Państwo i Prawo
Czy państwo ma ścigać za tęczową Matkę Boską?
08.05.2019

Jest wiele rzeczy, które się nam nie podobają w demokracji i jest wiele słów w wolności słowa, które nas ranią. Pytanie czy dla własnego komfortu powinniśmy sięgać po cenzurę? I wreszcie, czy nasza demokracja będzie od tego silniejsza czy raczej słabsza?

 

Publicyści, księża, zwykli internauci, wszyscy jesteśmy nagle na cenzurowanym, płacimy grzywny, tracimy konta na Facebooku czy Twitterze, bywa, że o szóstej rano przychodzi po nas policja. W całej Europie coraz częściej padają skazujące wyroki, a politycy nie ustają w tworzeniu nowych ograniczeń i ram, w których nasza dyskusja kastrowana jest ze słów, zwrotów i kontrowersyjnych myśli. Rządzący nie potrzebują do tego zresztą specjalnych zachęt. Politycy kochają mowę nienawiści. Każda okazja jest dobra, żeby poszerzyć zakres kontroli państwa nad obywatelem. To może być pokolorowany wizerunek Matki Boskiej obrażającej nie tylko wierzących, ale każdego z choć odrobiną empatii i ludzkiej wrażliwości. Ale równie dobrze może to być podcast ikony brytyjskiego genderyzmu – Jezabel, która chce żeby rząd zakazał i karał za reklamy stereotypizującej kobiety, gdzie ktoś z rodziny robi bałagan, a kobieta musi sprzątać. Gdyby ta wojna kończyła się na kubełku jogurtu, to nawet byłoby to śmieszne. Ale rzecz sprowadza się do postępującej kryminalizacji słowa. Wolność do krytyki i swobodnej wypowiedzi staje się wtórna do ochrony czyjeś wrażliwości. Widzimy to w całej Europie. W Austrii gdzie za “obrażanie z zamiarem naruszenia ludzkiej godności” grożą dwa lata więzienia. W Grecji “obrażanie świętości w miejscach publicznych” – dwa lata więzieniu. Na Węgrzech samo państwo może stać się ofiarą mowy nienawiści: za podżeganie do nienawiści do Węgier i Węgrów grożą trzy lata więzienia. A w Danii dwa lata za plucie na flagę ONZ.

W Niemczech – kodeks karny wprost mówi że “dowód prawdy nie wyklucza kary”. Może i ukradłeś, ale nie mam prawa nazwać cię złodziejem. Bo to ja pójdę siedzieć a nie ty. Polskie sądy, tak jak Niemieckie coraz częściej skazują dziennikarzy za to, że szkalowali czyjeś dobre imię, nawet, jeżeli to jego imię nie było bez poszlak. Nie tak dawno prawomocnym wyrokiem skazany został warszawski działacz Jan Śpiewak za to, że podał nazwisko warszawskiej mecenas kuratorki 118 latka, która przytuliła w warszawie kamienicę. Niemieckie prawo przewiduje karę 50 mln euro dla osoby czy portalu, który nie zdejmie ze strony, w ciągu 24 godzin, treści mogących szerzyć nienawiść – uwaga, nie szerzących, ale mogących szerzyć. I tak służby politycznej poprawności zamknęły konto Twitterowe wiceszefowej AFD, za to, że krytykowała życzenia noworoczne policji w Kolonii po arabsku. „Czy sądzicie, że w ten sposób udobruchacie te barbarzyńskie hordy muzułmańskich gwałcicieli” – napisała von Storch. Jej profil został zawieszony.

W Wielkiej Brytanii podcaster został skazany na kare więzienia za to, że publikował informacje i filmy z procesu arabskich pedofili. Inny Brytyjczyk – kandydat do europarlamentu, został aresztowany za to, że na swoim profilu umieścił anty-muzułmański cytat z Winstona Churchilla.

Większość państw europejskich ma dziś zakazy i prawa ograniczające mowę nienawiści. W 2008 roku UE przyjęła kierunkowy zapis “Walki z Rasizmem i Ksenofobią”. Obszerna wykładnia zachęca europejskie sądy do identyfikowania i wprowadzania coraz to nowych zakazów wypowiedzi, zakazu prezentowania niepożądanych poglądów.

Paul Coleman, prezes austriackiej Fundacji Obrony Demokracji, w doskonałej książce „Ocenzurowani – czyli jak europejskie zakazy „mowy nienawiści” zagrażają wolności słowa” , dowodzi, że sam koncept mowy nienawiści jest chybiony. Jak zauważa – “Enigmatyczne definicje mowy nienawiści, sprowadzają się do zakazywania słów czy fraz a nie do badania prawdziwości twierdzenia.”. Jednym słowem do ograniczania wolności słowa, a nie zakazu wykorzystywania mowy do popełniania zakazanych czynów czy nawoływania do przestępstw. To tak jakby zamiast zakazać dźgania ludzi nożem, wprowadzić zakazy trzymania noża w wyciągniętej ręce, albo podnoszenia go ponad głowę, bo to może się źle kojarzyć. Idąc za przykładem europejskiego orzecznictwa, Kanadyjski Sąd Najwyższy definiuje “nienawiść” jako “silne i głębokie uczucie nienawiści, oszczerstwa wypowiedziane w złej woli”; i “wrogość… która wykracza poza zwykłą pogardę lub niechęć.” Bądź mądry i odróżnij teraz mowę, która wyraża “zwykłą pogardę”, od niezwykłej pogardy. Oszczerstwa wypowiadane w złej woli od tych w dobrej woli. Europejski Trybunału Praw Człowieka idzie jeszcze dalej. Orzekając w sprawie urażonych uczuć pewnego geja stwierdził, że mowa nienawiści “może być również ukryta w stwierdzeniach, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się racjonalne lub normalne”. Chodzi o wydźwięk, niewinne stwierdzenia, ale ujęte w innym kontekście mogą być już przestępstwem. Dla językoznawcy to może i jest fascynujące wyzwanie, ale dla większości z nas, którzy czasem mamy problem żeby na gorąco, w żywiołowej debacie zebrać jakiekolwiek myśli, to koszmar. Pięć razy się zastanowimy zanim podzielimy się swoimi myślami.

Amerykańska autorka Nadine Strossen w książce „Hate Speech: – dlaczego z nienawiścią powinniśmy walczyć wolnością słowa a nie cenzurą”, pisze, że zakazy “mowy nienawiści” z natury rzeczy prowadzą do nadinterpretacji, a ta do auto cenzury i konsekwentnie do ograniczenia wolności słowa. Miliony ludzi, którzy wolą milczeć, niż wypowiadać na głos swoje myśli. Prawo gdzie ludzie muszą zastanawiać się, jak zwykłe sowa mogą być odebrane, zniechęca ludzi do jakiejkolwiek wymiany myśli i obrony swojego zdania, czyli nie mniej ni więcej tylko egzekwowania swoich konstytucyjnych praw – pisze Strossen na 69 stronie.

Coleman z kolei twierdzi, że logicznym rozwiązaniem byłoby ograniczenie wolności słowa w przypadku, kiedy ktoś wprost nawołuje do przemocy czy zbrodni. Proste. Pytanie dlaczego Komisja Europejska w swojej skomplikowanej definicji mowy nienawiści, nie mogła posłużyć się tak prostą, oczywista i logiczna definicją? A no dlatego, że w mowie nienawiści nie chodzi o zwalczenie nienawiści, tylko o kontrolowanie mowy.

Państwo dostaje do ręki, może mało precyzyjne, ale jakże skuteczne narzędzie do selektywnego napiętnowania tych, którzy rzucają wyzwanie politycznemu i kulturowemu establishmentowi. Dziś, kiedy politycy nie radzą sobie z nowym żywiołem, z niekontrolowaną presją wylewającą się z portali społecznościowych, z otwartymi rękami witają okazje do poskromienia słowa. Jednego dnia, to będzie interwencja w domu opętanej działaczki anty-kościelnej, innego dnia to będzie uciszanie krytyków feministycznego rozpasania. I jeszcze Strossen – To co jest mową nienawiści dla jednego, dla drugiego jest wyrazem troski. W książce znajdziecie państwo sporo przykładów, gdzie argumenty osób wierzących, wypowiadane w dobrej wierze, odczytywane są jako “mowa nienawiści” wobec osób LGBT, i w drugą stronę. W warszawskim przedstawieniu „Klątwa” na motywach dramatu Stanisława Wyspiańskiego, aktorka tłumaczy, że chciałaby przeprowadzić zbiórkę na zabójstwo prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Dla jednych to najwyraźniej ekspresja artystyczna, dla wielu innych przykład podsycania nienawiści.

Amerykański Instytut wolności – Cato Institute, przeprowadził badania, które wyraźnie pokazują, że nie tylko sądy mają problem z definicją mowy nienawiści, ale i my sami. Większość zachodnich społeczeństw jest równo podzielone wzdłuż linii politycznych. W Ameryce 52% Demokratów uważa, mówienie o osobach trans-płciowych jako zaburzonych psychiczne, to mowa nienawiści. Podobnie uważa zaledwie 17% Republikanów. Z kolei 5% Republikanów uważa, że oskarżanie policji o rasizm jest mowa nienawiści a 79% Demokratów uważa to za normę.

Nie znalazłem porównywalnych badań w Polsce, jedynie badania Fundacji Batorego, które z racji mocno politycznego przechyłu na lewo samej instytucji, nie zajmowały się pojęciem nienawiści, co raczej badaniem postaw wobec wybranych stwierdzeń, które badający arbitralnie uznali za nienawistne .

Ale nawet w tak spreparowanych badaniach, wychodzi nam silna polaryzacja i brak jednoznacznego rozumienia samej nienawiści. Słowa obraźliwe wobec Ukraińców, a i owszem, są uznawane za mowę nienawiści przez większość Polaków, ale stereo typizacja gejów, przez ponad połowę Polaków odbierana jest jako coś normalnego. Dla lewicowo – progresywnych środowisk to jest dowód na niedojrzałość emocjonalną polskiego narodu, ogromne pokłady nienawiści, ale jeżeli porównamy to z podobnymi badaniami w świecie, choćby wcześniej wspomnianymi amerykańskimi badaniami, to zobaczymy, że społeczeństwa są dokładnie tak samo podzielone w tych samych obszarach. Co więcej, będziemy mieli zupełnie inne odpowiedzi w zależności od tego jak postawimy pytanie. Instytut Cato sprawdził, że powiedzenie należy eksterminować gejów i lesbijki, przez 90% osób zostanie uznana za przejaw mowy nienawiści, ale już zdanie: gejom i lesbijkom należy zakazać adoptowania dzieci – tu większość nie uzna tego za mowę nienawiści, choć – według Amerykańskiej Ligii Obrony Praw mniejszości seksualnych jest to objaw nienawiści.

Tradycyjne różnice ideowo-merytoryczne między lewicą a prawicą sprowadzają się dziś do odgrywania ról ofiary czy agresora. Bycie konserwatystą w niektórych kręgach jest równoznaczne z byciem nazistą, a w innych, lewicowe poglądy są jednoznaczne ze zdradą narodową.

Problem pojawia się kiedy politycy czy sądy stają po jednej ze stron. I tak europejskie rządy uznają np. konserwatywne poglądy na temat homoseksualizmu, małżeństwa, aborcji czy religii za mowę nienawiści. Sądom wystarczy czasem fragment wiersza dawno zmarłego poety wynoszącego pod niebiosa miłość mężczyzny do kobiety, żeby kwestionować dobre intencje recytującego. Czy aby nie chciał w ten sposób kwestionować prawdziwości uczucia dwóch mężczyzn. W 2015 r. szwajcarski Biskup Vitus Huonderow, oskarżony został o podżeganie do przemocy za publiczne cytowanie Biblii podczas wykładu na temat małżeństwa i rodziny. Huonderow został uniewinniony, ale kilka lat wcześniej André- Léonard, arcybiskup Belgii, w pierwszej instancji został skazany za powiedzenie, że małżeństwo jest “z definicji stabilnym związkiem mężczyzny i kobiety” i że homoseksualizm jest “nienormalny”. Uniewinniony został dopiero w drugiej instancji, ale z uzasadnieniem, że jego stwierdzenia nie był na tyle ostry żeby uzasadnić wyrok skazujący. Ani słowa o wolności słowa.

W miarę jak postępować będzie seksualizacja życia, przybywać będzie nam nowych etykiet homo i transseksualnych wariacji i już nie tylko obrona heteronormatywnego światopoglądu będzie uznawana za mowę nienawiści, ale nawet tradycyjny feminizm może być zagrożeniem. Tak jak to mieliśmy już w przypadku przedstawienia “Monologi waginy”, niegdyś awangardy wyzwolenia feministycznego, które zostało zakazane na Uniwersytecie w Michigan ponieważ uwłaczało kobietom – transseksualnym, które nie mają waginy.
Wokół nas będzie coraz więcej obrażonych na coraz więcej słów i wątków. I tak to kultura wolności słowa zmienia się w kulturę strachu przed słowem. Pełna niedopowiedzeń, unikania wymiany myśli i afiszowania się z uczuciami. A na straży tego staną dziesiątki para-rządowych agencji, policji i oczywiście prawników w nieskończoność komplikujących znaczenie słów. I tak zanim się zorientujemy, dylematy sumienia, wiary, moralności, poczucia przynależności etnicznej, preferencji seksualnych – rozstrzygać będzie urzędnik, polityczny nominat. Ewentualnie przypadkowy zmianowy Twittera czy Youtuba, doskonale kooperujący z politykami.

Trybunał Europejski dawno już temu stworzył politykom odpowiednią wykładnię prawna dla oficjalnej cenzury. W orzeczeniu z 2012 roku stwierdził, że ekstremistyczne poglądy mogą przynieść. Rzecz dotyczyła człowieka, który rozdawał w szkole ulotki wrogie homoseksualizmowi. Sędziowie Trybunału pewnie nie doczytali, że dokładnie tak samo brzmiący zapis stanowił uzasadnienie do ograniczeń wolności słowa przyjętych przez władze Republiki Weimarskiej na początku lat 30 tych, ale to jakoś nie przeszkodziło faszystom przejąć władzę w Niemczech. A może wręcz przeciwnie, pomogło. Podobnie zresztą jak setki najrozmaitszych ograniczeń prawa do wypowiedzi w całej Europie, nie przeszkadzają kwitnąć rasizmowi, antysemityzmowi, komunizmowi i narodowej nienawiści. Nowy Kodeks Komisji Europejskiej postępowania w kwestii mowy nienawiści, może i jest mało precyzyjny, ale z pewnością jest spójny ze sposobem, w jaki go uchwalono. Bez dyskusji. Bez konsultacji. Bez głosowania. Bez mechanizmu odwoławczego. Po prostu czysta przemoc polityczna. Wspomniana już Nadine Strossen przywołuje liczne w historii prawa, od początku mało precyzyjne, zostawiające szerokie pole do interpretacji i pisze – to nigdy nie był przypadek. Im więcej wątpliwości, tym karniejsi stawali się przypadkowi egzekutorzy prawa. Właściciele portali na wyścigi wprowadzający rygorystyczną cenzurę zachowują się racjonalnie. Wygrywa oportunizm. Facebook, Twitter, Youtube stają po stronie silniejszych, przeciwko anonimowej masie użytkowników. Czyli stają po drugiej stronie barykady, tych dla których wolność słowa była wynaleziona.

Apologeci wojny z nienawiścią racjonalizują swoja krucjatę, twierdząc, że słowa mogą ranić. Mogą zachęcać do przemocy. Ale tak naprawdę, nie mamy dostatecznych dowodów na to, że słowa nienawiści zachęcają do przestępstw, ataków i zbrodni. Ale nawet gdyby. Przyjmijmy na chwilę, że tak jest. I w dobrej wierze wprowadzone zostały rozliczne zakazy mowy. Czy w możemy powiedzieć, że w rezultacie zmian w prawie mamy bardziej pokojowo nastwione społeczeństwa, przyjaźniejsze mniejszościom, imigrantom, gejom, lesbijkom, grubym, starym? Przeciwnie. Uniwersytet w Oslo przeprowadził badania z których wynika, że nagromadzone żale, brak możliwości swobodnej wypowiedzi pogłębiają polaryzację, a nie ja niwelują. Ekstremistyczne organizacje rosną w siłę i to co, niedawno było skrajnością teraz zasiada w parlamentach. Na mniejszą skalę, mamy też przykłady z Internetu – portali społecznościowych, które wprowadziły własne regulacje i cenzurę. Uniwersytet Georgia Tech przeprowadził nad skutkami cenzury jednej z popularniejszych platform społecznościowych w Ameryce Reddit. Na początek portal wykasował grupy o grubych i gejach. Większość bywalców nienawistników przeniosło się na grupy o czarnych i kobietach. Kiedy pod nóż poszły kolejne grupy, użytkownicy powędrowali dalej, albo zmieniali portal.

Podobne rezultaty osiągnęli uczeni UNESCO, jak na ONZ przystało, badania robione z niewiarygodnym rozmachem miały opracować strategię walki z trollami nienawistnikami Wniosek – zablokowani nienawistnicy wychodzą gdzie indziej.
Polska, według Cato Institute, należy do państw, bardzo przywiązanych do wolności słowa, do wolnej ekspresji. Jesteśmy z natury wrogo nastawieni do cenzury i ograniczeń wolności słowa i… wbrew temu, co sami o sobie opowiadamy, temperatura naszych sporów jest nieporównanie niższa od tej w Ameryce, Francji, Włoszech. Może dlatego, że dotychczas prześladowanie za słowa było rzadkością, nie dorobiliśmy francuskiej cenzury czy niemieckiej auto-cenzury mediów.

 

Autor: Tomasz Wróblewski