Gospodarka
Czy polskie banki zarobiły na kursie franka?
05.02.2015

Negatywny wpływ na kondycję banków w liczbach

Wbrew powtarzanym czasem zapewnieniom o rzekomo wyśmienitej sytuacji banków, kłopoty z frankiem istotnie położyły się na niej cieniem. Dość powiedzieć, że obecność kredytów w obcej walucie w najbardziej narażonych bankach sięga prawie 40% portfela kredytów mieszkaniowych (w banku Millenium 39%, w mBanku 33%, a GNB 25%). Biuro Informacji Kredytowej ocenia, że ok. 10 tysięcy kredytów wziętych we frankach można już teraz uznać za stracone – są to te przypadki, w których opóźnienie spłaty długu przekracza już 90 dni. Dziś możemy spokojnie założyć, że te kredyty nie zostaną w pełni spłacone. Do tego dochodzi ok. 6,5 tysiąca rachunków opóźnionych o ponad 30 dni, co do których jeszcze przed decyzją SNB można było żywić nadzieje, a które dziś wydają się już mocno wątpliwe. Zmiana ustawy o upadłości konsumenckiej może sprawić, że część długu będzie dla instytucji kredytowych niemożliwa do odzyskania – przewidzenie dziś, jaka to będzie część, nie jest możliwe, bo zależy od sposobu orzekania przez sądy co do zakresu spłaty pozostałego długu. Problemy frankowiczów zbiegły się bowiem z wejściem w życie zmian prawnych, ułatwiających ogłoszenie upadłości w tych przypadkach, w których zadłużenie nie powstało umyślnie lub nie było skutkiem rażącego niedbalstwa. W praktyce liberalizacja ustawy stanowi furtkę, dzięki której niektórzy dłużnicy mogą – choć kosztem dotychczas zgromadzonego majątku – uciec od części odpowiedzialności za przyjęte wcześniej zobowiązanie kontraktowe. Jednocześnie trzeba pamięta, że jak do tej pory, nawet uwzględniwszy ostatnie zmiany kursowe, frankowicze nadal wychodzą na plus w porównaniu do zadłużonych w złotych (co może się zmieni, jeśli niekorzystna dla tych pierwszych sytuacja się utrzyma).

Wystarczyło, że w poniedziałek 26 stycznia premier Ewa Kopacz zapowiedziała samo przedstawienie projektu pomocy frankowiczom, aby akcje banków, które udzielały kredytów we frankach, spadły od 4,7% (w przypadku mBanku) do 2% (PKO BP). (Warto przy okazji wspomnieć, że już 15 stycznia informacja o decyzji SNB zepchnęła notowania banku Millenium z ponad 8 PLN do nieco powyżej 7 PLN.) Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa obawiano się, że rząd mógłby porwać się na realizację zaiste szalonej propozycji protestujących dłużników, którzy nawoływali do wstecznego zrewidowania umów w ten sposób, aby płacili oni raty wedle historycznego kursu wymiany z dnia zawarcia swoich kontraktów. Jeszcze w piątek eksperci domu maklerskiego Trigon oceniali, że przewalutowanie kredytów mogłoby kosztować od 24 do nawet 48 mld PLN (brano pod uwagę wersje przewalutowania wg kursu niższego o 15 i 30%). Gdyby zrewidowano umowy kredytowe w ten sposób, że dłużnik miałby prawo do przewalutowania na złote po kursie z dnia podpisania umowy, lecz jednocześnie musiałby pokryć różnicę między nim a alternatywą złotówkową (zgodnie z pomysłem Andrzeja Jakubiaka, przewodniczącego KNF), to i tak banki miałyby stracić ok. 34 mld PLN. Millenium poniósłby wówczas jednorazowy koszt 3,9 mld PLN, czyli aż 56,8% kapitału własnego. Z kolei w raporcie Komisji Nadzoru Finansowego, oceniającym wpływ propozycji przewalutowania wg kursu z dnia udzielenia kredytu, opublikowanym w 2013 roku, szacowano straty sektora bankowego na 40-50 mld PLN. KNF prognozował wtedy, że takie przewalutowanie obniżyłoby współczynnik wypłacalności siedmiu banków poniżej wymaganych prawem 8%. W trzech z nich straty byłyby tak wielkie, że spowodowałyby utratę całości kapitałów tych instytucji i skutkiem tego ich niewypłacalność. Warto też wiedzieć, że ze względu na trudności w operowaniu takimi kredytami i regulacje sektora finansowego, dochodowość kredytów udzielonych we frankach była zazwyczaj niższa niż w przypadku pożyczek złotówkowych.

W poprzednim artykule poruszyłem krótko kwestię czy kredyty frankowe były faktycznie złotowymi, potępiając też nieuwzględnianie przez banki, w relacjach z klientami, ujemnych stóp procentowych w Szwajcarii. Okazuje się – za tę uwagę dziękuję drowi Mateuszowi Machajowi – że w części przypadków banki mogły zawrzeć z zagranicznymi bankami takie kontrakty na swapy, które zawierały niekorzystne dla polskich banków klauzule dotyczące sytuacji wystąpienia ujemnych stóp procentowych. To potencjalny koszt dla banków. Niezależnie od tego, klienta nie interesowało i nie miało potrzeby interesować, w jaki sposób bank obraca jego pieniędzmi – istotne były konkretne zapisy umowy kredytowej, w świetle której pożyczkobiorca otrzymywał preferencyjne (w momencie zawierania kredytu) względem kredytów w złotych oprocentowanie tak, jak gdyby bank miał w swoim posiadaniu rezerwy gotówkowe franka. To, gdzie i jak były te pieniądze trzymane, to właśnie kwestia inżynierii finansowej niemającej wpływu na ostateczną sytuację konsumenta (choć wpływającą na potencjalne zyski banków).

Na tytułowe pytanie muszę więc, jak widać, odpowiedzieć przecząco. Banki nie zyskały na zmianach kursu franka. Zamiast tego stoją w obliczu realnych zagrożeń, na które starają się reagować pragmatycznie, czyli proponując ułatwienia dla zadłużonych w tej walucie. Nie znaczy to, oczywiście, że banki nie zawierały umów sprzecznych z obowiązującym prawem, lub że nie nadużywały swojej pozycji członków kartelu, zatwierdzonego i utrzymywanego przez państwo polskie. W części przypadków mogło być tak, że zawierano umowy wprowadziwszy w błąd kredytobiorców. Nie jest jednak prawdą, że banki celowo i metodycznie starają się doprowadzić do upadku swoich dłużników. Nie leży to bowiem w interesie ich wierzycieli.

Podsumowanie

Oczywiście to, że obie strony – banki i frankowicze – mają jakieś trudności, nie rozstrzyga w żaden sposób o tym, której z nich – jeśli w ogóle – z jakichś powodów powinno się nieść pomoc. Wydaje się, że prawidłową reakcją, którą cechowałoby współczucie i elementarna odpowiedzialność za społeczność, w której żyjemy, byłaby próba udzielenia wsparcia nie tylko zadłużonym i nie tylko bankom, ale obu stronom umów pożyczkowych. Należałoby zatem w takiej sytuacji zapytać nie o to, komu pomóc, lecz w jaki sposób pomóc, aby nikomu przy tej okazji nie zaszkodzić (czyli jaką wybrać metodę pomocy, która byłaby przynajmniej nieszkodliwa dla reszty społeczeństwa). Takie środki podałem w swoim poprzednim artykule, więc tu tylko przypomnę te najważniejsze: Rząd może obniżyć podatki, a także zderegulować sektor bankowy, wreszcie wprowadzając na ten rynek konkurencję, tworzącą bodźce skłaniające instytucje kredytowe do zadbania w większym niż dotychczas stopniu o interesy klienta. Z pewnością błędem byłoby zmuszanie banków do promocji zachowań nieodpowiedzialnych. Któż bowiem mógłby przewidzieć, czy w podobnej sytuacji nie znajdą się za chwilę zadłużeni w złotówkach, którzy przecież na podobnej zasadzie biorą na siebie ryzyko zmian stóp procentowych, ustalanych arbitralnie i bez uprzedzenia przez nasz rodzimy bank centralny?

Jan Lewiński                                                                                                                                                                                         Autor jest młodszym ekonomistą w Instytucie Misesa