofy.     17.    Konserwatyści nie stoją po stronie bogatych i uprzywilejowanych, ani żadnej nacji, ale wierzą, że narody i ludzie którzy przestrzegają praw naturalnych, bogacą się szybciej niż ci, którzy eksperymentują ciągle z nowymi prawami i nie korzystają z doświadczeń poprzednich pokoleń.

Narodowi czy europejscy to dalej tylko socjaliści

Ci z Francji od tych z Danii czy Wielkiej Brytanii sporo się różnią między sobą. Nie ma jednolitego ruchu narodowego, ale wspólny dla wszystkich partii narodowych zdaje się być ich stosunek do państwa. Nade wszystko pragną socjalizmu. Ochrony rynku pracy, przywilejów dla rolników, interwencji państwa w szkolnictwo, służbie zdrowia i wsparcia dla rodzimych fabryk. 

Świńska próba Tuska

Krymski kryzys podarował Tuskowi rzadką okazję potwierdzenia swoich przywódczych zdolności.

Putin Polski wskrzesiciel

Nie żebym tęsknił za komuna, ale ta putynizacja mogłaby jeszcze trochę potrwać.

Epoka krymska

Politycy kochają słowa klucze – zgrabne etykiety do oznaczania kolejnych epok, punktów milowych cywilizacji.

Przywódcy Unii jazda na Majdan.

Obama ostrzega. Pentagon czeka na rozwój sytuacji, europejskie rządy apelują do swoich obywateli o jak najszybszy powrót do kraju.

Jak uwolnić Tuska liberała z ciała socjalisty

Zdruzgotani jesteśmy ostatnim wyznaniem Premiera–liberała, któremu przyszło żyć w ciele socjalisty. Wyszedł z szafy i oznajmił telewidzom, że sam nie lubi podatków i nie podoba mu się jak bardzo uprzykrzają życie. Jako liberał w duszy chciałby je obniżać, ale nie może bo nie starczyłoby pieniędzy dla potrzebujących. Cały weekend nasz zespół szukał  sposobów na uwolnienie premiera z ciała socjalisty. I wydaje nam się, że wiemy już, co należy wyciąć tu i tam, żeby Tusk mógł żyć w prawdzie i żeby mu starczyło na obniżkę podatków. A przynajmniej na wzrost podatków, który rok rocznie nam funduje zamrażając progi, zwiększając VAT i łapczywość fiskusa.. Poniżej co mu trzeba wyciąć…