Państwo i Prawo
Cztery lata Trumpa – analiza Tomasza Wróblewskiego
Tomasz Wróblewski 01.11.2020

Jeżeli Donald Trump przegra we wtorkowych wyborach prezydenckich, to nie dlatego, że nie poradził sobie z gospodarką, bo poradził sobie powyżej oczekiwań.  Nie dlatego, że przegrał na arenie międzynarodowej, bo wzmocnił pozycje Stanów Zjednoczonych. Jeżeli przegra to nie dlatego, że źle prowadził kampanię wyborczą, ani dlatego, że Joseph Biden miał doskonały program wyborczy. Jeżeli Donald Trump przegra to, przegra to przede wszystkim za sprawą Donalda Trumpa. Przez cztery lata, wyznacznikiem rządów Trumpa był ferment. Nieustanne wprowadzanie niepokoju. Przeciwstawianie się wszystkim i wszędzie, na dobre i na złe. Jego bezkompromisowość i łatwość, z jaką łamał przyjęte normy rządzenia i dyplomacji, sprawiały, że często wyprzedzał swoją epokę i tworzył podwaliny nowego ładu politycznego. Bywało jednak i tak, że jego zapalczywość i potrzeba szokowania, sprawiały, że zatracał się w z góry przegranych wojnach, które osłabiały jego, pozycje Ameryki i wewnętrzną spójność narodu. 

Gdybym miał wskazać jedną i tylko jedną, najbardziej charakterystyczną cechę pierwszej kadencji Trumpa, to pewnie byłaby zdolność do wskazywania globalnych trendów. Unikalna umiejętność patrzenia ponad to całe geopolityczne mrowisko i odwaga do nazywania procesów społeczno-ekonomicznych, których żaden inny polityk nie miał odwagi nazwać, a tym bardziej coś w tej sprawie zrobić. Odtrąbienie końca globalizmu, multilateralizmu, bezlitosne eksponowanie jałowej egzaltacji europejskich przywódców, a nade wszystko zakreślenie ram nowej wojny kulturowej i nowej globalnej Zimnej Wojny.  Niestety ta sama żywiołowa przenikliwość, która wyprowadził Amerykę z marazmu ekonomicznego i politycznego zapętlenia po epoce Obamy, nadwątliła jego szansę na wygraną we wtorkowych wyborach. Ta sama przekora, która okazała się tak skuteczna w przypadku sporów z Merkel, czy Xi Jinpingiem, w przypadku pandemii zniweczyła wiele jego wcześniejszych osiągnięć.

Oczywiście, wciąż może być i tak, jak dowodzi, Trafalgar Group, jedyna już w Ameryce sondażownia wskazująca na wygraną Trumpa, że wszystkie badania przedwyborcze obarczone są błędem medialnych uprzedzeń. Jak twierdzi charyzmatyczny twórca Traflgar Robert Cahaly, nagonka medialna na zwolenników Trumpa, wypalone ulice, szykany na uczelniach a często i w miejscu pracy powodują, że znacząca większość Amerykanów kłamie w sondażach. Boją się przyznać do swoich preferencji politycznych. Cahaly, był jedynym politologiem, który przewidział wygraną Trumpa w 2016 roku i dziś jest przekonany, że sytuacja się powtórzy. 

To, co w tym najciekawsze, to, że dziś jeszcze możemy uzasadnić każdy wynik wyborczy. Zarówno sromotną przegraną, na co wskazują ostatnie największe sondażownie, jak i wygraną Trumpa. Z badań Gallupa wynika, że aż 56 proc. Amerykanów twierdzi, że żyje im się lepiej niż cztery lata temu. To lepszy wynik niż Ronalda Reagana (44 proc.) po pierwszej kadencji, Georga W. Busha (47 proc.) w 2004 r. czy Baracka Obamy (45 proc.) w 2012 r. Wszyscy trzej wygrali drugą kadencję. Jednak z drugiej strony 66 proc. Amerykanów uważa, że Trump nie poradził sobie COVID-19 i nie zasłużył na dugą kadencję. Jego styl, buta i gotowość do otwierania nowych frontów spowodowały, że ma dziś najniższy poziom akceptacji społecznej od czasów Roosvelta i w zasadzie nigdy nie przekroczył magicznego progu 50 proc. poparcia. Mimo to jestem przekonany, że gdyby nie wybuch Pandemii, Trump kontynuowałby rządy przez kolejne cztery lata. Nie tylko dlatego, że jak mało, który prezydent w ostatnich 20 latach, Trump dotrzymał większość przedwyborczych obietnic, ale też dlatego w przeciwieństwie do Bidena klarowną wizję Ameryki i świata, o którym dziś można powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest przewidywalny.

 

EKONOMICZNY WICHRZYCIEL 

Każdą dyskusję o gospodarce, nie tylko o amerykańskiej, powinniśmy dziś zaczynać od zaznaczenia czy mówimy o tej sprzed marca 2020, czy po marcu. Mówimy o dwóch różnych światach, i pewnie nigdzie na świecie ta różnica nie jest tak silna jak w Ameryce.  Na przestrzeni jednego roku, od października 2019 do października 2020 mieliśmy do czynienia z jednym z największych boomów gospodarczych w historii Ameryki i z jednym z największych, jak nie największym, kryzysów gospodarczych. Nawet nie sposób napisać tu coś mądrego, bo takiej sytuacji nie doświadczyliśmy w nowożytnej historii. Brak nam punktów odniesienia i zrozumienia wszystkich konsekwencji tego, co wciąż jeszcze nas dotyka. Gdybyśmy jednak mogli skupić się na tej pierwszej ekonomii, to pamiętamy, że w 2016 roku Trump obiecywał utrzymanie wzrostu gospodarczego przez cztery lata. Nie tylko, że dotrzymał słowa, ale pobił przy tej okazji kilka rekordów. Ameryka odnotowała fenomenalny wzrost gospodarczy.  To prawda, że Trumpowi nie udało się osiągnąć zapowiadanych 4 proc wzrostu PKB, ale i tak wyniki były znacznie powyżej prognoz większość ekonomistów. Nie prawdą jest też, że jak twierdzi wielu publicystów, boom gospodarczy w Ameryce zaczął się jeszcze za rządów Obamy. Za czasów Obamy mieliśmy krótkotrwałe odbicie po recesyjne, które równie szybko się pojawiło, co zgasło. Amerykański boom zaczął się tak naprawdę dopiero po roku rządów Trumpa. Ambitne cięcia podatkowe, ponad to, co w latach 80 tych zaproponował Reagan, dały zaskakujący efekt. Wzrosła konkurencyjność amerykańskich korporacji, a firmy zachęcone rabatem podatkowym do sprowadzania kapitału do Ameryki, po latach zastoju inwestowały znowu grube miliardy w rodzimą gospodarkę.  Niższe podatki i największa w historii Ameryki deregulacja, autentycznie uwolniły rynek i dały nowy impuls dla technologicznych startupów, które ściągnęły do Ameryki inwestycje z całego świata, a za nimi popłynęła fala najbardziej utalentowanych programistów, naukowców. Łącznie napływało między 1-2 biliony dolarów rocznie.  To pozwoliło na stworzenie dziesiątek tysięcy dobrze płatnych miejsc pracy w firmach technologicznych. Ograniczenie regulacji klimatycznych, środowiskowych, udostępnienie rządowych ziem pod eksplorację gazu i ropy łupkowej pozwoliło Ameryce uniezależnić się od państw arabskich. Pierwszy raz na taką skalę od połowy lat 50 tych. Ameryka ponownie stała się największym producentem ropy i czwartym co do wielkości eksporterem. Dynamiczny wzrost gospodarczy, spadające ceny energii pozwoliły rynkowi wchłonąć bezprecedensową liczbę nowych pracowników. Bezrobocie osiągnęło poziom 3,5 proc, to najlepszy wynik od 1952 roku. Ameryka kwitła, czego nie da się powiedzieć o sytuacji gospodarczej w Europie. Chlubnym wyjątkiem były niewątpliwie Niemcy, Holandia, Dania, Wielka Brytania, ale też Polska. Całe południe Europy, Francja wciąż nie mogły wykaraskać się z poprzedniego kryzysu, 2008 roku.  W Ameryce płace mniej wykwalifikowanych i niżej wykształconych pracowników rosły szybciej niż płace zamożnych Amerykanów. Płace mniejszości etnicznych w porównaniu do zarobków białych rosły najszybciej od końca Drugiej Wojny Światowej.

 

 

POGROMCA UMÓW HANDLOWYCH

Donald Trump dotrzymał też słowa jeżeli chodzi o przebudowę międzynarodowych umów handlowych. To była istna rewolucja, która z pewnością nie przysporzyła mu sympatyków na świecie. Nawet jeżeli można się zastanawiać czy styl i nagły tryb w jakim Ameryka opuszczała grupę sygnatariuszy paktu klimatycznego, czy paktu transatlantyckiego (TTTIP), był odpowiedni i konieczny, to z amerykańskiego punktu widzenia decyzje były zasadne. Ameryka z uwagi na skale i złożoność wewnętrznych interesów zawsze lepiej czuła się w bilateralnych porozumieniach niż w wielkich spędach ministrów i doradców, gdzie jest tylko jednym z graczy. Wnosząc zresztą z wypowiedzi doradców Josepha Bidena, jeżeli to jemu przypadnie prezydentura po wtorkowych wyborach, to nie będzie się nadmiernie śpieszył z odbudową dawnych porozumień  multilateralnych.  

To nie zmienia faktu, że błędem, który na lata zaciąży na amerykańskiej polityce i ekonomii, było  zerwanie przez Trumpa rozmów w sprawie Partnerstwa Trans-Pacyfiku. Traktat miał szanse wyprostować wiele błędów do jakie popełniono przyjmując Chiny w 2001 roku do Światowej Organizacji Handlu.  WTO dawała Pekinowi bezprecedensowe możliwości nadużywania systemu i bezkarnego protekcjonizmu. PTP mogła zmusić Chiny do zmiany dotychczasowych praktyk jak choćby kradzież własności intelektualnych, nieproporcjonalność ceł i ograniczenia w dostępie do własnego rynku. Zmarnowana szansa.

 

 

SIEWCA CHAOSU

Prezydent Trump niezależnie czy pozostanie w Białym Domu na drugą kadencję, czy nie, to zostanie w pamięci jako ten, który podkopał stary porządek świata. Naruszył konstrukcję instytucjonalnego ładu geopolitycznego, czy raczej obnażył, a następnie podkopał. Kiedy Trump doszedł do władzy, większość zacnych instytucji od ONZ po WTO doskonale umoszczona była na wysokich, niemal dożywotnich pensjach. Świat już w żaden sposób nie przypominał tego z epoki Zimnej Wojny, politycy nie potrzebowali ponad narodowego forum, żeby dopinać kontrakty, umowy handlowe, czy rozstrzygać wzajemne spory.  Każdy jak twierdził szef Facebooka Zuckerberg, był o trzy kliknięcia od naszego telefonu. Instytucje działały, ale coraz bardziej siłą rozpędu, własną propagandą sukcesu i brakiem na tyle odważnych polityków, żeby głośno powiedzieć, że są już nikomu do niczego niepotrzebne. A przynajmniej nie w tej formule, w jakiej tkwiły od ponad 70 lat. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ledwo wykaraskał się ze skandalów erotycznych swojego prezesa seks-maniaka, a zaraz potem wydał wskazania, które doprowadziły Grecję na skraj rozpadu państwa i trzykrotnie zwiększyły poziom nędzy w kraju.  WTO nie poradziło sobie z żadnym z kryzysów handlowych, a WHO stało się platformą ultra lewicowych działaczy Trzeciego Świata, wypromowanych i uzależnionych od Pekinu, o czym boleśnie się przekonaliśmy po wybuchu pandemii. Władze WHO nie tylko ignorowały sygnały w sprawie zagrożenia COVID, ale na życzenie Pekinu namawiały Amerykę i państwa Europejskie do utrzymania połączeń lotniczych z Chinami, żeby nie robić przykrości komunistycznym przywódcom w Pekinie. ONZ – gwiazda Zimnowojennej epoki, wobec paraliżu Rady Bezpieczeństwa stała się całkowicie bezużyteczną instytucją. Przez te wszystkie lata nie była w stanie podjąć żadnej zdecydowanej akcji przeciwko terrorowi, czy łobuzerskim państwom jak Iran, czy Korea Północna. W zamian tego poszczególne agendy ONZ-u koncentrowały się na besztaniu najbogatszych państw, publikowaniu ostrzeżeń klimatycznych o zbliżającym się końcu świata, niszczeniu firm tytoniowych i domagając się co chwila większych nakładów pomocowych dla państw afrykańskich. Chwilami można było odnieść wrażenie, że światem rządził żywioł diet. Masa urzędników, ekspertów, doradców obsadzających coraz bardziej bezużyteczne instytucje skoncentrowanych na zabezpieczaniu sobie dodatków do pensji, specjalnych diet i dogodnych emerytur.  Trump nie robił nic, żeby wzmocnić czy zreformować te instytucje. Jednak zarzucanie mu, że zniszczył wielki potencjał demokratycznego instytucjonalnego jest czystą hipokryzją. Cały świat doskonale zdawał sobie sprawę z jałowości dawnego systemu, ale nikt nie podjął działań, żeby to zmienić.  Trump ze swoją kowbojską mentalnością, po prostu zabrał się za ich demontowanie i szukanie nowych form organizacji globalnego dialogu i współpracy. Od dobrego roku trwa ożywiona międzynarodowa debata nad przebudową czy wręcz nową konstrukcją instytucji wspierających postglobalny porządek. To nigdy by się nie wydarzyło, gdyby nie determinacja Trumpa do zmiany. Pewnie na czas pandemii rozmowy zostały zawieszone, nie mniej nikt poważnie nie wierzy, w reaktywacji dawanych instytucji w formie sprzed pandemii, a raczej sprzed Trumpa. Im szybciej przestaniemy się oszukiwać, tym większa szansa, że wiele przestrzeni międzynarodowych stosunków handlowych i politycznych zostanie wreszcie zaadresowane. Potrzebujemy takich instytucji jak międzynarodowe standardy obrotu danych osobowych, jak nowe zasady przestrzegania praw intelektualnych, jak definicje rynkowych zasad przepływu kapitału i coś, co wcześniej czy później i tak musi nastąpić – poważne rozmowy o przyszłym pieniądzu zastępczym.  Richard Fontaine, dyrektor generalny Center for a New American Security, który nie jest fanem obecnej administracji, napisał niedawno w „Foreign Affairs”, że unilateralizm Trumpa i kwestionowanie głównych instytucji międzynarodowych, takich jak Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego, stworzyli nową dźwignię dla Ameryki. Sojusznicy zdają sobie teraz sprawę, że wsparcie USA nie może być brane za pewnik i że umowy międzynarodowe muszą szeroko odwoływać się do amerykańskiej opinii publicznej, aby przetrwać.

 

 

PRZYJACIEL POLAKÓW

To, co wydarzyło się w relacjach Polsko-Amerykańskich w ciągu ostatnich czterech lat, nie ma precedensu w historii naszych wzajemnych stosunków. Kraj średniej wielkości, bez większego znaczenia ekonomicznego dla Ameryki zdobywa niespodziewanie pełną atencję prezydenta.  Możemy oczywiście wracać do unikalnych relacji, jakie Paderewski miał z prezydentem Wilsonem, jak ważna była Polska dla Reagana, ale tu mamy cztery lata bardzo aktywnych relacji, zrozumienia dla naszych strategicznych celów, zarówno wojskowych jak i bezpieczeństwa energetycznego i moralnego wsparcia dla Polski w sporach z Unią Europejską. To jest ogromne osiągnięcie dla Polski, nawet jeżeli miejscami byliśmy tu traktowani instrumentalnie jako przeciwwaga dla sporów z Niemcami, czy wewnątrz natowskich rozgrywek. To wszystko powiedziawszy, musimy pamiętać, że na owoce tej przyjaźni musimy jeszcze czekać. Trump zwiększył kontyngent wojsk stacjonujących w Polsce, ale to jest element trwałej konstrukcji amerykańskiej obronności. Wydatki i tym samym liczbę wojsk tu stacjonujących co roku musi co roku zaakceptować Kongres. Dziś są, jutro ich może nie być. Podobnie rzecz wygląda z planowanym systemem anty rakietowym. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby umowa z Rosją o denuklearyzacji i wycofania systemów wzajemnej agresji we wschodniej Europie po obu stronach Bugu, spowodowała wyprowadzenie rakiet z Polski. Trump nie zdecydował się na systemowe rozwiązanie bilateralne, czy choćby nawet usankcjonowanie zwiększonego kontynentu w ramach umów NATO. 

Podobnie rzecz wygląda w wielu kwestiach ważnych dla obecnie rządzących w tym potencjalnie kilku mocno zapalnych punktów. Jednym z nich jest kwestia mienia pożydowskiego pozostawionego bez spadkobierców. Departament Stanu otrzymał wszystkie wyjaśnienia od strony Polski i jak na razie zamroził dalsze postępowanie, ale rzecz w każdej chwili może wrócić na agendę. Podobnie jak w każdej chwili mogą zostać schłodzone nasze relacje z uwagi na kwestie LGBT, gdzie Departament Stanu tonował dotychczas swoje stanowiska, ale też nigdy nie uznał tłumaczenia polskiej strony. Lepiej wygląda to w kwestii praworządności, gdzie, jak to wyraził Trump, Ameryka nie widzi żadnego problemu. To mocne słowa prezydenta i pewnie, dopóki Trump pozostaje w Białym Domu, nie zostaną podważone. Jednym słowem nasze relacje nigdy nie były tak dobre z Ameryką, ale też dawno nie były tak niedopowiedziane co do tego, czy obecny kierunek zostanie utrzymany.

 

CHINOŻERCA

W ostatnich 10 latach Chiny dokonały bezprecedensowego postępu technologicznego w dziedzinie uzbrojenia. W szczególności, jeżeli chodzi o siłę morską. Niemal co miesiąc na Pacyfiku pojawiają się jakieś nowe okręty wojenne pod chińską banderą. Pekin już dziś dysponuje liczebną przewagą na morzach, ale Ameryka wciąż ma przewagę, jeżeli chodzi o siłę strategiczną. Trump uruchomił w zeszłym roku nowe programy zbrojeń, żeby nie dać się wyprzedzić i nie oddać Chinom kontroli nad Pacyfikiem. Według Pentagonu Ameryka wchodzi w nową erę nowoczesnych technologii morskich, pierwsza taka rewolucja od Drugiej Wojny Światowej. 

Mechaniczne liczenie siły ognia nie ma tu jednak większego sensu. Pamiętamy, że od czasów imperialnych ambicji francuskiego króla Ludwika XIV do czasów Zimnej Wojny, najpierw Brytyjczycy, a następnie Amerykanie budowali swoje przewagi nie tylko siłą własnych okrętów i armat, ale w synergii z sojusznikami. Każdy nowy okręt, każda nowa sztuczna wyspa na potrzeby chińskiej armii, każdy ruch na rzecz wzmocnienia hegemonii w Azji, zbliża państwa azjatyckie do Ameryki.  Indie, Australia, Nowa Zelandia, Japonia i Wietnam to wszystko jest potencjalny arsenał zachodniej odporności zbrojnej.  Trump odkurzył stary azjatycki format Quad-forum strategiczne państw azjatyckich – Indii, Wietnamu, Japonii Australii. Quad szerokim łukiem omija wszystkie tradycyjne instytucje ponadnarodowe. W ramach zupełnie nowego formatu, od początku zbudowanego na platformie elektronicznych konsultacji, prowadzona jest wymiana danych w czasie rzeczywistym, wspólne operacje wywiadowcze i podejmowanie szybkich decyzji dla blokowania chińskiej ekspansji. To nowa formuła, o jakiej NATO wciąż może tylko marzyć. Prężna, nieżelazna od tradycyjnych zjazdów ministrów i generałów, bez zbędnych formalności. Także z jednej strony sytuacja na Morzu Chińskim za czasów Trumpa z pewnością się zaogniła, ale z drugiej strony powstał cały nowy system sojuszy i nowa optyka na azjatycką politykę odstraszania, który kto wie, czy nie czyni całego regionu bezpieczniejszym. 

Trumpowi zawdzięczamy uporządkowanie geopolitycznej perspektywy. Wbrew chaotycznemu obrazowi medialnemu nieustannie wybuchających napięć świat znowu wygląda zaskakująco prosto. Chiny, Irak, Rosja, piekielne trio kontra zachodnie sojusze. Oczywiście nie wszystkie zakątki świata zostały już w tej nowej Zimnej Wojnie przyporządkowane. Wojny, jak ta między Armenią i Azerbejdżanem, napięcia w Afryce Północnej, Syrii, spory Turcji z Rosją, z Grecją, to wszystko są groźne punkty zapalne, ale to proces krystalizowania się nowych podziałów. Jeszcze dwa lata temu Chiny jawiły się wielu zachodnim państwom jako interesująca alternatywa dla świata pod dyktando Ameryki. Alternatywa oczywiście została, ale wymaga opowiedzenia się za całym pakietem. Zachodnia demokracja czy chiński model państwa totalitarnego. 

Dziś, Chińskie firmy wypychane są w przedbiegach z przetargów. Kraje Trzeciego Świata, które sparzyły się na chińskiej „wspaniałomyślności” i nie mogą wyplatać się z paramafijnych konstrukcji pożyczkowych, szukają znowu wsparcia na Zachodzie. Zjawisko jest tak masowe, że Trump stworzył osobny fundusz na ratowanie państw z chińskiej opresji, ale tym razem domaga się w zamian deklaracji co do zachodnich wartości i reform politycznych. Unia Europejska opracowuje specjalne wewnętrzne przepisy ograniczające inwestycje państw łamiących zachodnie normy etyczne, prawa człowieka, wolności rynkowe, ochrony praw intelektualnych. Wielka Brytania, Szwecja, Słowacja popędziły już chińskiego Huwaweia, inne kraje jak Niemcy, Francja wprowadzają rygorystyczne obostrzenia.

Twarda postawa wobec Chin od początku cieszyła się poparciem wszystkich sił politycznych w Ameryce. Nawet kiedy Chiny zrezygnowały z zakupów amerykańskiej soi, farmerzy dalej stali za Trumpem. A dziś Unia Europejska mówi głosem Trumpa z 2016.

Przypomnę, że jeszcze dwa lata temu Unia Europejska rozważała tworzenie z Rosją Chinami oddzielnego systemu transakcyjnego, żeby obchodzić amerykańskie sankcje nakładane na Iran. Dziś polityka Trumpa wobec Iranu, nazywana przez Macrona awanturnictwem gospodarczym, jest dziś po cichu realizowana przez niemal wszystkie zachodnie rządy. 

 

DOJRZEWANIE EUROPY

Na ostatnim szczycie grupy G7 w sierpniu 2019 roku, Trup mówił o dojrzewaniu Europy.  Typowa dla niego dyplomacja szyderstw i paternalizmu nie mogła i nie była dobrze przyjęta. Takie odzywki nie pozostają bez wpływu na reputacje. Uznanie dla Ameryki na świecie gwałtownie spadło za prezydentury Trumpa. Z wrześniowego sondażu Pew Research Center, który badał postawy wobec Stanów Zjednoczonych w 13 krajach, odsetek osób pozytywnie oceniających Amerykę jest w wielu przypadkach najniższy od czasu, gdy instytut rozpoczął takie sondaże w 2001 roku. W Wielkiej Brytanii wskaźnik akceptacji spadł z 61 proc. w 2016 r. Do 41 proc.; w Japonii spadł z 72 proc do 41 proc. To w dużej mierze zasługa osobowości Trumpa, ale też jego zasługą jest to jak zmienia się jednak międzynarodowa polityka pod wpływem Trumpa. 

Sporym zaskoczeniem, nawet dla europejskich polityków, było niedawne wystąpienie niemieckiej minister Obrony Annegret Kramp-Karrenbauer, która zarysowując przyszłą strategię Niemiec i Europy przyznała, że Niemcy i Europa muszą poważniej potraktować swoją obronność i stać się wiarygodnym partnerem dla Ameryki. Cztery lata nieustannych sporów, prób ośmieszania i przedrzeźniania Trumpa, kiedy ten domagał się zwiększenia wydatków Niemiec na obronność. Nie tylko Niemiec, ale w szczególności. Dziś łączne wydatki państw europejskich na obronność są o 19 proc. wyższe niż w 2016 r., To oznacza skumulowane dodatkowe wydatki w ciągu czterech lat w wysokości 130 mld USD. Oczywiście można sobie zadać pytanie, czy to nie jest za późno, czy te cztery lata wzajemnego targania się za uszy nie spowodowały nieodwracalnych zmian, rozpadu transatlantyckich relacji? Ostatnie wystąpienie niemieckiej minister obrony, nie jest jedynym wskazaniem, że nowe mosty są przerzucane przez Atlantyk.  

Przede wszystkim musimy pamiętać, że w tym czasie NATO wzmocniło swoją obecność na wschodniej granicy. Trump doprowadził do kilku spektakularnych manewrów w naszej części Europy. Przy okazji punktując mnóstwo mankamentów i słabości NATO, ale od czego są czasy pokoju jak nie od naprawiania systemów obronnych? To samo można powiedzieć o relacjach z Unią. Jeżeli faktycznie dojdzie do wzmocnienia siły obronnej Europy i zagwarantowania bezpieczeństwa wschodnich granic, to całe szczęście, że Trumpowi udało się to przeforsować w czasie kiedy Rosja wciąż jeszcze pogrążona jest w kryzysie. Gorzej, gdyby te ostatnie lata zostały zmitrężone na stopniowe oddawanie pola Putinowie, w Syrii, Gruzji, Mołdawii i na terenie całej Ukrainy. Czasem ostre zarysowanie konfliktu pomaga odwrócić fatalną passę.

 

BUDOWNICZY MURÓW

Ostatnie lata pełne były nieracjonalnych wybuchów Trumpa i wojen przegranych na własne życzenie. Do nich niewątpliwie należała wojna o zatrzymanie nielegalnej imigracji.  Trump zainwestował w to sporo swojego czasu i autorytetu, co było łatwe do przewidzenia, bo jednym z bardziej nośnych haseł kampanii 2016 roku była walka z migracją i to też była pierwsza przedwyborcza obietnica doskonale przyjęta przez Amerykanów.  Ostatecznie bilans zysków i strat w tej wojnie wypadł na niekorzyść Trumpa. Nie dlatego, że problem był mały czy nieistotny, ale dlatego, że Trump zantagonizował, zupełnie niepotrzebnie, mnóstwo grup społecznych, w tym tak nieoczywiste środowiska, jak choćby firmy technologiczne polegające na imporcie talentu z Azji i Europy. Mam wrażenie, że konflikt wymknął się prezydentowi spod kontroli. Stał się nagonką na wszystkich migrantów włącznie z legalnymi, co mocno dotknęło znaczną część naturalizowanych Amerykanów. Do tego doszło mnóstwo asocjalnych momentów jak oddzielanie dzieci od matek zatrzymanych na granicy i trzymanie ich w oddzielnych obozach przesiedleńczych. Największym błędem była jednak wstrzymanie automatycznych przedłużeń dla osób, które niegdyś przyjechały do Ameryki z rodzicami, tu dorosły, skończyły szkoły, ale co dwa lata musiały prosić o przedłużenie im statusu. Trump zakazał dalszego przedłużenia. Chciał, żeby wszyscy wrócili do kraju pochodzenia. Rzecz w tym, że wiele z tych osób nawet nie pamiętało swojego kraju pochodzenia, nigdy tam nie byli. Żyli, uczyli się i pracowali w Ameryce. Teraz chciano ich wysiedlić do obcego kraju. Media pełne było dramatycznych osobistych historii tych ludzi. Ostatecznie tzw. dzieci DACA (nazwa od skrótu programu migracyjnego) odwróciły uwagę od najważniejszego problemu nielegalnej imigracji. W efekcie wszyscy byli niezadowoleni. Trump wydalił z kraju o połowę mniej imigrantów niż Obama w czasie pierwszej kadencji, w dużym stopniu nie mogąc sobie poradzić z niezliczoną liczną pozwów i dywersją demokratycznych władz największych amerykańskich miast. Co prawda udało mu się podwoić liczbę zatrzymanych na granicy, ale skandale nękające jego politykę migracyjną pokrzyżowały większość planów. Dziś zdaje się on już płynnie funkcjonować i deportacje od końca 2019 dynamicznie rosną, ale w opinii Amerykanów jego polityka była jedną wielką porażką.

 

CZYJĄ TWARZ MA AMERYKA

Pod wieloma względami Ameryka nie jest już tym samym krajem co cztery czy nawet 10 lat temu.  Szanse na utrzymanie dawnej pozycji globalnego hegemona blakną. Dolar nie ma już takiej pozycji co niegdyś. Co prawda wciąż nie ma godnego sobie następcy, ale słabnący potencjał gospodarczy, z czasem i tu wymusi zmiany. Niezależnie jednak od wielkości chińskiego rynku, poziom życia Amerykanów od poziomu życia Chińczyków wciąż jeszcze dzielą lata świetlne. 

Mówiąc o osłabieniu Ameryki, musimy pamiętać, że wszystko dzieje się w jakimś globalnym kontekście. Przy wszystkich problemach, ulicznych rozruchach, największemu w historii bezrobociu i zapaści przemysłowej, Ameryka wciąż pod wieloma względami wydaje się stabilniejsza od Europy. Żaden Stan jak na razie nie opuścił i nie ma zamiaru opuścić Ameryki, tak jak Wielka Brytania porzuciła Unię. Nikomu w Ameryce nie przyszło do głowy, żeby zostawić mieszkańców Luizjany dotkniętych huraganem bez żadnego wsparcia, jak to zrobiła Unia w przypadku Włoch czy Hiszpanii w okresie największego nasilenia pandemii. Żaden stan sąsiadujący z Nowym Jorkiem nie ustanowił w środku nocy granicy, żeby nie wpuszczać do siebie mieszkańców miasta z największą liczbą zarażonych.  Tak jak to miało miejsce w „zjednoczonej” Europie, kiedy wszystkie największe państwa na nowo ustanowiły granice. To nie zmienia faktu, że Ameryka znalazła się w apogeum kryzysu, ekonomiczno-ideowego. Trwa wielkie przewartościowanie, ale też wielka narodowa debata. Pytanie, czy ta katastrofa to koniec Ameryki, jaką znaliśmy? Oczywiście może tak być i wiele wskazuje na to, że proces w wielu przestrzeniach wojny kulturowej jest nieodwracalny. Amerykę czekają głębokie zmiany, ale to nie jest tak, że to jest coś, co zaczęło się teraz, niespodziewanie w 2016 roku. To długi proces głębokich zmian społecznych postępujących od 60 lat. Zresztą nie tylko w Ameryce, choć jak wiele podobnych procesów społecznych tu przybierają najbardziej radykalną formę. Z drugiej strony krytyczna samoocena i kontestowanie status quo, to część amerykańskiej unikalności, część jej dynamizmu kulturowego, który sprawia, że Ameryka wciąż dyktuje światu normy i standardy. Wszystkie rewolty społeczne ostatniego półwiecza zaczynały się w Ameryce i to Ameryka pierwsza znajdowała pomysł na wyjście z kryzysu. Tym razem może być podobnie. I nie umniejszałbym tu roli Trumpa, który w wielu kwestiach stanowczo reagował, zarówno na zamieszki, jak i groźne nowe trendy kulturowe. To Trump, ku wściekłości urzędników i wielu lewicowych działaczy zakazał przeznaczania publicznych pieniędzy na szkolenia z teorii krytycznej rasy czy gender. Postmarksistowski koncept coraz bardziej popularny też w Europie Zachodniej.  

Pozostaje nam liczyć, że im gorętsza jest dziś ta debata, tym większa szansa, że system się wkrótce dotrze. Ameryka odnajdzie równowagę wewnętrzną, zanim przyjdzie jej konfrontować się ze światem zewnętrznym. Zanim jej wewnętrzne słabości skutecznie wykorzystają. I choćby tylko z tego względu, dla Zachodniego Świata lepiej byłoby, żeby na drugą kadencje Amerykanie wybrali Donalda Trumpa niż jego demokratycznego rywala. Uwikłanego w liczne skandale korupcyjne, nierozumiejącego polityki międzynarodowej. Przypomnę, gorący zwolennik resetu z Rosją czy budowania trwałego sojuszu z Chinami. I wreszcie człowieka z kłopotliwą cechą jak na przywódcę globalnego mocarstwa, zwłaszcza w samym środku wojny kulturowej – zawsze staje po stronie tego, kto dysponuje większością.